Fraza „jak urządzić pokój niemowlaka” zapewne święci triumfy, biorąc pod uwagę że chyba żaden dzieciowy bloger nie odpuścił sobie tego tematu. Kiedy więc blogerka zachodzi w ciążę, możesz spodziewać się tekstu o tym, jak urządziła dziecku pokoik, z uwzględnieniem najnowszych trendów, zarówno w architekturze, jak i wychowaniu. Wiadomo, Montessori, Mary Poppins i te sprawy.

Z jednej strony dobrze, bo przecież lubimy się inspirować. Gdybym miała okazję, pewnie sama wykorzystałabym pewne trendy. Wiele jednak bym odrzuciła – albo i nie, płacząc i wyklinając potem pod nosem, że dałam się nabrać. Chętnie więc opowiem, dlaczego nie urządziłabym dziś, mając dwójkę dzieci i jakieś tam mizerne doświadczenie, pokoju jak typowy parentingowy bloger.

Jak nie urządzać pokoju niemowlaka? I dlaczego nie w ten sposób? Przecież to tak słodko i uroczo wygląda… Fakt, kosztuje miliony monet, da się taniej, ale są przecież ludzie, którzy te pieniądze mają. Zaznaczam więc: nie o pieniądze tu chodzi. Więc o co?

Osobny pokój

Zacznijmy od najważniejszego chyba – „pokój niemowlaka”. Dla mnie trochę śmiech na sali i nie bardzo rozumiem to pojęcie. „No tak, ale Ty stosujesz cosleeping. Fajnie, każdy może, ale nie każdy przecież musi”. I jasne, nikogo do współspania nie namawiam – szczególnie jeśli berbeć pięknie śpi sam (moje nie posiadły tej trudnej sztuki). Znam jednak mnóstwo niemowlaków i mało który wytrzymuje spacery do drugiego pokoju w celu odłożenia. Ba, mało który rodzic to wytrzyma!

Szczególnie na początku do łóżeczka dziecka patrzy się co chwila. Śmierć łóżeczkowa wciąż się zdarza i oczywiście nie ma co wariować z niepokoju, szczególnie przy obecnych urządzeniach, które informują nas, gdy tylko coś się zadzieje (pamiętasz ten wpis? 🙂 ). Warto jednak trzymać rękę na pulsie. I tak nawet jeśli na stanie jest monitor oddechu, rodzic najczęściej co chwilę do tego łóżka zagląda.

Osobny pokój ma więc sens kiedy dziecko przesypia zdecydowaną większość nocy. Oczywiście, znam takie egzemplarze, które po okresie noworodkowym idą do swojego łóżka i śpią tam od wieczora do rana, ale uspokoję: szansa że na taki trafisz jest taka, że rodzic w zdrapkę nie ma już po co grać, bo limit szczęścia wyczerpał. Tera to już po równi pochyłej. Innymi słowy – rób jak chcesz, ale ja radzę jednak wstawić to łóżeczko do sypialni, choć na kilka miesięcy.

Baldachim

Na połówkowym USG wyszła Ci córeczka. Pierwsze kroki kierujesz więc do pasmanterii, gdzie kupujesz kilometr tiulu – tak na wszelki wypadek, żeby za szybko się nie skończył. Będzie na kiecki tutu, będzie na zasłonki, ozdóbki, no i baldachim! Baldachim być musi!

Tymczasem coraz częściej mówi się, że baldachim to nic innego, jak kurzołap. A roztoczy raczej warto przez pierwsze miesiące życia dziecka unikać. Szczególnie tych unoszących się dosłownie nad łóżeczkiem. Oczywiście, można przecież baldachim co chwila zdejmować, prać, znów zakładać… Mi by się nie chciało.

Ochraniacz na łóżeczko

Uznawany nieraz za wyprawkowy „must have”, choć widzę go na szczęście coraz rzadziej. Jeszcze trzy lata temu jednak, gdy szykowałam łóżeczko dla pierworodnej, byłam wręcz krytykowana za brak ochraniacza. Nawet go w końcu kupiłam – gdy pierworodna zaczęła stawać i siadając, waliła głową o szczebelki.

Kiedy jednak szykujesz kącik niemowlęcy, będąc jeszcze w ciąży, ochraniacze są „śpiewem przyszłości”, podobnie jak krzesełko do karmienia. Wcześniej mogą być wręcz zagrożeniem! Utrudniają swobodną cyrkulację powietrza, a niektóre, jeśli nie są dobrze zabezpieczone, mogą nawet spaść na główkę śpiącego dziecka. I choć jest to raczej scenariusz jeden na milion i nie panikowałabym w tym temacie, to już zagrożenie słabym przepływem powietrza jest realne.

Praktycznie nie ma dzieci, które od początku walą głową w szczebelki tak, że mogą się uszkodzić. Mało tego, wiele dzieci po prostu omija ten etap, więc ochraniaczy po prostu nie potrzebuje. Zawsze to kilkadziesiąt złotych w portfelu więcej. Na posag jak znalazł! Albo kolonie za kilka lat.

Kokon

Najnowszy hicior! To znaczy, może nie taki najnowszy, że niby wczoraj pierwszy raz widziałam, ale za czasów pierwszej córy nie było to tak popularne. Teraz jednak w co drugim wystroju widzę gdzieś ciepnięty niby-niedbale kokon obok łóżka albo wręcz przeciwnie! Położony na środeczku, tak żeby otulał maleństwo i dopasowany kolorystyką do prześcieradła.

Jakie zarzuty stawia się kokonowi? Z grubsza te same, co ochraniaczom. Jako że kokon jest niewielkich rozmiarów, noworodek lub dziecko w stadium wczesnego niemowlęcia może się przydusić, jeśli obróci się buzią do ścianki. Oczywiście, problemu nie ma, jeśli zakładamy że dziecko w kokonie będziemy mieli zawsze w zasięgu wzroku i chcemy do niego zaglądać, np. wtedy gdy pracujemy.

Jak nie urządzać pokoju niemowlaka?

Z mody powoli wychodzą zabawki i maskotki w niemowlęcym łóżeczku. Zaleca się raczej kłaść gdzieś dalej, gdyż po pierwsze, są siedliskiem bakterii (to znaczy, każdy Ci powie, że powinnaś je często prać i odkażać, ale nie przejmuj się, prawie nikt tego nie robi), po drugie, również dziecko może je na siebie naciągnąć. Szczerze mówiąc, o ile nie jest to półmetrowy miś, raczej nie trafia do mnie taki argument. Nie wiem, może gdybym miała dziecko, które co chwila coś na siebie naciąga, inaczej bym do tego podeszła, choć drugie dziecko chętnie wkopuje sobie kołdrę na głowę.

Jak nie urządzać pokoju niemowlaka? Przede wszystkim warto pamiętać, że ma to służyć głównie Tobie. Niemowlak nie pochwali się na zajęciach z sensoplastyki, że ma fajny przewijak, choć wolałby z printem w żyrafy. Jeśli natomiast jest Ci przy nim niewygodnie, prędzej czy później przy piętnastej w ciągu dnia zmianie pieluchy wysiądzie Ci kręgosłup.

Czyli wygoda przede wszystkim. A moda? Jeśli tylko stać Cię na urządzenie pokoju jak z instagrama, dlaczego nie? Pamiętaj jednak, żeby przemyśleć czy pewne urządzenia, na pozór modne, nie będą dla dziecka wręcz szkodliwe.