Siedziałam zdumiona, słuchając jak rozmawia przez telefon. Nie podsłuchiwałam. Ona prowadziła tę rozmowę specjalnie tak, abyśmy wszystkie słyszały, że oto miała znów rację, a ktoś stracił na tym, że jej nie posłuchał. Tym kimś była jej córka.

A widzisz? Mówiłam Ci, żebyś go nie brała na ręce, kiedy tylko zacznie marudzić i kwękać. On ma się przyzwyczaić do leżenia. A Ty swoje, bo było Ci żal. To teraz przyzwyczaiłaś i dopiero się nanosisz, zanim znów go odzwyczaisz. Trzeba było się mnie słuchać” – perorowała biednej córce, która całkiem niedawno urodziła dziecko. Po czym skończyła rozmowę i zwróciła się do nas: „Ja jej mówiłam, a ona swoje. To normalne że jej żal, ale ja jej mówiłam co ma robić. Chciała robić po swojemu, to sobie pracy dołożyła” – podkreślając swoje doświadczenie życiowe i wychowawcze.

A ja siedziałam zdumiona i nie wierzyłam. Nie dlatego, że się nie zgadzałam. Nie miałam jeszcze wtedy dzieci i nie wiedziałam, że intuicja podpowiedziała matce najlepsze rozwiązanie, dzięki któremu maluch czuł się bezpiecznie i nie odczuwał stresu ponad jego noworodkowe siły. Domyślałam się jednak, że córka musiała czuć się skołowana radami zewsząd, być może czuła się bezradna, bezużyteczna, widząc że każdy ma własną wizję na wychowanie jej dziecka. Nawet jeśli popełniła błąd, można było przecież pomóc z większą dawką empatii.

Porada czy krytyka?

Czy tyradę znajomej z pracy można w ogóle w jakiś sposób nazwać poradą? Czy też była to tylko i wyłącznie krytyka? I co takiego z niej wynikło?

Przede wszystkim, córka dostała komunikat „To Twoja wina”. I owszem, jestem całym swoim serduszkiem za tym, żeby ponosić odpowiedzialność za swoje czyny. Jesteśmy odpowiedzialni za to, co robimy, ale choć nie ma co obarczać tą odpowiedzialnością ludzi wokół siebie, to mamy prawo prosić o pomoc. Mamy prawo pytać czy możemy zrobić coś więcej. Mamy również prawo czasem się pomylić.

Nie winię znajomej z pracy, że nie chciała podnieść krzyczącego dziecka z łóżeczka. Taki model wychowania funkcjonował całkiem niedawno i jeszcze gdzieniegdzie funkcjonuje. Właściwie fakt racji córki niewiele tu mówi, bo co z tego że miała rację? Faktem jest, że dziecko domagało się noszenia, jak robi to większość zdrowych noworodków i niemowląt. I że świeżo upieczona matka była tym faktem ciut zmęczona, tak jak zmęczonych jest większość zdrowych matek, które mają niemowlęta. Szukała pomocy, bo nie wiedziała, co zrobić.

Można było inaczej?

Można. W najgorszym wypadku można było komunikat podać mniej ofensywnie – doradzając kolejne próby, pocieszając że początki są trudne. W najgorszym wypadku można było sprawę przedstawić dyskretnie, zamiast krzyczeć tak, aby pół zakładu pracy słyszało. O czym najprawdopodobniej córka wiedziała.

Właściwie można było zrobić wiele innych rzeczy. I nawet nie twierdzę, że kobieta powinna lecieć do córy i ponosić berbecia, żeby ta mogła chwilę odsapnąć. Tylko czy musiała krytykować? Mogła przecież współczuć, wesprzeć, pocieszyć że to tylko trudny czas, który niedługo minie.

To oczywiście tylko jeden przypadek. Mocny, bo tyczący się kogoś mocno zagrożonego depresją poporodową, ale przecież jest ich więcej. „To po co szłaś do tego lekarza, jak mogłaś od razu do innego?”, „Trzeba było pomyśleć wcześniej, to wiedziałabyś że butla może zaburzyć laktację, dopiero teraz zaczęłaś myśleć?” – jakby człowiek wiedział wcześniej, że się przewróci, to by usiadł.

Tylko że najczęściej nie wie. A odpowiedź na pytanie: „porada czy krytyka?” jest prosta. Jak masz radzić za pomocą krytyki, to po prostu wcale nie radź.

Z korzyścią dla innych.

Grafika: Dean Moriarty i Michael Kauer