Leczenie srebrem koloidalnym, koniecznie lewoskrętną witaminą C, czystkiem albo kroplami homeopatycznymi – medycyna alternatywna wraca do łask. Coraz częściej widzę lub słyszę, że Polak (a może nie tylko Polak?) chętniej niż u lekarza leczy się sam albo u znachora. Dlaczego tak jest?

Przede wszystkim, medycyna alternatywna medycynie alternatywnej nierówna. Potrafię zrozumieć ludzi, którzy leczą się ziółkami czy innym czystkiem albo witaminą C, o ile rzecz jasna nie leczą tak nowotworu albo ostrego zapalenia płuc, a jedynie stany osłabienia czy inne przeziębienie. Jasne, nie zaszkodzi, może nawet pomoże. Śmiech wywołało u mnie ostatnio leczenie „odczynianiem uroku” u wioskowego znachora i tak zwana „totalna biologia”, gdzie każdy stan chorobowy, od kurzajek i kataru po rak płuc tłumaczone są kłótnią z rodziną albo niemożnością pogodzenia się ze swoją sytuacją. Może i uprościłam, ale wyobrażacie sobie fascynujący świat, w którym przychodzimy do lekarza z anginą, a lekarz każe nam się w końcu pogodzić z babcią? Albo narzekamy na promieniujący z lewej strony ból w klatce piersiowej, a pan w białym kitlu mówi nam, że musimy być bardziej asertywni? Idealnie! Psychoterapeuci podarliby swoje dyplomy i zapewne w poczuciu, że nikt ich nie potrzebuje, wszyscy jak jeden nagle dostaliby żylaków.

I tak, zgadzam się, że nasz kiepski stan psychiczny może w konsekwencji wywoływać stany chorobowe, ale nikt mi nie wmówi, że moje zapalenie płuc wzięło się stąd, że nie mogę pogodzić się ze swoją samotnością. Mało tego, biologia totalna tłumaczy w podobny sposób wirusa hpv, glejaka wielopostaciowego i cukrzycę. A teraz wyobraźcie sobie kogoś, kto zamiast leczyć cukrzycę, wchodzi na stronę o biologii totalnej i czyta, że brakuje mu w życiu miłości. Lekko przerażające.

Długo można pisać o tym, czym leczą się fani medycyny alternatywnej i jak bardzo jest to czasem przerażające. Warto jednak zadać sobie pytanie:

Dlaczego tak się dzieje?

Zbyt dużym uproszczeniem byłoby odpowiadać „Bo ludzie są głupi”. Nie, nie są, a przynajmniej nie zawsze. Wyobraźmy sobie teraz taką emerytkę z przeciętną emeryturą. Emerytka któregoś dnia zaczyna chorować i dostaje od lekarza ogólnego skierowanie. Do kolejnego lekarza czeka pół roku, a w międzyczasie ją boli. Kiedy się w końcu dostanie, lekarz okazuje się konowałem, twierdzi, że nic jej nie jest i że emerytka wymyśla. Emerytka dowiaduje się, który lekarz ma lepsze opinie i z bólem czeka kolejne pół roku. W międzyczasie pije czystek, bo tak podpowiedziała jej koleżanka i jakimś cudem na chwilę przestało boleć. Efekt placebo zadziałał i emerytka pije ten czystek, a skoro jest jej lepiej, „chromoli konowałów”, bo po co ma siedzieć w kolejce do kogoś, kto ją zlekceważy i nie pomoże albo przepisze drogie piguły, na które emerytkę nie stać?

Nieco młodszy kolega emerytki, Zdzisław dostał kiedyś na maila założonego przez córkę informację o zbawiennym wpływie cytryny, która leczy wszystko, od kataru po raka. W mailu widniała informacja, że lobby farmaceutyczne bardzo nie chce, aby ta wiadomość się rozprzestrzeniła, więc Zdzisław ze zwyczajnej ludzkiej chęci zrobienia wielkim koncernom na złość wysłał maila do innych. Potem w pogoni za informacją znalazł facebookowe grupy, na których przywitali go jak swojego, wytłumaczyli, że nie tylko cytryna, ale i czystek i uryna i biologia totalna, ale w żadnym wypadku nie lekarz, bo lekarze chcą tylko pieniędzy albo też są sługusami piewców depopulacji. Brzmi jak bajka? To zajrzyjcie na facebookowe grupy, z pewnością znajdziecie Zdzisława i jego znajomych. W każdym razie Zdzisław za każdym razem gdy jego córka z dzieckiem wychodzi do pediatry, błaga ją, by zawróciła ze złej drogi i skorzystała z mrożonej cytrynki.

A może wina lekarzy?

Koleżanka od ginekologa na samym wstępie, po opisaniu objawów dowiedziała się, że… tu pomoże tylko wycięcie macicy. Koleżanka miała osiemnaście lat i na szczęście zamiast uwierzyć, wyszła szybko z gabinetu. Inna po łaskawym przyjęciu ją przez ortopedę dowiedziała się, że nic dziwnego, że stopa ją pobolewa, bo nadaje się tylko do amputacji. Nie, nie zmyślam. Przykłady kiepskich lekarzy i równie kiepskiego leczenia można mnożyć, a nie każdego stać na lepszego specjalistę, który z NFZ nie ma kontraktu. W takim przypadku przestaję się dziwić, że ludzie wolą już tę lewoskrętną witaminę C albo urynoterapię. To jednak nieco tańsze niż prywatne leczenie, które nie zawsze przynosi efekty, i kosztuje minimum 100 zł, a maksimum… Nie ma maksimum. Witamina C kosztuje kilka złotych. Urynoterapia nie kosztuje nic. Może na początku chwilę obrzydzenia.

A wspomniana już ludzka głupota, czy może grzeczniej, naiwność? Znamy przecież ludzi, którzy są łatwym celem dla akwizytorów. To oni kupują garnki pewnego znanego kucharza, mając nadzieję, że inwestycja im się zwróci i to ich zaczepiają cyganki, wróżąc im z banknotów. I to oni któregoś dnia widzą „przerażający” filmik, gdzie z dziecka wychodzą robaki po uprzedniej kąpieli w mące i w jajku. Wiecie, mąka z jajkiem osadza się na włosach na ludzkim ciele, stąd te liczne „pasożyty”. Z drugiej strony, jeśli człowiek uwierzy we wszystko, uwierzy również w to, że to bzdury. Do czasu gdy nie wpadnie przypadkowo na wyznawców biologii totalnej…

Daleka jestem od twierdzenia, że cała medycyna alternatywna to zło, a ziółka nadają się tylko do wyrzucenia. Naprawdę, staram się zrozumieć, sama zresztą gdy tylko mogę, od lekarstw trzymam się raczej z daleka. Często słyszę, że natura wie lepiej, a kiedyś lekarstw nie było i ludzkość nie wymarła. Jasne że nie wymarła, ale jednak było nas troszkę mniej i średnia życia też nie była jakoś specjalnie wysoka. Oczywiście że nie ma co brać antybiotyku na każdy katar i paracetamolu przy stanie podgorączkowym. I o ile z urynoterapii i odczyniania uroków można się pośmiać, leczenie nowotworów i innych stanów zagrażających życiu końskimi dawkami witaminy C śmieszne już nie jest.

Komentarze

komentarze