„Nie wierzę… Zawsze uważałam was za internetowy szmatławiec, ale dziś osiągnęliście wyżyny świństwa” napisałam pod jednym z artykułów na portalu teoretycznie „parentingowym”. Nie mam zamiaru chwalić się, jakie to radykalne komentarze zostawiam po sobie w internecie, bo na ogół staram się być grzeczna. Tym razem jednak po przeczytaniu tekstu zrobiło mi się niedobrze.

Mowa była o wielodzietności, a właściwie o jednej konkretnej rodzinie. Ciekawie się złożyło, bo zaplanowałam sobie w sumie, by o tej wielodzietności pisać. I to trochę pod kątem własnych doświadczeń. To znaczy, ja matką wielu dzieci nie jestem, co pewnie już kojarzysz. Nie wiem jednak czy wiesz, że i ja pochodzę z wielodzietnej rodziny.

Temat jednak zostawię na później. Szczególnie że okazuje się, iż wielodzietność wielodzietności nierówna. Bo przecież ona zaczyna się już od trzeciego dziecka. I to jest ten najbardziej akceptowalny stan. Potem już zaczynają się schody, gdzie po kolei wymiękają ci twardsi i po kolei sugerują, ile dzieci można mieć, by nie wyjść na dziecioroba.

To ile dzieci można mieć?

Nie wiem, nie mam pojęcia ile urodziła rekordzistka. Kobieta opisywana przez „portal” miała ich szesnaścioro i właśnie zyskała popularność z powodu wizyty prezydenta podczas chrzcin najmłodszej latorośli. Urocze i sympatyczne, szczególnie rozbawiła mnie grafika, gdzie trzymany niemowlak na pytanie prezydenta „Kto tu jest słodziakiem?” odpowiada „Pan, panie prezydencie”. Można się pośmiać, wiadomo. Nawet jeśli prezydent mi jednak nie odpowiada.

Tu jednak granice zostały przekroczone i to o ładne kilka kilometrów, komuś więc należą się solidne baty. Bo oto „piewcy moralności” zaczęli oburzać się, że każda matka wie przecież, jak obciążająca jest ciąża oraz poród i że nieodpowiedzialnie jest być tak często w tym stanie. No masakra!

Właściwie nie ma zdania, które brzmiałoby pozytywnie w tym artykule. Nawet informacja o tym, że każde z dzieci mieszka jeszcze z rodzicami, „mimo że prawie połowa dzieci jest już pełnoletnia” brzmi jak wyrzut. Prawie połowa to pięcioro z szesnaściorga. Brawa dla dziennikarki od siedmiu boleści, że udało jej się trafić w „okienko”, gdzie matematyki na maturze nie było. Poległaby na starcie. Najstarsze dziecko ma natomiast 25 lat. Nie łapie się jeszcze nawet na kidultsa, o którym TUTAJ pisałam.

Dalej mamy oczywiście „ekspertów”, czyli lekarza, który przytakuje swoim autorytetem, że tak, jak najbardziej taki organizm musi być wyniszczony, no i ciąża w tym wieku to ryzyko wad, tak że taka nieodpowiedzialność, jak stąd do Kairu. Jeszcze wypowiedział się psycholog i mamy plucie na rodzinę, że hej.

To jest ten wybór?

Bo najbardziej żałosne jest to, że zarówno portal, jak i wielu komentujących, to piewcy wolnych wyborów dotyczących kształtu rodziny. Jak widać, tylko w kwestiach likwidacyjnych – większa ilość dzieci staje im kością w gardle i rośnie. Im tych dzieci więcej, tym kość większa, bardziej utrudnia oddychanie i sprawia, że pieniaczowi piany przybywa.

Nie wiem, na ile ciąże wyniszczyły ciało tej kobiety. Wiem, że trochę tych rodzin wielodzietnych znam. Dziwnym trafem większość matek wygląda tak, jak ja bym chciała wyglądać za te dziesięć lat. Ba! Są i takie, które wyglądają lepiej niż ja dziś, ale że to nie żadna sztuka, dodam tylko iż niejedna zadbana trzydziestka takiej czterdziestce (a nawet pięćdziesiątce) pozazdrościć może.

Oczywiście, dopuszczam myśl, że są i matki zniszczone ciągłymi ciążami czy też w ogóle życiem. Każdy organizm reaguje inaczej, znam matki, których ciało nie mogło dojść do siebie po pierwszym dziecku. Tak różne jesteśmy i mimo że ciąża to również zwiększona ilość komórek macierzystych pomocnych w walce z powstałymi nawet wiele lat później nowotworami, to lepsza wchłanialność składników odżywczych, pewnie są wśród nas takie, które przeżyją ją ciężej.

Czy tu tak jest?

Nie sądzę. Obejrzałam kilka zdjęć i z tego co widzę, matka trzyma się znakomicie. Oczywiście, nie zaglądałam jej we wnętrzności, jak zrobiła to dziennikarka pseudoportalu pseudoparentingowego (inaczej z taką pewnością nie krytykowałaby jej i rodziny), która zapewne wie więcej. Widzę jednak normalną kobietę, otoczoną wianuszkiem dzieci w różnym wieku.

Dzieci niestety dla hejterów, również nie są zabiedzone, niedożywione, a nawet nie wyglądają na smutnych. Owszem, to tylko fotografia – być może na co dzień są nieszczęśliwe. Wiadomo, że jedynaki i reszta nieszczęśliwa nie jest. Wiesz co? Nie wnikam w ich szczęście. Jeśli kiedyś spytam się o nie któregoś z nich, to nie dlatego, że będę się obawiać, że szczęście odebrało im piętnaścioro rodzeństwa.

Nie mam również pojęcia czy matka jest, jak sugerują komentujący, ofiarą męskiego ucisku, patriarchatu czy czegoś tam jeszcze. Nie wiem, bo delikatnie mówiąc, zbiera mi się na wymioty, gdy widzę takie sugestie, tylko dlatego, że ona ma szesnaścioro dzieci.

Chcesz im pomóc?

To wprost zapytaj czy ta pomoc jest potrzebna i nie zdziw się, jeśli oddelegują Cię do innej rodziny, której pomagają. Bo i tak w rodzinach wielodzietnych bywa i to nie tych do pięciorga dzieci.

Masz prawo stwierdzić, że nie chcesz takiej rodziny i wystarczy Ci jedno/dwoje/wcale. Masz prawo zastanawiać się, jak oni sobie radzą – sama mając jedno wymagające zastanawiam się, jak to jest radzić sobie z dwójką. Masz prawo życzyć im sił. Nie masz prawa wyśmiewać się i publicznie hejtować. Nie masz prawa mówić im, ile dzieci można mieć, żeby mieścić się w normie. Nie masz prawa chamsko sugerować, że prezerwatywy kupią w kiosku.

Bo wiesz, ile dzieci można mieć? Tyle ile się ma. Nie mniej i nie więcej.