Jarmark Dominikański to impreza mająca sporą historię, odbywa się bowiem ponoć od 1260 roku! Jedynie II wojna światowa na kilkadziesiąt lat przerwała tradycję. W Gdańsku praktycznie na całym Starym Mieście ustawiają się budy i kramy, a handlowi towarzyszą rozmaite atrakcje.

Tyle z historii, bo ja tradycyjnie przyszłam na jarmark w jednym celu i ktoś, kto śledzi moje wyprawy na zloty foodtrucków (KLIK!) już się pewnie domyśla, że poszłam niuchać, co znów dobrego można sobie podjeść. Na szczęście towarzyszka wyprawy gastroturystykę, nawet tę niedaleko domu, dobrze rozumie i równie chętnie praktykuje.

To właśnie na Jarmarku Dominikańskim trzy lata temu odkryłam baklawę (KLIK! Gdzie baklawa rozczarowuje?), którą tak się zachwyciłam i do której chętnie wracam. Niestety, tegoroczna była już w nieco śmiesznej cenie i to nie była cena z zakresu „hihi, aż tak tanio?”, a gdy znalazłam tańszą, byłam już najedzona. Bywa, zwłaszcza że na baklawę chyba nastała jakaś moda, bo jest wszędzie i już nawet nie odczuwam przymusu szperania za nią. Trochę jak z trdelnikami, przedtem byłam już gotowa pojechać za nimi do Pragi. Teraz, gdy do bud z nimi mam kilkanaście kilometrów i zdarzało mi się je jadać, potrafię nawet minąć budę i nie kupić. Nie przypuszczałam, że kiedyś mogę być w takim stanie!

Co więc zjadłam?

Minęłam więc baklawę i spacer zaczęłam po staropolsku, od pajdy chleba ze smalcem oraz ogórkiem małosolnym. Tylko że chleb, jak dla mnie, był jakiś dziwnie stary i nawet fakt, że była niedziela, go nie ratował. Ratowały jedynie smalec i ogórek. Jadłam więc, żułam, trochę jak Werthers Original, co to dziadek ma go do dziś.

Potem przyszła kolej na towarzyszkę, która dorwała kolorową watę cukrową. Droga, za to w trzech kolorach i z ślicznego hipsterskiego różowego wózka! Wszystko tak alternatywne, że właściciele wózka mieli problem z odpaleniem cudeńka i zrobieniem waty, ale w końcu się udało. Wyglądała rzeczywiście pięknie. Pod koniec „zwiedzania” nabrałyśmy jeszcze ochoty na frytki belgijskie. Fu! Ble! Ustalmy: nie wymagałam oryginalnych, pięknie wypieczonych belgijek na Jarmarku Dominikańskim. Co nie zmienia faktu, że za 9 złociszy dostałam dziwne frytki z mrożonek, które chyba ledwo zanurzono w oleju. Kompletnie niewypieczone. W dodatku panie bardzo skąpiły sosów, których zresztą nie było wiele do wyboru. Szczęśliwie towarzyszka się zbuntowała i zaczęła nam tych sosów ładować sama, bo bez nich frytki nadawały się do wywalenia. Jadłyśmy i żałowałyśmy, że dałyśmy się tak nabrać. Nie jedzcie belgijek z Szerokiej!

Z jedzeniem w tym roku trafiłam więc fatalnie, co nie znaczy, że równie fatalnie było na samym jarmarku. Stało mnóstwo bud z przepięknymi artystycznymi ubraniami, na które zawsze patrzę i myślę, że któregoś dnia, gdy dorobię się nadmiaru pieniędzy, kupię je wszystkie. Kolorowe sweterki, ręcznie malowane koszulki plus biżuteria hand-made za każdym razem zdobywają moje babskie serduszko i tak było tym razem! Zwłaszcza że kolorowe sweterki były również w rozmiarze dziecięcym. Poza tym polecę wystawę prac studentów ASP. Na sztuce się nie znam (KLIK! Sprawdź jak ogarniałam sztukę nowoczesną) i przyznam się ze wstydem, że najczęściej wchodzę by się pośmiać z czegoś, co będzie zachwycać moje wnuki, ale ujął mnie dynamiczny stół z rozlanym winem.

Ale… Wróćmy do tytułu!

Miałam przecież ustalić czy to prawda, że w ostatnich latach Jarmark Dominikański zmienił się w wyprzedaż badziewia wszelakiego? Z pewnością dużo było spinnerów, a kiedy usłyszałam o spinnerach za 100 zł „z kryształkami Swarovskiego, proszę pani!”, myślałam że ze śmiechu zlecę do Motławy. Oprócz tego, plecenie warkoczyków, balony z helem, sprzedawane w rogu po cichu, żeby Straż Miejska nie widziała, czyściki do okularów… Tak, badziewia było dużo i obawiam się, że po okresie, gdy postarano się żeby jego miejsce zajęły wyroby artystyczne, znów było go jakby więcej. Z drugiej strony, być może to efekt lekkiego „przemeblowania”, wywołanego remontem. W niektóre miejsca przez to nie doszłam i być może coś przeoczyłam.

Nie zaglądałam też w tym roku na targ staroci. Z pewnością da się tam wyszperać piękne rzeczy, ale jako że tonę w pluszakach, zabawkach i tęsknię za porządkiem oraz minimalizmem, tego typu targi jeszcze bardziej mnie odstraszają. Poza tym, skoro można mnie naciągnąć na paskudne jedzenie, można pewnie i na drożyznę pierdółkową.

Podsumowując: jechać? Zwiedzać? Jak najbardziej! Jedź, korzystaj z tego, że masz tam elementy kuchni świata, mnóstwo ciekawych cudów… Jedź i nie daj się nabrać na cuda na kiju. I na frytki belgijskie również. To już lepiej idź do Maca.


Nie chcesz przegapić ciekawych treści? Masz ochotę na więcej? Polub mnie na facebooku! 🙂

Komentarze

komentarze