„Ale Ty przecież rysować nie umiesz!”, zażartowałam w liceum pod wpisem koleżanki, która pochwaliła się, że gryzdała kolejną mangę. Ot, tak jak zwykle, przecież lubiłyśmy się przekomarzać i raczej wiadomo było, że jeśli powiemy sobie komplement, owiniemy go dokładnie w papierek ironii.

Tym bardziej zdziwił mnie jej sms, w którym obrażona pisała, że teraz już wie, iż uważam ją za beztalencie, które nie umie rysować i jest jej z tego powodu bardzo przykro. Zdziwił mnie, bo koleżance co prawda zdarzał się momentami brak dystansu, który szybko przechodził (przebywanie w naszym towarzystwie nieco ją wyrobiło), ale tu nie bardzo wiedziałam, co ją ugryzło.

W każdym razie, krótka rozmowa smsowa wystarczyła, by koleżanka zrozumiała, że źle pojęła intencję być może durnego żartu, ale jednak żartu. Ja natomiast od tego czasu pamiętam, że to, co napiszemy, brzmi jednak zupełnie inaczej, niż to co rzucimy w przestrzeń słowem.

A piszemy do siebie coraz więcej

Domyślam się, że za jakiś czas wkroczymy w przestrzeń, gdzie wysyłanie sobie „mówionych” wiadomości stanie się taką normą, jak dziś wysyłanie smsów czy wiadomości w komunikatorach. To dzieje się w sumie już, ale nie na dużą skalę. Póki co, wciąż piszemy. Zostają też komentarze w mediach społecznościowych, na blogach czy niektórych portalach.

Słowo pisane bardzo często odbiega od tego, co normalnie byśmy powiedzieli. „Bawiłeś” się kiedyś w przepisywanie wywiadu? Mi się zdarzało, trochę na studiach, trochę później, choćby w pracy. Jeśli nie, proponuję Ci eksperyment z przepisaniem krótkiego nagrania z Twojej rozmowy. Powinieneś wtedy zauważyć, ile trzeba zmienić, by tekst był czytelny. Ile razy dodać w nawiasie [śmiech] i inne.

Że problemu nie ma? Po coś powstały jednak emotikonki, dzięki którym nieco łatwiej zauważyć intencję piszącego. Jest z nimi tylko jeden problem: ich nagromadzenie powoduje wrażenie, że mamy do czynienia z niestabilnym emocjonalnie nastolatkiem. Mało tego, nie są raczej dopuszczalne w artykułach. Na blogach stosuje się je już nieco częściej, jednak wciąż wielu ma problem z ich stosowaniem :/ Przyznam, że ja również 😀 a poważnie, jeśli wrzucam, to jedną, góra dwie na koniec tekstu – jakoś nie mogę się przełamać, choć nie będę się zarzekać, że tak będzie zawsze.

Podsumujmy więc

Skąd te nieporozumienia i kłótnie w internecie? Dlaczego ciężko nam się zrozumieć w sieci?

  • szczerość i dobitność – pisząc, częściej jesteśmy szczerzy. Gdy koleżanka wyśle nam zdjęcie, łatwiej nam napisać: „Sorry, w tych okularach to masakra”. W realu pewnie ugładzilibyśmy nieco przekaz, szczególnie jeśli widzielibyśmy, że z racji emocji tekst sprawiłby koleżance przykrość.

 

  • ironia – tak jest w moim przypadku. Na moje nieszczęście, pochodzę z rodziny, gdzie nawet niewinne pytanie „Napijesz się herbaty?” jest podszyte ironią. Z przerażeniem odkryłam, że zaczęło ją rozumieć moje dwuletnie dziecko. Emotikonka? Widzisz, dobra ironia wyklucza używanie emotikonek. Mało tego, jest naprawdę mnóstwo ludzi, którzy ironii nie rozumieją – bo mają zaburzenia ze spektrum autyzmu/ nie mają poczucia humoru/ ich poczucie humoru jest nieco inne, łagodniejsze niż nasze. Nawet tu, na blogu, zdarzało mi się tłumaczyć oburzonym, że właśnie zetknęli się z ironią i że ironia, poznaj Asię, komentatorkę na rozkminach, Asia, poznaj ironię, moją przyjaciółkę.

 

  • brak emotikonek – niby słowo pisane radziło sobie bez nich przez wieki. Książki nie powstały przecież dziesięć lat temu, a ich autorzy potrafili te emocje ująć. „Chcesz herbaty?” – uśmiechnęła się ze wzruszeniem Kasia, nieporadnie skubiąc paznokcie do krwi. I wiadomo, o co chodzi. Rozmowa z drugim człowiekiem w komentarzach to jednak nie książka. Blog to również nie książka i nikt z blogerów nie będzie co chwila wyjaśniał: „na myśl o tym co piszę, pokraśniałem z dumy” czy też „tak sobie ironicznie myślę”. Czasem trzeba po prostu czytać dokładnie, a w przypadku wątpliwości w komentarzach, zakładać dobre intencje autora.

Co możemy zrobić?

Z ironią nic. Przynajmniej ja się jej nie pozbędę. Ona naprawdę ułatwia życie! Już wolę ją tłumaczyć każdemu z osobna, przedstawiać, witać i ryzykować, że ktoś więcej się tu nie pojawi.

Za to możemy zastanowić się dwa razy. Przed dodaniem komentarza możemy pomyśleć – czy osoba, do której piszemy, na pewno dobrze odczyta nasze intencje? Ja w sumie w przykładzie z początku tekstu pewności nie miałam. Koleżanka ironię najczęściej czuła, zdarzało się jednak, że w domowych pieleszach o niej zapominała, mogłam więc ugryźć się w paluszki, powstrzymać atencję i nie pisać nic.

A gdy jesteśmy po drugiej stronie i to nas komentują? Jak już wspominałam, warto po prostu założyć dobrą wolę komentującego. Czasem uszczypliwość widać gołym okiem, innym razem jednak suchy komunikat potrafi przecież wyglądać jak uszczypliwość. Zamiast zastanawiać się, dlaczego czytelnik w tak zawoalowany sposób chciał być złośliwy, można przecież udawać, że nic się nie stało. Jeśli będzie chciał dokuczyć, napisze przecież jeszcze raz.

Nie podpowiem Ci niestety czy warto używać emotikonek 😛 moim zdaniem, nie warto 😀