Nadchodzi taki moment, że zastanawiasz się, jak to będzie. Siedzisz, głaszczesz się po rosnącym brzuchu, który tym razem rośnie nie z powodu zjedzonej do filmu paczki chipsów (ściema. To co zostaje po porodzie, to właśnie chipsy). Prawdopodobnie czytasz coś o rozwoju dziecka i zastanawiasz się nad sobą.

Masz jakąś osobowość, charakter, zainteresowania, życie. Być może poranek zaczynasz od szklanki wody z cytryną, żeby się rozbudzić. Być może uwielbiasz godzinami rozprawiać o polityce albo szydełkowaniu, a może nie wyobrażasz sobie brania prysznica bez jodłowania. Albo kiedy tylko nadchodzi luty, pakujesz się i wyjeżdżasz tam, gdzie ciepło, bo umierasz już od polskiej zimnej zimy. Może w domu jesteś właściwie gościem.

Martwisz się, że przyzwyczajenia będzie trzeba zmienić. Że dziecko, które za chwilę się pojawi, sprawi że będziesz musiała porzucić pewne przyzwyczajenia. Boisz się tym bardziej, że już teraz myśli Ci się ciężej – ogłupienie ciążowe jest faktem. W dodatku ze wszystkich ciążowych objawów jest jednym z paskudniejszych. Poważnie, wolałam rozstępy.

To nie takie trudne!

Widzisz zdjęcie blogerki/instagramerki czy innego zwierza, które opowiada, jak ze swoim trzymiesięczniakiem zwiedza Nepal. „Wszystko da się ogarnąć! Widzisz – jestem tu co roku. Moje macierzyństwo tego nie zmieni„. Inna chwali się, że trzy dni po porodzie wrzuciła kolejny wpis na bloga. Sama pamiętam, jak kilka dni po porodzie z dzieckiem na ręku odpaliłam laptopa, a tam jedna z polskich aktorek, która również właśnie urodziła i ledwo wyszła ze szpitala, już leciała do telewizji.

Zresztą nawet nie chodzi o szybki powrót do przyzwyczajeń i ogarnianie. Wyobraź sobie, że codziennie o 10:00 pijesz kawę. Rozkoszujesz się nią i wracasz do pracy. A tu psikus, bąbelek o 9:30 zaczyna głośno krzyczeć i krzyczy sobie tak przez półtorej godziny. Codziennie. Potem masz już gdzieś rozkoszowanie się kawą, szczególnie że i tak nie przyrządzisz sobie jej tak, jak lubisz. Zwyczajnie nie ma na to czasu.

Oczywiście, to jakie dziecko się trafi, jest loterią. Możesz na niej wygrać szkraba, który definitywnie rozwali cały dzień, a możesz złapać całkiem niekonfliktową osóbkę. Może nawet z tą kawą się uda. Bo przecież nie definiuje Cię kawa. Tu chodzi o coś więcej.

Urodź dziecko i zostań sobą – a figa!

Wspomniane „ciążowe ogłupienie” nie wzięło się znikąd. Jego zadaniem jest nakierować umysł na potrzebne w pierwszych miesiącach tory. Kiedy Młoda leżała w szpitalu, śmiałam się z matką leżącego obok berbecia, że z macierzyństwa spokojnie można robić doktorat. Wiedzy do przyswojenia bowiem nie zabraknie. I nie, nie jest to tylko wiedza z zakresu „Jak zdobyć pięćset plus„. Już w szkole rodzenia robimy przecież sterty notatek. Potem pierwsze dni dziecka… APGAR, laktacja – sama laktacja to temat na oddzielne studia. Kolejne badania, które dziecko przechodzi – bioderka, przybieranie na wadze, a jeśli są jakieś nieprawidłowości? Wiedzy do nadrobienia przyrasta.

Możesz oczywiście poprzestać na minimum, które i tak jest ciężkie. Szczególnie że zalecenia poszczególnych osób wykluczają się wzajemnie. Co jednak jeśli chcesz być świadomą matką, chcącą się dowiedzieć, co dla rozwoju noworodka, a potem niemowlaka jest najbardziej korzystne? Jak nosić, jak przewijać, na co zwrócić uwagę, żeby za 20 lat skończył na zagranicznych studiach…

Pamiętam, kiedy w takim pędzie odwiedziła mnie koleżanka. Bezdzietna, więc wolałam oszczędzić jej zachwytów nad nowymi kremikami do niemowlęcej pupki i próbowałam znaleźć jakiś fajny, neutralny temat. „Błagam, to łatwe! Jesteś omnibusem, tematów nigdy Ci nie braknie” – panicznie próbowałam jakiś znaleźć i niezręczną sytuację uratowała siostra, która niezapowiedziana wpadła, zaczynając pogawędkę. Uf! Sytuacja uratowana, ale sam fakt jej zaistnienia sprawił, że poczułam się słabo. Przecież… Przecież to nie ja. Nie moja osobowość.

Da się?

Pewnie się da. Pewnie są matki, które nie mają z tym problemu – ich umiejętność organizacji czasu, bezproblemowość dzieci czy pomoc z zewnątrz sprawia, że właściwie nikt nie wie, że w jej domu drzemie sobie dwumiesięczniak. Bądź też on sobie po prostu wisi w chuście, a ona ogarnia z nim świat. Bez problemu.

Pytanie tylko czy to norma? Czy to standard, że dziecko nas nie zmienia, że my, nasz charakter i nasze przyzwyczajenia pozostają bez zmian? Przynajmniej przez kilka pierwszych miesięcy?

Bo szczerze mówiąc, nie kupuję tego. Nie kupuję tego, że pani w Nepalu jest bez różnicy czy pojedzie tam z dzieckiem, czy sama. Możliwe, że na punkcie Nepalu ma takiego fioła, że zrobi wszystko, żeby tam pojechać. Tyle że to nie kwestia zorganizowania. A przynajmniej nie tylko.

Nie kupuję kwestii „Urodź dziecko i zostań sobą„. Po prostu tego nie widzę. Choćby dlatego, że każde większe doświadczenie nieco nas zmienia. Da się oczywiście zminimalizować skutki, wrócić po czasie „do siebie”.

Może więc po prostu warto poczekać?

(Na kolejne…)

Grafiki: Andre Mouton, Zaid Abu TahaJohannes Plenio from Pexels