Mam wrażenie, że w blogosferze nastąpił spory przesyt. Kiedy zaczynałam pisać, prawie cztery lata temu, ten sam zamiar zaczęcia powzięli chyba wszyscy wokół. Dwa lata później bowiem blogów zrobiło się zatrzęsienie. W grupach blogowych nie było dnia, żeby ktoś nie zapytał się „WordPress czy coś innego?” (KLIK! Tu się go nauczysz), „Jak zacząć?”, „Ratujcie! Skończyły mi się tematy!”.

I tak dalej i tak dalej. A że dwa lata później wyglądało to tak, jakby na przeciętnego Polaka przypadało po półtorej bloga, mało kto to czytał. Zalecano więc, żeby pisać! Pisać! Jeszcze raz pisać! I być wszędzie! Instagramy, tiktoki, snapchaty, Nasza Klasa, Grono… Ok, przesadziłam, ale wiesz o co chodzi. Żeby swoje wejście obwieszczać pierdylionem ikon na facebooku, żeby chwalić się, że do tych dwóch wpisów i jednej recenzji książki litościwie podarowanej przez szwagierkę, która napisała traktat o wyższości szczepionek nad cesarką, doszliśmy sami i dzięki temu jesteśmy na szczycie.

Brzmi zabawnie? Ano, brzmi. Oczywiście, dzięki takim poradom wybiło się kilku blogerów, którzy całkiem ciekawie opisują rzeczywistość. Większość jednak, jak przewidywano, pokonała proza życia. Nawet ci, którzy postawili wszystko na jedną kartę, rzucając pracę dla bloga, czasami podkulali ogonek i dziś nie piszą. Ewentualnie dogorywają.

Share Week 2019 – ci, co jeszcze nie umarli?

Czy ja dogorywam? Chciałabym krzyczeć, że nie i że trzymam się całkiem nieźle. Od kiedy urodził się kolejny czasopożeracz i przymusowo odeszłam nieco od blogosfery, co wracam, to widzę że nie ma tam już wielu innych, którzy zaczynali ze mną. Niektórzy dali sobie spokój z pisaniem, inni…

Inni przeszli na „bardziej obiecujące media”! Paaanie, kto dziś czyta? Mamy erę obrazków, więc proszę bardzo – instagram. Tam tera współprace, tam barter w zupkach za zdjęcie, tam śliczne panie, śliczni panowie oraz ci spod znaku „nie wstydzę się fałdek”. Tam mamusie z wnętrzem jakby nieskalanym dziecięcą łapką. Mamy erę słuchania, a więc proszę bardzo – YouTube i podcasty. Mamy w końcu rozmaite „snapczaty i tik-toki”…

Które niestety, nie są dla mnie. Już informowałam, że jestem wzrokowcem. Nie umiem słuchać – to znaczy, chętnie wysłucham jeśli masz problem, nawet Ci doradzę, bo tak już głupio mam, że zamiast współczuć i kiwać głową, próbuję problem rozwiązać. Jak jakiś facet. Wciąż się uczę, że nie każdy chce porady i niektórzy wolą, kiedy po prostu mentalnie potrzymam za łapkę. W każdym razie, jestem wzrokowcem i wolę czytać. Zapamiętuję słowo czytane, ono przemawia do mnie dużo mocniej.

Dlaczego więc nie czytam?

Przed urodzeniem kolejnego dziecka czytałam mnóstwo blogów. Przez ostatnie miesiące moje życie przypominało jazdę kolejką z atrakcjami. Wiesz, taką gdzie z zaskoczenia oblewa Cię zimna woda, gdzieś tam Cię łaskoczą, potem nagle wisisz do góry nogami. A przecież dziecko jest z tych spokojnych. Za to inne „atrakcje” do spokojnych nie należały.

W mojej ulubionej powieści „Emilka ze Srebrnego Nowiu” – jednej z lepszych serii dla młodych bab, jaka kiedykolwiek powstała, Emilka na czas dorastania, który przypadł na czas nauki w szkole, miała zakaz pisania „nowel”. Był to zakaz, który bardzo ją rozwinął. Pozwolił spojrzeć na rzeczywistość z innej strony, poukładać ją w głowie. Może to nadinterpretacja, ale dziś uważam, że właśnie dzięki ciotce, która postawiła takie ultimatum, Emilka została docenianą pisarką. I co prawda gdzie mi tam do niej… Jednak ten okres przymusowej przerwy od bloga, z tego co widzę, zrobił mi całkiem dobrze.

