Barszcz z uszkami zjedzony, bardzo mi przykro. Zostało po nim jedynie wspomnienie. Podobnie jak po karpiu, którego nie lubię i nie jadłam. Właściwie to w lodówce są chyba resztki galarety. No i prezenty jakoś ocalały!

Niektórym został również niesmak. I tego na dzień dzisiejszy nie potrafię zrozumieć. Bo widzisz, na święta Bożego Narodzenia czekam z niecierpliwością. Rzecz jasna, wiele może się zdarzyć podczas takich przygotowań (KLIK! Mój mąż wciąż się nie odzywa), tuż przed bywa ciężko, ale w końcu siadamy wszyscy razem, dzielimy się opłatkiem, przedtem czytamy Ewangelię i zjadamy, co można zjeść.

Oczywiście, nic nie jest idealnie. I tak, za każdym razem uwalę obrus, rzucając się na mój wyczekany barszcz. Ktoś rzuci jakimś durnym tekstem, po którym wszyscy milkną, jeszcze inny przywoła drugiego do porządku. Dziecko płacze, że ma w pompce niesmacznego śledzia i chce już prezenty, drugie równie wkurzone czekaniem uświadamia resztę, że święty Mikołaj to bujda i prezenty kupują rodzice w Auchanie.

Święta to nie obrazek z Instagrama, gdzie w ciuchach za tysiąc pińćset kończymy ubierać idealnie symetryczną choinkę, a potem siadamy do kolacji. One bardziej przypominają taki żywy, z lekka nieskoordynowany organizm. Skąd więc tyle narzekań, że święta to najsmutniejszy czas w życiu? Skąd taka niechęć do ich przeżywania?

Święta to sprawdzian jakości rodziny

I chyba nie trzeba za wiele wyjaśniać. Jakoś tak boimy się świąt, jeśli w naszej rodzinie coś jest nie tak. Im bardziej jest nie tak, tym bardziej tych świąt nienawidzimy. I radzimy sobie z tym różnie. Nieraz udajemy, że coś gdzieś nas zatrzymało (ojej, praca! No ktoś musiał zostać. Albo przykro mi, nie zdążyłam na pociąg) i na Wigilii się nie pojawiamy. A potem? No bez przesady, potem przecież właściwie świąt nie ma.

Czasem Wigilię z przymusu obchodzimy samotnie i to jest również przykra sytuacja oraz znak, że gdzieś w rodzinie coś jednak nie zadziałało. Zdarza się, iż twierdzimy, że to tylko komercja i nie mamy zamiaru brać w tym udziału, niczym zmarła niedawno aktorka chwaląca się tym, że świąt nie obchodzi. Satyryczka z wiecznym smutkiem w oczach.

Sprawdzian to nie egzamin końcowy. Ma za zadanie uświadomić nam, że trzeba coś poprawić. Za rok kolejne święta i istnieje spora szansa, że ich dożyjemy. Co możemy zrobić, żeby w końcu były udane? Jak uratować święta i sprawić, byśmy czekali na nie z większą nadzieją, a potem mile wspominali magiczny czas albo chociaż nie chcieli zasnąć 23 grudnia i obudzić się na Sylwestra?

A może problem tkwi we mnie?

Tekst o belce we własnym oku znasz, prawda? Część tekstów, które widziałam, brzmiały mniej więcej tak: „Mam dysfunkcyjną rodzinę, matka porąbana, ojciec jakiś autystyk, chamski wujek, ciotka histeryczka i właściwie ich nienawidzę. To co mam się cieszyć ze świąt?”, „Mam swoje własne problemy, których rodzina nie zrozumie”, „Jestem całkiem inny od nich, to jest zupełnie inny świat”.

Więc może nie zauważasz, że w tej litanii oskarżeń ktoś próbuje przebić się przez Twoją skorupę i dotrzeć do Ciebie? Może nie widzisz, że co prawda rodzina zdaje sobie sprawę, że bardzo się oddaliliście, wyznajesz inne wartości, ale oni wciąż dają Ci znać, że naprawdę Cię kochają (możliwe, że na swój sposób) i chcieliby, żebyś znów czuł się przy nich swobodnie?

