Nie mam czasu czytać. Zresztą nie mam czasu jakoś tam żyć. Przyznam, że wiedziałam – pierwsze pół roku będzie ciężkie. Nie wiedziałam jednak, że tak się skomplikuje.

Nawet nie trzeba było dużo. Plan przecież zakładał maksymalne wykorzystanie każdej minuty i optymalne warunki. Planu B nie było. Wystarczyło więc, że dzieci zaczęły chorować… I że nie chciały przestać. Ciągłe izolowanie jednego od drugiego, lekarz czasem nawet pięć dni w tygodniu. Tak, poważnie tak bywało. Niekończąca się opowieść. Niekończąca, bo właściwie jeszcze się nie skończyła. Albo właśnie się kończy, choć obawiam się, że „przydzwoni” nowym, ciężkim epizodem.

Ciężkim? Toć to tylko choroba! I w ten sposób przez ostatnie miesiące kilkanaście razy zbijaliśmy w nocy 40-stopniową gorączkę. Mam nadzieję, że tylko kilkanaście. Nie ominął nas szpital, a na koniec dopadło i mnie. Ostatnio czułam się tak podle, będąc chora w ciąży.

Dlaczego?

Te i inne sploty wydarzeń sprawiły, że rok zaczął się fatalnie i to na wielu polach. Pytanie „dlaczego”, zadawane ku Górze? Ile to razy! Chwilowo jest dobrze. Chwilowo piszę, chwytam moment, kiedy chyba większość nadrobiłam, a tego co zaniedbałam, już raczej nie naprawię.

Książka „Zuzanna – powieść o uzdrowieniu serca” autorstwa Emilii Litwinko spłynęła do mnie jakoś w środku zawieruchy. Zastała oglądającą siwe włosy, których chwilowo nie mam jak zafarbować, bo niemowlak trafił mi się czuły na zapachy. Wiesz, co to dla mnie oznacza? Wiesz. Zuzanna jest gdynianką i trochę jej tego zazdroszczę. Tylko troszkę, bo jeśli Gdynia ma 10/10, moje miasto ma jakieś 9. Nie zazdroszczę jej sytuacji, przynajmniej na początku.

Nie zazdroszczę poczucia „zmamusienia”, z którego tak mozolnie się wychodzi, odkrywając na rozmowie kwalifikacyjnej podczas siadania na skórzanym fotelu, że do tyłka przykleił Ci się lizak, a Ty nie dość że właśnie prezentujesz go szefowi, który nie będzie jednak Twoim szefem, to jeszcze pokazałaś go połowie miasta. Poza tym nie zazdroszczę również pewnego tragicznego przeżycia… I nawet potrafię zrozumieć, że jest jej trudno. Czy da sobie radę?

Kim jeszcze jest Zuzanna?

Zuzanna jest matką. Matką dwójki dzieci żyjących i jednego w niebie. Trudne macierzyństwo, o którym pisałam trochę tutaj. Żyjące dzieci nie zaleczyły rany w jej sercu i kiedy zbliża się kolejna rocznica, robi się źle…

Sytuacja komplikuje się jeszcze mocniej, gdy Zuzanna wybierze się na spotkanie z przyjaciółkami. Tymi, które w przeciwieństwie do niej „coś” osiągnęły. Mają się czym pochwalić. Rozumiesz, nie siwe włosy i wrzask przy wieczornej kąpieli, a bardziej „mierzalne” sukcesy. Jednak czy porównywanie się do drugiego człowieka kiedykolwiek wyszło nam na dobre?

A już w ogóle czarno robi się, gdy mąż z hukiem traci pracę. W domu było przecież ciężko, ale stabilnie. Szukać zatrudnienia, mając dwoje dzieci i męża niebezpiecznie zbliżającego się do depresji?

Czy „Zuzanna – powieść o uzdrowieniu serca” jest hitem?

Jakiś czas temu narzekałam, że trudno o dobrą polską literaturę, a tu proszę – nie dość, że polska, to jeszcze trójmiejska! W dodatku „katolska”, choć po „Zuzannę” spokojnie można sięgać, nie mając z katolickim wątkiem w życiu wiele wspólnego. Książka jest o szukaniu siebie. Obie z Zuzanną szukamy się w Bogu, a jednak skorzysta tu każdy, kto trochę się pogubił i chce nieco rozjaśnić sobie priorytety.

Tak, biorąc pod uwagę że przeczytałam ją podczas jednego przedłużającego się maratonu karmieniowego i że była to pierwsza przeczytana w całości książka w tym roku – jest to mój hit. Hit o codzienności oraz szukaniu się w niej. O tym, że nie wiesz, co przeżyła osoba, która z Tobą rozmawia. O tym, że każdy dźwiga swój ciężar i że sami wybieramy, w jaki sposób chcemy go dźwigać i czy damy sobie pomóc.

Za egzemplarz bardzo dziękuję autorce. Spłynął w dobrą porę. Dodał otuchy.