Nie tylko nie pisałam. Czasu nie starczało również na regularne śledzenie tego, co napisali inni. Nawet ci z gatunku „moich ulubionych”. Nie żebym w ogóle nie czytała, bo czasem, usypiając wieczorem dziecko, rzucał mi się z telefonu czyjś wpis. Chłonęłam wtedy niczym świat z okresu, kiedy miałam czas na zrobienie sobie kanapki.

Share Week 2019, a emocje wokół niego?

Rok temu Share Week był czymś, na co wielu czekało, tupiąc nogami ze zniecierpliwienia. Nie będę kłamać, że ja nie tupałam. Każdy lubi być doceniony, spodziewałam się, że znajdę się pewnie w jakimś zestawieniu albo i poza nim. Poza tym, nie mogłam się doczekać, by przekazać Ci, co poza moim blogiem powinno być must have’em homo readera (homo lectus? Rany, google translate nie pomaga).

W tym roku tupania nie słyszałam, choć możliwe że przegapiłam. Reakcje jednak nie są tak entuzjastyczne. „Byłam w kilku zestawieniach i nie przełożyło się na statystyki” – przeczytałam nie raz i nie dwa. Tylko czy miało? Teoretycznie Share Week daje taką możliwość, tyle że nie o to tu chodzi. Wygranymi nie są blogerzy goszczący na głównej stronie pudelka, a ci, których warto czytać, mimo że niekoniecznie umieją w marketing i po prostu fajnie coś piszą.

Dość gadania jednak! Pamiętasz moje zeszłoroczne polecenia? W tym roku chcę Ci pokazać te oto blogaski! Share Week 2019 czas zacząć 🙂

Chrześcijanka z sąsiedztwa

W zeszłym roku czytałam tyle blogów, że miałam problem z faktem, że o jakimś mogłam zapomnieć. Gdy po opublikowanym poście skomentowała ona, nagle złapałam się za łeb. Jak mogłam o niej nie wspomnieć?! A tymczasem Chrześcijanka z sąsiedztwa pisze dalej i robi to świetnie! Są lekko prowokujące clickbaity i jest… Jest życie chrześcijanki.

Z blogami o wierze mam często problem. Albo są nudne jak flaki z olejem, bo ktoś próbował wyjaśnić słowa Pisma Świętego i wyszło mu kazanie po łacinie, albo też bloger przyjmuje postawę: „hihi ojeeej katolik to nic strasznego, my też możemy malować usta szminką, no poważnie!” Nie kupuję takiej narracji. I dobrze, bo Chrześcijanka z sąsiedztwa, czyli Marysia Górczyńska, nie sili się na wyjaśnianie głównych prawd wiary czy tłumaczenie historii Kościoła w trudnych słowach. Nie sprawia również (absolutnie nie!) osoby zakompleksionej i nieco niepewnej w swojej wierze. Mówi za to o swoim przeżywaniu wiary, o osobistym jej czuciu. Z zapałem opowiada o tym, jak łączy praktyki religijne z takim zwyczajnym życiem równej babki. A że z zawodu jest kosmetologiem, malowanie ust szminką raczej nie sprawia jej problemów.

Marysia unika kontrowersji – właściwie więcej jej znajdziesz u mnie, niż tam. A jednak tematów jej nie brakuje i to również takich, które zainteresują każdego, bez względu na wiarę, płeć czy inne.

Pigout

Zrobiło się miło i grzecznie, niczym na proszonym obiedzie u babci? Pozwól, że otworzę drzwi pijanemu rechocącemu wujkowi. A poważnie, możesz się zdziwić, jak bardzo drugi blog różni się od pierwszego. PigOut to chłop, który żyje głównie jedzeniem hamburgerów, bezlitosnym wyśmiewaniem celebrytów i zajmowaniem się Brendonkiem. Jest więc wszystko to, co kocham najbardziej! Dobre żarcie, cynizm i parenting w dobrym wydaniu.

PigOut, jak sam o sobie pisze, „za dnia jest przykładnym korpoludkiem, a wieczorami ściąga chomąto, siada przed kompem i robi internety”. O czym pisze? O podróżach, o byciu ojcem, który tak po ludzku jednak czasem bardziej interesuje się tym, co nowego na Netflixie, niż „nowościami” w pieluszce swojego Brendonka, o Brendonku, o wpadkach znanych osób. A pisze tak, że nie czytam go w środkach komunikacji miejskiej, bojąc się że opluję towarzyszy z naprzeciwka ze śmiechu. Poważnie, zdarza mi się obudzić karmione wieczorem dziecko. Wstyd…

I właściwie są dwie rzeczy, przez które nie mogę przegapić żadnego wpisu PigOuta. Pierwszą jest właśnie ten bezlitosny komentarz do spraw bieżących, którym demokratycznie nie oszczędza nikogo. Tak, jeśli masz parcie na szkło lub internety, również jesteś zagrożony. Drugą są… Hamburgery. Śmiałam się kiedyś, że moja turystyka jest gastroturystyką i że miałam szczęście poślubić mężczyznę, który nie dość że zaakceptował, to jeszcze rozwinął ten temat i uwielbia sprawdzać ze mną szamę na mieście. Czy dziwi fakt, że ciekawi mnie, co w temacie żarcia odkryli inni?

