Zauważyłam, że znacznie różnimy się między sobą podejściem do książki. Rozumiecie, niby kilkadziesiąt do kilkuset zadrukowanych kartek w okładce, a potrafi w ludziach wywołać tyle emocji, że nie wiadomo czy człowiek za te kartki zębów nie straci.

Bo oto są ludzie, którzy za punkt honoru stawiają sobie estetykę książki. Ba, jaką estetykę! Jeśli zamawiają książkę online i podczas transportu twarda okładka nieco się zadrapie, a miękka wygnie, nie ma zmiłuj! Książka jest w trybie ekspresowym oddana z powrotem do sklepu, a w opiniach ląduje soczysta, oburzona jedynka. Nie ma przebacz! Książka ma być czysta, pachnąca, w niej może znaleźć się pasująca kolorem do okładki zakładka. Widzieliście może takie zdjęcia na czyimś instagramie? (KLIK! Po co Ci ten instagram? ) Widać, że fotograf męczył się, czekał dwie godziny na dobre słońce, blendę od kolegi pożyczył, filtry odpowiednie zastosował, zamazał w odpowiednim programie przelatującą muszkę – wszystko niepotrzebnie. Mógł przyjść do którejś z takich person i z marszu strzelić zdjęcie.

Tradycyjnie już, na drugim końcu kija znajdzie się inny osobnik. Czytanie książki ma być przyjemnością! Czyta ją więc przy kanapkach, herbacie, zupce chińskiej, krakersach – a wszystko w niewielkich ilościach można znaleźć potem w książce. Co za wspaniały materiał do badań archeologicznych! Gorzej jeśli książka pochodzi z biblioteki, wtedy flejtuch po cichu maskuje wszelkie niedoskonałości i wymawia tradycyjną jak „przyszedłem oddać książki” formułkę „to masło na 45 stronie to już było”. Czasem zaśnie z książką i wtedy ta wylatuje mi… Tfu! Jemu na podłogę. Jak się obudzi, przydepcze jeszcze, drepcząc w marze sennej do toalety.

Którym typem jestem?

Wskazówkę już Wam chyba dałam. To znaczy, hiperbolizuję i absolutnie nie mażę książek masłem na 45 stronie (bo 76 dużo lepiej się do tego nadaje), ale książka u mnie jest w użyciu i nie wygląda, jak okaz muzealny. No chyba że wypożyczam ją z biblioteki, wtedy oczywiste jest, że traktuję ją tak, aby osobie po mnie czytało się miło. A tak? Zdarza mi się zakreślać jakieś ciekawe zdania, czasem czymś poplamić kartki, ale największym moim grzechem jest zaginanie stron w książce

Wspominałam już, że mąż jest z wykształcenia bibliotekarzem? No więc muszę się z tym kryć, bo obawiam się czasem, że takie postępowanie skończy się kiedyś bardzo źle. Zanim jednak potępisz mnie Ty albo przynajmniej zapytasz, dlaczego, skoro mogę przecież ozdobić książkę piękną zakładką, pozwól że się wytłumaczę.

Zakładka zawsze mi wyleci. Zawsze! Co bym nie zrobiła, za którymś razem wezmę książkę do ręki, a wtedy ten zdobiony karteluszek wypada na podłogę. I pół biedy jeśli lektura jest lekka, a moment zakończenia czytania znaleźć łatwo. Nie każda książka jednak należy do tego gatunku. I co teraz? Przeciskać się znów przez meandry giętkiego języka, próbując sobie przypomnieć, co znamy, a co jeszcze nie? Wątpliwa przyjemność. A zagięta kartka sama z siebie się nie wyprostuje! Nawet jeśli jednak, to charakterystyczne zagięcie zawsze zaznaczy miejsce, gdzie kończyliśmy czytanie.

Czy jest to takie straszne?

Wielu z pewnością przerazi, a nawet boję się nieco odlubień co bardziej oburzonych, jednak musiałam to z siebie w końcu wydusić. Zaginanie strony to najlepsze, co można było wymyślić, żeby książkę dało się komfortowo czytać. A że to książkę niszczy? Bez przesady. Rogi łatwo wyprostować. A zagięcia nadają książce szlachetności. Serio! Nie no, naprawdę.

Jeśli jednak to Was przeraża – słyszeliście może o folding books? W skrócie: jest to takie zaginanie kartek, żeby utworzyły ładny napis, obrazek albo ciekawy kształt. Efekt jest ciekawy, ale ciężko mi sobie wyobrazić, jakim gniotem musi być książka, żeby użyć jej w tym celu? Z drugiej strony, czytałam już takie treści, że może w ten sposób chociaż kogoś by ujęły.

Jeśli więc kogoś przerazi moje zakładanie stron zagniecaniem, pokażę mu folding books. Może zrozumie, że nie jest tak najgorzej.

A Wy? Co sądzicie o zaginaniu rogów? I którym typem czytelnika jesteście? Bo ja szczerze obawiam się, że po takim uzewnętrznieniu się już nikt mi książki nie pożyczy. Raz jeszcze powtarzam więc: drogi flejtuchu! Szanuj pożyczone książki, jak swoje… To znaczy, nie! Dobrze. Puenty nie będzie.


Tradycyjnie zachęcam do pozostania ze mną na fanpage’u 😉

Komentarze

komentarze