Pamiętam jak dziś. Siedzimy sobie w średnio zatłoczonej skm-ce, w piątkowe popołudnie. Pewnie jedziemy na jakiś koncert, a może na piwo nad morze? Stare czasy, kiedy tak spędzało się piątkowe popołudnia, zamiast biegać z ogromnym brzuchem po Akademii Medycznej w poszukiwaniu laboratorium, lękliwie patrząc na oddział psychiatryczny. Piękna historia, którą będę opowiadać wnukom.

Nad nami wisi mężczyzna w garniturze i na cały głos rozmawia z kimś ze swojego działu. Dowiedzieliśmy się dosłownie wszystkiego, może poza nazwą firmy, którą łatwo pewnie byłoby wywnioskować. Tylko po co? A więc – która osoba z pracy do wymiany, z którą da się pogadać, która coś załatwi, kto jest bezużyteczny, paskudne gierki biurowe i inne. Przy okazji załatwiane były „niezwykle ważne” sprawy.

Niesmaczne? „Koleś, k***a, skończ! Jest piątek, szesnasta trzydzieści! Ludzie wracają i mają gdzieś Twoją pracę i Twoje zdanie na temat pracowników! Bo Ci ten telefon…” – ryknął w końcu z drugiego końca wagonu inny pan, który z pracy z pewnością nie wracał. Mężczyzna w garniturze, ku naszej i innych uldze, zdenerwowany skończył szybko rozmowę. Resztę drogi przejechał z wyraźnym fochem na twarzy.

Czy denerwowało nas to, że rozmawiał?

To, wbrew pozorom, dość istotne pytanie. Nieraz zdarzało mi się, że jechałam naprzeciwko kogoś, kto właściwie całą drogę rozmawiał przez telefon. Czy mi to przeszkadzało? Dlaczego właściwie miałoby przeszkadzać?

Tylko że rozmowa przez telefon w miejscu publicznym prowadzona była tonem cichym i spokojnym. Jeśli akurat natężenie dźwięku w pociągu lub autobusie było większe, rozmowę przerywano. Sam wiesz, środek komunikacji miejskiej w zależności od wieku, warunków atmosferycznych, miejsca przez które jedzie, potrafi mieć naprawdę różny rozrzut, jeśli chodzi o głośność.

To po pierwsze. Po drugie, nikt nie omawiał spraw, które z pewnych miejsc wyjść nie powinny, robiąc z siebie nie wiadomo kogo – jak pan w garniturze. Ot, załatwiano ważne sprawy, jak również mniej ważne albo po prostu prowadzono miłą, lekką rozmowę. Bez chamskiego obgadywania rodziny, przyjaciół czy kolegów z pracy. Bez wynoszenia biznesowych interesów. Bez atencji.

Rozmowa przez telefon w miejscu publicznym to zło?

A teraz, wyobraźmy sobie dwie osoby obok siebie. Siedzą w przychodni, pociągu, autobusie – gdziekolwiek, gdzie są inni. I rozmawiają. Dyskretnie, w miarę cicho, ale jednak tak, żeby się słyszeć. Szept ze śmiechem jest przecież niegrzeczny. Nie usłyszysz od nich przekleństw, wulgaryzmów, bo to miejsce publiczne i ktoś mógłby sobie nie życzyć.

Czym te osoby różnią się od kogoś, kto rozmawia przez telefon? Tym, że tutaj druga osoba jest nieco dalej? Że jej nie widzimy? Dla mnie to bez różnicy.

Mniej więcej z pojawieniem się telefonów komórkowych zaczął maleć świat. Nie ma w tym już nic dziwnego, że jeden z małżonków pracuje za granicą (pamiętasz, co pisałam o Dniu Emigranta?), że wyprowadzamy się z daleka od reszty rodziny, że co chwila przeprowadzamy się, zostawiając przyjaciół rozsianych po Polsce, a może i po świecie. Nadal chcemy utrzymywać z nimi choć namiastkę kontaktu. Po powrocie do domu mamy do zrobienia mnóstwo innych rzeczy. Dlaczego więc nie wykorzystać czasu, w którym przemieszczamy się z osiedla do drugiego osiedla, z miasta do innego miasta na rozmowę?

Jakich więc zasad przestrzegać?

A może inaczej – jakich zasad przestrzegam ja? Bo sama jestem osobą, której zdarza się rozmawiać poza domem. Upomniana kiedyś w pociągu przez panią nadgorliwą, która sama zresztą resztki kultury zostawiła w domu, odcięłam się tak, że mój rozmówca pękał ze śmiechu. Bo miałam prawo. Nie łamałam żadnej z zasad i nawet nie przeszkadzałam. Moja rozmowa nie różniła się niczym od tej, którą prowadziłabym z osobą obok mnie.

  • Jeśli mogę zostawić rozmowę na „za chwilę”, bo niedługo będę w domu i zwyczajnie stamtąd mogę porozmawiać, to czekam. Każdy mimo wszystko ma inną wrażliwość. Po co przeszkadzać komuś na siłę?
  • Bezwzględnie nie rozmawiam przez telefon tam, gdzie rzeczywiście jest to niestosowne: w teatrze, kinie, kościele. Koniecznie muszę coś komuś przekazać? To wychodzę i tyle. Podobnie jak nie rozmawiam w tych miejscach z nikim innym.
  • Rozmawiając przez telefon, nie podnoszę głosu. Nie rozprawiam o czyichś tajemnicach, nie obgaduję innych. Pogaduszki o problemach w pracy z koleżanką, kupie dziecka, planowanych zwolnieniach i hemoroidach zostawiam na potem. Emocje i niepotrzebne inwektywy czy przekleństwa tym bardziej.

Dołożysz w komentarzu swoje zasady? 🙂

W ramach anegdoty:

Byłam świadkiem, jak kobietę tak pochłonęła rozmowa przez telefon, że wolała przyjąć mandat za brak biletu, niż przerwać rozmowę i szukać go po kieszeniach. Poważnie! To chyba najdroższa rozmowa, jaką kiedykolwiek widziałam 😉