Na koniec dopiszę tylko, że PigOut wydał książkę i kiedy znajdę pół godziny wolnego czasu, to znaczy pewnie kiedy dzieci pójdą na studia, dorwę ją w końcu w jakiejś Biedrze.

Aleksandra Pakuła

Z trzecim miejscem mam problem, gdyż umieściłabym tu kilka osób. Obsadzę tu jednak kobietę, dzięki której nawet tak niezgrabna i totalnie nieobyta koza potrafi czasem zachowywać się jak człowiek. Panie i panowie, oto Aleksandra Pakuła i jej blog o tym, jak się zachowywać. Dress code, savoir-vivre i takie tam nie mają przed nią tajemnic.

Wyświetl ten post na Instagramie.

„Witam” prześladuje nas wszystkich. Problem z nim wydaje mi się podobny do problemu ze słowem „bynajmniej” – całkiem spora część społeczeństwa nie ma zielonego pojęcia, co ono oznacza. O ile w przypadku „bynajmniej” bywa śmiesznie, bo znaczy zupełnie co innego niż mylone z nim słowo przynajmniej, to niewłaściwe użycie słowa „witam” może w pewnych sytuacjach być nawet obraźliwe. Jeszcze większy problem pojawia się, gdy po wnikliwym zapoznaniu się ze słownikiem i odkryciu pełnego znaczenia słowa „witam”, próbując znaleźć dla niego zastępstwo, rozpoczyna się nadużywanie słowa „witaj”, które wcale dobrym zastępcą nie jest. O „witam” i „witaj” więcej przeczytacie w najnowszym poście, który dziś pojawił się na blogu. Link jest w opisie profilu. #savoirvivre #językowy #językowysavoirvivre #dobremaniery #etykieta #dama #lady #dobrewychowanie

Post udostępniony przez Aleksandra Pakuła (@aleksandrapakulapl)

Wydawać by się mogło, że żyjemy w czasach, gdy ceni się ludzi „swobodnych”, którzy nie zawracają sobie głowy tym, kto pierwszy ma powiedzieć „Dzień dobry”. Nic podobnego, dobre maniery wciąż są w cenie, a wtopy związane z brakiem obycia urocze nie są. Szczególnie u tak starych bab jak ja. Czytam więc, dokształcam się, dowiaduję że buty bez pięty i brak rajstop to niekoniecznie oficjalny strój, że trampki do wieczorowego stroju są ok, ale nie zawsze, że jak się żegnamy, to ze wszystkimi. Takie tam drobiazgi, o których wiedzieć trzeba, a nie zawsze wiemy.

I kto jeszcze?

Z pewnością ci, których czytałam w zeszłym roku! O ile nie przestali pisać 🙂 A prócz tego:

Ejtomy – czyli blog małżeński pewnego organisty z ciętym językiem i jego żony. Wiara, rodzina i lifestyle, z delikatnym jajem.

Dziewczyna z obrazka – kiedy zaczęłam czytać jej bloga, zlękłam się, że posądzi mnie kiedyś o plagiat, zdarza nam się bowiem poruszać podobne tematy, niezależnie od siebie. Magdalena pisze również o życiu z niedosłuchem oraz o onkologii, na której spędziła kawałek dzieciństwa.

Blogierka – czyli związkowe dialogi na wesoło. O życiu Stefana i Krysi opowiada Agnieszka, z zawodu instruktorka fitness. Dzięki tym dialogom nawet poważne problemy porusza z lekkością i polotem.

I pewnie kilku innych, o których zapomniałam. A dlaczego zapomniałam – już wspominałam. Wspomnę więc jeszcze tylko tyle, że na TEJ stronie możesz zapoznać się z akcją. Jeśli zaś jesteś blogerem, możesz nawet wziąć w niej udział, polecając czytelnikom nowinki, których być może jeszcze nie znają.

To jak? Zapoznasz się? A może nawet czytasz już kogoś z nich? 🙂