Często śmiejemy się, że model rodziny z czasów, gdy byliśmy mali, czyli model: „dwa plus trzy” zastępuje powoli model „dwa plus pies”. Na szczęście tak źle nie jest, choć demografia leży i kwiczy. Dzieci jednak mamy. Problem w tym, że coraz częściej rozsiane po poprzednich związkach.

Naprawdę różnie się w życiu dzieje i nawet nie mam tu zamiaru oceniać ogółu. Rodziny patchworkowe są faktem czy tego chcemy czy nie i oczywiście, ma to związek z rosnącą liczbą rozwodów (KLIK!), ale nie tylko. Sytuacji, które doprowadziły do tego, że dziecko zostaje z jednym rodzicem, a z drugim widuje się nieco rzadziej, jest dużo.

A po rozstaniu się z matką/ojcem dziecka wchodzimy w nowe związki. I tu, szanowni Państwo, zaczynają się schody. Zauważyłam bowiem ciekawą prawidłowość. Dotyczy ona kobiet, które są „drugie”. To znaczy, niekoniecznie drugie z kolei, bo mogą być i dziewiąte, a nawet siedemnaste. Jako drugie jednak mają dziecko z tym konkretnym mężczyzną. Przed nimi dziecko miała z nim inna kobieta. I to dziecko ma kontakt z ojcem…

Weźmy je do siebie!

„Ona go kompletnie zaniedbuje! Mały przychodzi do nas wiecznie chory, niedoleczony i nawet bez leków. Przecież jak tak dalej pójdzie, to nie wiem co będzie. Myślimy o tym, żeby założyć sprawę w sądzie i zabrać go do siebie” – żaliła się koleżanka, z którą siedziałyśmy na przerwie podczas jednego z doszkalających kursów. Kurs trwał ładne kilka miesięcy, więc w sprawę byłyśmy dobrze wtajemniczone, szczególnie że koleżanka raczej z tych wylewnych. Nawet z początku współczułam i po cichu liczyłam na pozytywne załatwienie sprawy.

Kilka miesięcy później usłyszałam podobną historię, w gronie znajomych. Ta znajomą była raczej dalszą, właściwie ledwie ją znałam. Dowiedziałam się jednak, że dziecko byłej jej męża przyszło w dziurawych butach i że tak nie może być oraz że to straszne, że to dziecko jest takie wiecznie zaniedbane i brudne. Konkluzja ta sama: znajoma chciała wziąć dziecko do siebie, żeby mogło wychowywać się z jej dzieckiem, no i rzecz jasna, swoim ojcem. Czy uwierzyłam? Zapaliła mi się pomarańczowa lampka.

Nic więc dziwnego, że w podobną historię, tym razem na jednym z wielu mamusinych for, jakoś nie chciało mi się wierzyć. W kolejne również. Mamy bowiem do wyboru dać wiarę, że matki po zakończeniu związku nagle mają gdzieś dzieci ojców, którzy odeszli… Albo zastanowić się, dlaczego macochy reagują w ten sposób.

Gdy macocha próbuje zabrać dziecko

Co ona chce osiągnąć w ten sposób? Pytam się bardziej o podświadomość, bo wierzę że ona rzeczywiście widzi te dziury w butach, plamy na spodniach i niedoleczony katar. Być może wierzy, że kiedy dziecko będzie u niej, partner ograniczy również kontakt z byłą partnerką? Aktualnie muszą ze sobą rozmawiać i to wcale nie tak rzadko. Niby są to suche informacje na temat dziecka, ale kto wie czy któregoś dnia, przy wspólnym wycieraniu Tomeczkowi nosa zastygłe uczucie nie wybuchnie ponownie? Szczególnie jeśli matka Tomeczka nie jest w związku i to nie ona odeszła.

Może wyjaśnienie jest ewolucyjne? Samica chce pokazać wyższość nad pierwszą samicą. Udowadnia więc, że nikt tak pięknie jak ona nie zajmie się potomstwem. Nikt tak nie nakarmi, nie wyleczy zapalenia płuc, nie zaceruje bluzki, nie kupi nowych skarpetek tak, jak ona. Patrz, partnerze, jak rozpościeram swe skrzydła nad Twoim potomstwem! Nikt tak jak ja nie zaspokoi Twojej puli genowej!

Gdy rozmawiałam z babeczkami na jednej z fajniejszych grup na facebooku (ale polecam również moją!), zasugerowały również ostrożnie kwestię finansów. Alimenty zostają w kieszeni – bez względu na to czy jest to dosłownie kilka groszy, czy też pierwsza matka wywalczyła pokaźną sumę, zawsze jest to jakiś ratunek dla portfela. No i nie należy zapominać, że jeśli dzieci wychowują się razem, szansa na pińćset wzrasta.

Co o tym sądzę?

Wśród wyjaśnień powyżej nie ma jednego: dziecko jest naprawdę zaniedbane, zapomniane, źle się czuje i wręcz wyraża chęć zostania u ojca. Jasne, wiem że i tak się zdarza. Może on nie bez powodu od niej odszedł, może ona stosuje przemoc psychiczną albo fizyczną. Może się tak zdarzyć.

Jednak, przepraszam bardzo, kiedy wniknęłam we wspomniane przeze mnie przypadki, tak naprawdę nie działo się nic takiego. Ot, dziecko przyszło przeziębione, no dramat. Wiadomo przecież, że dzieci tak po prostu kataru nie mają, pewnie na balkon wystawiła. Miało dziurawy but, bo mama nie zauważyła dziury, a w drodze do ojca jeszcze się przewróciło i ubłociło – dobrym matkom to się przecież nie zdarza. Mamy radar, którym wykrywamy każdy pęknięty szew, po czym za każdym razem odpalamy brykę i ruszamy po nowe firmowe buciki czy ubranka.

Gdy macocha próbuje zabrać dziecko matce, robi się niesmacznie. Jakkolwiek by go nie kochała i nie chciała, żeby „dzieci wychowały się razem”, ono już ma matkę. Sąd zadecydował, że dziecko ma zostać przy niej, jest z nią prawdopodobnie związane i przykro mi – taka konsekwencja podjętych przez Ciebie i Twojego partnera wyborów. Wierzę, że to niełatwa sytuacja, ale próba odseparowania, bo coś Ci się ubzdurało, jest czynem paskudnym, żeby nie powiedzieć dosadniej.

I to „nawet” jeśli dziecko przyszło w dziurawym bucie. „Nawet” wtedy!