„Bezdomny na klatce przespał całą noc na sankach naszego dziecka. Śpiworek, który posłużył mu za poduszkę, jest brudny i śmierdzący. Liczymy na zadośćuczynienie”. Kartka mniej więcej takiej treści zawisła na fanpage’u „Katolwica & Mąż”. I podzieliła nas troszkę.

Szczególnie widziałam to wśród moich znajomych. Bo kartkę udostępniało wielu. I chyba nie było udostępnienia, pod którym nie toczyła się żywa dyskusja. Nie dziwię się, bo temat trudny, a skrajności nie brakuje.

Dlaczego sytuacja skomplikowała się teraz? Dlatego że końcówka zimy była wyjątkowo mroźna. Temperatury w całej Polsce pokazywały średnio jakieś -15 stopni. Nosa po bułki i mleko nie chciało się wystawiać, co więc mieli zrobić bezdomni? Wielu schronienie znalazło właśnie na klatce. Tak było i u mnie.

Do czasu

Siedziałam spokojnie przed laptopem i chyba nawet tekst pisałam. Mąż w pokoju obok usypiał dziecko. Nagle słyszę wozy strażackie. Nic to dziwnego, bo remiza w sumie nie tak daleko, wzorem babć okiennych (w końcu młodsza już nie będę!) wychyliłam się więc, żeby zobaczyć, gdzie jadą. Może i dobrze, bo nagle zobaczyłam, jak po kolei parkują pod moją klatką schodową i wchodzą.

Kojarzysz ten przypływ adrenaliny? Szybko otworzyłam okno, żeby sprawdzić czy gdzieś się nie dymi. Co tam mokra głowa, co tam ujemna temperatura! Na szczęście wszystko było w porządku. Pobiegłam więc na klatkę, przy okazji budząc przysypiającego już męża. Schodzę i okazuje się, że sąsiadów zaniepokoił (słusznie zresztą) ostry zapach spalenizny. Szczególnie że nikt akurat niczego na noc nie gotował.

Pewnie już się domyślasz, kto był winowajcą. Bezdomne „harcerzyki”, które w przejściu między klatkami zrobiły sobie palarnię. Co tam spalono – nie wiem i wolę nie wiedzieć. Panowie po interwencji odpowiednich służb na szczęście sobie poszli. Póki co ich nie ma i domyślam się, że po tej akcji sąsiedzi do pomocy tak chętni nie będą.

A przecież panowie byli również wcześniej. Leżeli nawaleni na parterze tak, że ani do windy wejść się nie dało ani dalej schodami. Wiadomo, zamieszkajmy wszyscy na parterze, w imię miłości do bliźniego. Dzwonili co chwila do drzwi z prośbą o „złotóweczkę”, choć nie daliśmy ani razu (KLIK! Jak nie pomagać ludziom?). Średnie niedogodności. Podobnie można przeżyć zapach moczu, niemytego ciała, ubrań i alkoholu. Wrażliwców nie ma.

Tylko że chodzi o bezpieczeństwo

Jak poszperałam i trochę popytałam, będąc w kropce, dowiedziałam się, że takich interwencji mało nie jest. Straż Miejska w okresach zimna (i nie tylko. Są klatki, w których bezdomni próbują zrobić sobie noclegownię cały rok) co chwila przyjeżdża do zarzyganej klatki, do imprez, gdy jeden bezdomny wpuści drugiego. Zdarzają się również sytuacje niebezpieczne – próby włamania pod nieobecność domowników, zaczepianie dzieci, kobiet, podpalenia również nie są niestety rzadkie.

Najłatwiej za to stwierdzić, że rodzice są bez empatii, bo żal im durnego śpiworka. Potem wjechać na tradycyjne „ach, takim wierzącym narodem jesteśmy, a tu ludzie bez serca”. Nie wiem czy twórcy wspomnianego fanpage’a dzieci mają. Jeśli tak, pewnie wiedzą, jaką studnią bez dna jest niemowlak. Pewnie wiedzą, że w natłoku różnych wydatków na kolejne wizyty lekarskie, kurtki, ubranka, mleko i inne, pralnia chemiczna śpiworka to majątek. A co przez czas, gdy śpiworka nie ma? Dziecko na spacer nie wyjdzie. Być może nie wyjdzie dłużej, jeśli pieniędzy akurat nie ma. Jakby ten aspekt nagle pominięto. Po co się tym przejmować? Toć wiadomo, że śpiworek niemowlęcy życie człowiekowi uratował… Zaraz zaraz. Chyba jednak nie. Można było się bez niego obejść.

Czy we mnie kartka nie budzi mieszanych uczuć? Budzi. Rozumiem tych, którzy w odruchu serca w zimny wieczór napoili bezdomnego herbatą czy innym ciepłym napojem. Chcieli dobrze, a wyszło jak wyszło. Czepianie się ich jest bezsensowne, choć kartka z zaznaczonymi szkodami wyrządzonymi przez bezdomnego mogłaby się przydać, by następnym razem zadzwonili raczej po straż miejską, która poinformuje ich, gdzie delikwent może bezpiecznie i w cieple przenocować. Może nawet po herbacie.

Bo jest gdzie

W moim mieście w największe mrozy noclegownie dla bezdomnych przyjmowały nawet tych pod wpływem różnych środków odurzających. Oczywiście, znam argument „Chciałbyś nocować w noclegowni?” – no, proszę ja Ciebie, od kilku lat najlepiej śpi mi się we własnym domu. W smarkatej młodości sypiało się na dworcach, przystankach czasem (ach, te oczekiwania na środki komunikacji!), byle gdzie, dziś widzi mi się raczej łóżko. Dziś nie chciałabym nocować ani w noclegowni ani na klatce schodowej – choć tak, zdaję sobie sprawę że i ze mnie los może kiedyś okrutnie zadrwić. A jeśli jednak trzeba wybierać, to już chyba noclegownia lepsza.

„Tylko tam trzeba być na co dzień trzeźwym! Nie wiesz, czym jest uzależnienie!” – wiem, niestety. Nie, nie jestem uzależniona, za to żyłam z uzależnionymi na co dzień. Przeciętny Polak w moim wieku wie, czym jest uzależnienie, poważnie. Z okresu PRL-u nasi wujkowie, dziadkowie, rodzice i inni powychodzili z ogromnymi problemami alkoholowymi. Tylko czy czyjeś uzależnienie może wpływać na bezpieczeństwo innych? Czy czyjeś uzależnienie może wpływać na straty materialne drugiego człowieka? Już partnerom osób uzależnionych wbija się, że nie, nie może i nie pozwól na to! To dlaczego ja, jako obcy człowiek, mam pozwolić?

Bezdomny na klatce oczywiście nie zawsze musi pić. Przyczyny bezdomności są najróżniejsze. Różne są też sytuacje, znamy przecież i takie, gdzie człowiek pomieszkuje na schodach i jeszcze jeść mu dadzą, bo po prostu nie ma się gdzie podziać. Ot, symbioza, w której nikt nikomu specjalnie nie zawadza. Nie o tym piszę.

O czym więc? Żeby pomagać, ale tak by nie zaszkodzić. Po pierwsze, sobie. Po drugie, bezdomnemu. Po trzecie, osobom wokół Ciebie. Bo może nie Ty ucierpisz i nie Twój śpiwór będzie się nadawał do wywalenia. Warto mieć to na uwadze.