Mało tego, może to właśnie Twoje zamknięcie się na świąteczną rzeczywistość sprawi, że za rok ktoś inny dojdzie do wniosku, że ten czas jest bez sensu i że nie ma jak uratować święta Bożego Narodzenia? Może nawet to Ty jesteś w końcu powodem, dla którego Wasze święta są ciężkie? Wiele konfiguracji już widziałam, włączając studentkę, która w innym mieście przeszła na weganizm i zbojkotowała wigilię, zostając w studenckim mieszkaniu, bo mama karpia chciała na stół podać.

Czasem trzeba pójść na kompromisy albo spojrzeć na rodzinę innym, bardziej tolerancyjnym okiem. Przekuć ich wady w zalety. Zrozumieć, że nawet w rodzinie macie prawo się różnić. Warto!

Rozmowa

Wiesz, że nie zniesiesz atmosfery tak gęstej, że siekiera utrzymuje się w powietrzu. Rozwód rodziców wisi na włosku, na wieczerzy ma pojawić się wujek, od którego seksistowskich żartów robi Ci się słabo, siostra negatywnie Cię ocenia – słowem, masakra. I to nie z Twojej winy.

Na kryzys rodziców poradzisz niewiele. Możesz co najwyżej podpowiedzieć, że w ten ciężki czas warto zakopać topór wojenny, a następnie zaproponować terapię. Wujkowi jednak twardo możesz powiedzieć, że takie żarty Cię bolą, z ocenami siostry podobnie.

Upraszaczając – jeśli jakieś relacje w rodzinie są zaburzone i dotyka to Ciebie, rozmawiaj. Wyjaśniaj sprawę. Na spokojnie, być może kilkukrotnie. Masz dużo czasu. Kolejne święta za 12 miesięcy. Wiesz jak dużo poważnych nieporozumień wynikło przez kompletną głupotę? Źle zrozumiane zdanie, rzucona plotka, oskarżenie i wieloletnia awantura gotowa. A czasem wystarczy chwila, by wyjaśnić!

Wybaczenie

Wiem, że o rozmowie można wiele, tylko że gdyby ona była panaceum, problem właściwie by zniknął. Bywa tak, że rozmawiałeś. Próbowałeś wyjaśniać, godzić się. Być może widzisz, że nienawiść między ciotką a wujkiem jest tak silna, że z kolejnej Wigilii znów nic nie będzie. Albo to, że Twoja matka nie chce się leczyć sprawia, że następne święta zapowiadają się tak samo źle. Tak źle, że odechciewa Ci się żyć.

Może być jeszcze inaczej. Często osoba, która sprawiała problemy, nie żyje albo odeszła daleko. Poważnie, nadzwyczaj często spotykałam się z wypowiedziami typu: „ojciec nie żyje, ale zupełnie zatruł mi święta.” I co zrobisz, jeśli Wigilia kojarzy Ci się z poważną traumą związaną z tym człowiekiem?

Na jedno i drugie jest tylko jedna odpowiedź: WYBACZYĆ.

Znów górnolotne słowo, które łatwo się pisze, prawda?

Nie pozostaje mi jednak nic innego, jak namówić Cię, żebyś spróbował. To nie jest łatwa sprawa, szczególnie jeśli urazy są ciężkie. Szczególnie jeśli ktoś mocno zatruł Ci życie, a umówmy się, nigdzie nie jest o to łatwiej, niż wśród tych, którzy Cię znają i wiedzą, gdzie uderzyć. W którą strunę walnąć.

Mimo to zachęcam. Bo święta są tu nieraz jedynie objawem wypuszczonych w końcu uczuć, które tłumią się gdzieś w Tobie. Warto je uporządkować.

Jak uratować święta, jeśli problem jest przejściowy?

Oczywiście, może być też tak, że święta były do bani, bo wydarzyło się niedawno coś, co je zepsuło. Sama pamiętam te najgorsze dla mnie, bez babci, która odeszła nagle, niedługi czas przed świątecznymi przygotowaniami i która zawsze była ważną częścią tej krzątaniny. Dziś wspominam jedynie, jak bałwanek śpiewający „Let it snow” doprowadzał nas do płaczu.

To nie był jednak problem, bo to tylko jedne święta. Zawsze może się coś wydarzyć. Czasem nie mamy na to wpływu. W każdym razie, następne były lepsze. I Twoje też będą.

Być może musisz się po prostu o to postarać.