„Cześć, mam na imię Grzegorz (34 lata) i chciałbym tu znaleźć kobietę, która urodzi mi dziecko. W grę wchodzi głównie coparenting. Mam skończone świetne studia i dobrze zarabiam. Nie posiadam nałogów. Plusem byłoby, gdybyś nie miała przedtem żadnego dziecka i chciała karmić piersią”

Czytałam, przecierając oczy ze zdumienia i zastanawiając się, kto pójdzie na taki układ. Tyle się przecież mówi, że patchwork to nie rurki z kremem, że pełna rodzina to jednak dziś skarb (KLIK! Tu więcej o ojcostwie). Wiadomo, życie toczy się różnie i z rozmaitych przyczyn jak świat światem dzieci wychowywały się w rozbitych rodzinach, z jednym rodzicem, z babcią i wychodziły na ludzi, a statystyczny pan z psem mają po trzy nogi. Warto jednak chyba do tego ideału pełnej rodziny dążyć.

Tu zaś od początku sprawa jest jasna. Prawdopodobnie ze sobą nie będziemy. Prawdopodobnie będzie nas łączyć dziecko. No dobrze, to po kolei.

Coparenting je się z dżemem czy parówką?

Czym jest coparenting? W internecie możemy znaleźć odmianę: co-parenting, cooparenting. W Polsce zaś natkniemy się na: współrodzicielstwo oraz współwychowanie. Niektóre źródła tłumaczą to jako wspólne wychowanie dzieci po rozwodzie, nie o to mi dziś jednak chodzi. Coparenting w tym wydaniu to wspólne wychowanie zaplanowanego dziecka przez parę, którą poza tym dzieckiem nic nie łączy.

Bo tak, latorośl najczęściej jest tu zaplanowana. Rzadko zdarza się, by coparenting wyszedł spontanicznie, gdy okazuje się że dobra impreza przyniosła ze sobą niespodziankę. Najczęściej pomiędzy rodzicami nie ma również chemii. Jest za to czysta kalkulacja: czy partner ma dobre geny? Wygląd, który będę akceptować bez przeszkód u mojego dziecka? Jest ustawiony mniej więcej tak jak ja oraz inteligentny?

Planowane są również aspekty wychowania. W jaki sposób, jaką metodą? Z kim berbeć przebywa? W jakie dni? Jak wygląda wychowanie ojca, a jak matki? Lub w innej konfiguracji, bo i pary homoseksualne korzystają z coparentingu. Tu zresztą uważam, że dokładne planowanie jest dobrym pomysłem. Z pewnością lepszym, niż „totalnie się nie znamy, ale jakoś to będzie”.

Rozwiązania? Zdarza się, choć rzadziej, że rodzice zamieszkują razem, choć żyją osobno. Najczęściej wygląda to podobnie jak w rozwiedzionych rodzinach, gdzie byli partnerzy dzielą się opieką nad dzieckiem. Podobieństw jest w sumie sporo.

Masz z tym jakiś problem?

„Wnioskuję, że coparenting to dla Ciebie kiepski pomysł. Dlaczego? Przecież jesteś za życiem, a tu nie dość, że się to życie powołuje, to jeszcze dba o nie. Dziecko jest ważne dla obojga rodziców, którzy mają przecież prawo do szczęścia! O co Ci chodzi?”

No właśnie. Z wierzchu to nie wygląda przecież źle. Są ludzie, którzy mimo że nie przysięgali sobie ani nawet nie czują do siebie mięty, szanują się nawzajem. Każdy z nich zaplanował sobie miejsce dla dziecka i bardzo go chce. Jest to opcja dla samotnych (KLIK! Rośnie ilość samotnych ludzi), którzy mimo odnoszonych sukcesów nie potrafią lub nie chcą nawiązać trwałej relacji, ale brakuje im szkraba obok siebie.

Ja mimo wszystko zastanawiam się trochę nad tym brakiem relacji. Żeby było jasne – jestem pewna, że osoba nie mająca obok siebie drugiej połówki, również może kochać. Jednak jeśli są w nas pewne braki, przez które na dzień dzisiejszy nie potrafimy stworzyć związku albo jeszcze gorzej – wiemy, że tego związku nie chcemy, to w kwestii dzieci zapala mi się czerwona lampka.

Nie potrafię również pozbyć się wrażenia, że dziecko jest tu troszkę elementem kolekcji. Oczywiście, nie twierdzę że niekochanym i niepotrzebnym. A mimo to potraktowanym troszkę jako fragment fajnej układanki: praca, ładne mieszkanie, stylowe wnętrze, fajni znajomi, dziecko. Taki trochę świat, gdzie brak wymarzonej szafy z Ikei powoduje oburzone tupnięcie nóżką. Brak dziecka w pewnym momencie również.

Czyli w coparentingu dziecko ma przerąbane?

Ja wiem, że w wielu z nas (może i w Tobie) istnieje teraz pokusa, by przeciwstawić patologiczną „pełną” rodzinę z dziećmi porządnym i zamożnym ludziom, którzy umówili się na maluszka.

Tylko że to nie ma sensu. Coparenting sam z siebie nie sprawi, że dziecko będzie nieszczęśliwe. Wciąż jednak zastanawiam się, po co? Co ma to dziecko sprawić? Jaką pustkę w życiu zapełnić?

Bo tak jak pisałam, różne są w życiu sytuacje: wpadka, rozwód, śmierć współmałżonka. I żadne z nich nie sprawia, że maluch jest mniej wartościowy, ale każda z tych sytuacji jest trudniejszą, niż zwykła. Zarówno dla rodzica, jak i latorośli. Ciężej zapewnić dziecku bazę w postaci poczucia bezpieczeństwa, miłości, pewności siebie. Nie wiem, po co celowo, mając tak wiele, decydować się na to świadomie.

Dlatego coparentingu nie zrozumiem.