„Wiesz, ja już naprawdę nie wiem, gdzie wyjechać w wakacje” – żaliła mi się ostatnio znajoma. Nie jestem oryginalna, świat poznaję głównie przez blogi podróżnicze, więc zamiast jakiegoś pagórka w Hondurasie, co to wszyscy do niego pielgrzymują, zaproponowałam moją ulubioną Pragę i Włochy. „Ja nie wiem, wszystko koszuje i w ogóle” – to może Kraków, jakaś wieś nadmorska?

Od słowa do słowa wyszło, że znajoma tak naprawdę wyjeżdżać nie chciała. W czym więc problem? W tym, że wszyscy wyjeżdżają! Czy masz dziecko, babcię którą się opiekujesz, problemy w pracy, masz obowiązek w wakacje wyjechać. Im dalej, tym lepiej. Im mniej siedzenia w hotelu, leżenia na leżaku, tym lepiej. Im mniej turystyczna miejscowość, tym lepiej.

I wiecie, wcale nie chodzi o zdjęcia na facebooku czy instagramie (KLIK! Po co Ci, durna babo, instagram?). Bo dobrze rozumiem, że w wakacje ich wiele, słyszałam ostatnio nawet tezę, że posiadanie konta na facebooku wzmaga poczucie przymusu wybrania się gdzieś dalej. Wiesz, siedzisz, scrollujesz, tu widzisz koleżankę z pracy na Majorce, tu babcia na Krecie, tu siostra ogląda pomniki przyrody w Skarżysku-Kamiennej i aż sam chcesz gdzieś się ruszyć! To akurat naturalne i wręcz potrzebne. W końcu przyrośnięcie pośladków do biurowego krzesła na dłuższą metę nie jest dobre.

Nie podróżujesz? Nie rozwijasz się!

„Tylko wiesz? Ja się boję, że jeśli będę siedzieć na czterech literach, dowiem się zaraz, że się nie rozwijam, że nie chcę ze sobą nic robić” – wyciągnęłam w końcu sedno żali znajomej. W pierwszym odruchu chciałam wyśmiać i zapytać, co też za znajomych ma znajoma i czy to przypadkiem nie są wspólni znajomi, żeby trzymać się od nich z dala.

Na szczęście tego nie zrobiłam, bo wyszłoby tak jak zawsze, czyli że najpierw się śmieję, a potem myślę. Tym razem więc postanowiłam zmienić tok wydarzeń i najpierw pomyśleć. I dobrze się stało, bo śmiechu nie było. Rzeczywiście, zauważyłam że tendencja do „nie siedź w domu, zrób coś ze sobą” zaszła nieco za daleko. Zwłaszcza wsród „młodych wykształconych”.

Mamy modę na samorozwój, na to żeby ciągle iść do przodu, nie stać z tyłu, rozwijać się i raz jeszcze się rozwijać. To zresztą dotyczy wielu aspektów: elektronika, gdzie biada temu, kto zatrzymał się na etapie pierwszych smartfonów, w ogóle nie wspominając o tych, którzy jeszcze smartfona nie mają. Moda, bo przecież garderoba kapsułowa jak najbardziej, ale szanujmy się i jeśli jesienią będą noszone buty z czubkiem, to kurka blada, kupmy te buty z czubkiem! Podróże, bo wstyd przyznać się, że gdy nastały dni wolne od pracy, delektowaliśmy się nimi z książką na kanapie, bawiąc się z dzieckiem albo zwiedzając pobliskie okolice.

Co zamiast podróży?

No właśnie. Zrozumiałabym, gdyby znajoma była jakimś totalnym „piwniczakiem”, czyli miała sobie w swoim pokoiku laptopa czy inne gadżety i tam przesiedziała, pisząc, śpiąc, nie myjąc się i olewając świat zewnętrzny. Nie jest. Ma wykształcenie, pracę, małe dziecko, jest ogarnięta życiowo i ponoć nawet ma zmyte naczynia i okna czyste. Ma też ochotę, a właściwie miała, przeżyć urlop, kontemplując mir domowy i spacerując po swoim miasteczku, może jadąc gdzieś blisko, na chwilę, kilka godzin, ewentualnie jeden dzień.

Dlaczego przypomniałam sobie o tym po zakończeniu lata? Bo wróciła. Kilka dni temu. Strasznie wściekła i zmęczona, stęskniona za wolną chwilą, łóżkiem, łąką przed domem, na którą patrzy codziennie i którą miała w końcu obadać. „Nie musisz wyjeżdżać na wakacje”, mówiłam jej kilka dni przed wyjazdem. Przytaknęła, uspokoiła się, poszła spać. Następnego dnia wieczorem z bólem serca bukowała bilety.

Mało asertywna? Być może. Powinna się cieszyć tym, co ma? Niby tak, sama jej zazdroszczę tych kilku dni, tylko co z tego, jak ona się nie cieszy?

Zostały jej zdjęcia. Powiedziała, że nie wrzuci na facebooka.