Kolejne programy pojawiające się w naszej telewizji powoli przestają nas szokować. Pamiętasz może pierwszy sezon „Wielkiego Brata”? O panie, to były czasy! Ludzie podzieleni na oburzonych podglądactwem cudzego życia i chętnie podglądających to Monikę w kąpieli, to Frytkę z Kenem w jacuzzi. A potem było już tylko lepiej.

Bo reality show i kontrowersyjne dokumenty bardzo się przyjęły i nic w tym dziwnego. W wielu z nas tkwi taka babcia okienna, na którą oburzeni rodzice krzyczeli, żeby się nie gapiła, bo co ludzie powiedzą. A tu można legalnie. Pojawił się tylko jeden problem – sam fakt, że podglądamy, przestał nas w końcu interesować.

Producenci poszli więc nieco dalej. Efekt? Gdy byłam nastolatką, udawało mi się czasem zabłądzić na japońskie kanały, gdzie ludzie próbowali wytrzymać, gdy puszczało im się bąki w twarz (czyli jak bardzo jesteś rodzicem?), walczyli na rozłożonej śliskiej folii albo próbowali przejść przez staw pełen dziwnych przeszkód. Wtedy myślałam, że to taki koniec tego, na co mogą pisać się durni ludzie. Myliłam się. Czy dziś nasza telewizja jakoś specjalnie odbiega od tego, co tu opisałam?

Bo gdy mamy rolników szukających żony, dokument o patologiach na polskich wsiach oraz „Warsaw Shore”, na które litościwie spuszczę zasłonę milczenia, pamiętając jak z ciekawości włączyłam odcinek i pies patrząc się na mnie pogardliwie, wyszedł z pokoju, ciężko jest nas czymś zaskoczyć. Czym? Seks na ekranie już był, nieraz. Ślub również. Zdrada też.

Ciąża z nieznajomym

W Danii poszli więc po rozum do głowy i zaczęli szukać czegoś, czego jeszcze nie było. Jest! Bomba! Przepis na sukces? Pamiętasz tekst o coparentingu? (KLIK! O, tutaj) No więc zaprzęgnijmy dziś ten nieszczęsny coparenting do scenariusza. Że niby sam w sobie jest, delikatnie mówiąc, kontrowersyjny?

Eee tam, pójdźmy dalej. Nie róbmy nudnego dokumentu o pani i panu, którzy właśnie zdecydowali się mieć wspólne dziecko. Zróbmy casting! A potem dopasujmy sami januszów i grażyny według… ekhem, rzecz jasna, testów psychologicznych i fizycznych. Bo przecież nieee, nie o kontrowersję tu chodzi i o to, by były emocje, łzy. I tak powstaje „Pregnant with a stranger”, czyli nic innego jak ciąża z nieznajomym.

Mamy więc kobity i mężczyzn, którym zachciało się sławy, no i dziecka przy okazji. Mamy, nie oszukujmy się, dobór losowy albo taki, żeby były jaja na wizji. Mamy in vitro, żeby to dziecko jednak się pojawiło (kurka no niech sie uda, bo mię matka w tiwi nie ujrzy!). Mamy ciążę. No a potem mamy dziecko. Na całe życie. Z „partnerem”, którego dobrał nam telewizyjny casting.

A gdy zgasną światła kamer?

Wiesz, jaki mam stosunek do coparentingu, opisywałam go, jakby się uprzeć, kilka dni temu. Tu jest już aż nazbyt kontrowersyjnie, mamy przecież ludzi, którzy nigdy nie będą razem. Samo to odbiera dziecku wiele. Oczywiście, można znów wysunąć argument: lepszy taki układ, niż związek, w którym występuje przemoc i brak miłości. Tyle że nie mamy wyboru między jednym i drugim, pomiędzy jest jeszcze jakaś tam norma.

Tu jest jeszcze lepiej. Bo w coparentingu jednak sami wybieramy ojca czy matkę dla naszego dziecka, możemy się przedtem poznać, czasem odrzucić, by szukać dalej. I nawet jeśli nie połączy nas miłość, możemy mniej więcej dojść do wniosku że dogadamy się jakoś i nie będziemy sobie wzajemnie przeszkadzać, a nawet wręcz przeciwnie.

Tu wybiera ktoś inny. A my, gdy światła zgasną, zostajemy z dzieckiem, którego być może nawet niespecjalnie chcemy, bo tak naprawdę to w sumie chcieliśmy być bohaterami reality show, tylko że tym razem bez picia i uprawiania seksu na żywo. Zostajemy z ojcem dziecka, którego bez świateł kamer nie bardzo może chcemy widzieć, bo kompletnie nam nie pasuje – albo z matką. Jak to wszystko może wpłynąć na dziecko – zostawiam Twojej wyobraźni. I wiedzy, bo pewnie wiesz.

No nic. Bohaterom zostaje wspomnienie kilku miesięcy na wizji. A gdy dziecko podrośnie, można przecież wziąć udział w kolejnym programie, gdzie duńska pedagog będzie je uczyć respektu i kindersztuby metodą karnego jeżyka. Jeśli to nie pomoże, za kilka lat pozostaje wziąć udział w jakiejś telewizyjnej podmiance niegrzecznych dzieci. A potem to już tylko program „Kto poślubi mojego syna? Odc.1232: Błagam! Weźcie go ode mnie w cholerę!!!”