Z rozbawieniem czytam niektóre edukacyjne teorie na temat nauki czytania. Szczególnie te, które zabraniają małemu dziecku kontaktów z literami, aby w odpowiednim czasie płynnie nabyło tę umiejętność. I wiecie, trochę mnie to bawi, ale jednocześnie włos mi się na głowie jeży. Przy tym cieszę się, że moja matka tych o tych teoriach swego czasu nie czytała. Dzięki temu bowiem czytam od czwartego roku życia.

Niedowiarkom i tym, którzy czytają raz jeszcze, przekonani że gdzieś tu tkwi błąd, powtórzę: tak, od czwartego roku życia. Choć może nieco naciągam, bo bliżej mi już w sumie było do piątych urodzin. Oczywiście, żeby nie robić z siebie cudownego dziecka, poinformuję jeszcze, że nie, nie czytałam od razu płynnie, zgrabnie pięciotomowej encyklopedii. Podobnie jak u innych dzieci, najpierw były książeczki z kilkoma wyrazami. A później?

A później poszłam do szkoły, gdzie bibliotekarka odmówiła mi wypożyczenia „Tajemniczego Ogrodu”. Powód? „Ty chyba upadłaś na głowę! Nie wiesz, że to gruba książka? Po co Ci to? Proszę, masz tu Jak Wojtek został strażakiem”. Podziękowałam, bo „Wojtka” czytałam tyle razy, że do tej pory świszczą mi w uchu urywki typu „I pytają ludzie, kto małego Henia wyniósł w czasie burzy z dymu i z płomienia”. A „Tajemniczy Ogród” miała na szczęście babcia, od której książkę pożyczyłam. Okazało się niełatwą pozycją, ale do przejścia dla siedmiolatki. Podobnie jak „Awantura o Basię” i wiele innych.

Czy mól książkowy to byłam ja?

Im dalej, tym było tego więcej. Czytanie uzależnia i ja myślę, że wielu z Was wie, o czym ja mówię. Sądzisz, że media społecznościowe sprawiają, że chowamy się do „piwnicy” i zamiast rozmawiać ze sobą, nawijamy przez messengera oraz inne komunikatory? Być może tak, ale zapewniam, że jeszcze niedawno takim no-life’em był mól książkowy. A ludzie po prostu siedzieli zakopani w książkach. I od nich byli uzależnieni.

Tragedia. Siedział taki mól książkowy i pożerał. Na szczęście ograniczenia książkowe w bibliotekach istniały wtedy głównie w regulaminie, a ci którzy pojawiali się tam tak często jak ja, mogli liczyć na upusty w postaci stert książek wyniesionych do domu. Te sterty trzeba było pochłonąć. Jak najszybciej, jak najwięcej. Głód literek jest okrutnym głodem i mówię to poważnie. Człowiek wypatruje ich wszędzie, gdzie się da (KLIK! Zobacz co zrobić, jeśli książka okazuje się nie być interesująca).

Sytuacji nie poprawiał u mnie fakt, że jestem wzrokowcem. Ciężko mi zapamiętać słyszane treści, nie dla mnie podcasty i audiobooki. Nawet filmy na YT muszą być naprawdę dobre i konkretne treściowo, inaczej bardzo mi przykro, nie będzie okejki. W nagrodę ortografia, interpunkcja i takie tam nigdy nie była dla mnie problemem. Czułam je instynktownie, właśnie dzięki czytaniu.

Ale skąd te złe oceny?

Na początku było lepiej niż idealnie. Do szkoły poszłam później, a to dlatego że chciano mnie puścić rok wcześniej do pierwszej! Taka zdolna byłam – bo przecież „ona tak pięknie czyta”. Na szczęście psycholog zauważył, że z moimi buntowniczymi zachowaniami to ja szybciej z tej pierwszej klasy wylecę, niż tam wleciałam. Rewolucji więc nie było i to nie ja byłam tym genialnym 9-latkiem, który studiował na polibudzie w Lublinie.

Potem było w miarę dobrze. Problem zaczął się, gdy trzeba było usiąść na chwilę i zaznajomić się w domu z materiałem opracowywanym w szkole. No bo jak i kiedy, skoro na biurku zamiast matematyki, historii i biologii piętrzyły się stosy powieści fabularnych? Z nich zresztą wyniosłam wiedzę, która niejednokrotnie ratowała mój wtedy jeszcze szczupły tyłek na różnych sprawdzianach.

Sytuację komplikował dodatkowo fakt, że nigdy nie rozumiałam maniakalnego biegania za każdą piątką i panicznego poprawiania ocen na koniec roku. I teraz wyobraźcie sobie osobę, która jest postrzegana przez środowisko jako mól książkowy, kujon siedzący wiecznie z nosem w książkach i która nigdy nie miała świadectwa z paskiem. Startuje ktoś ze mną w konkursie na przegrywa roku czy pierwsze miejsce mam na starcie?

Czytanie ograniczyłam nieco na studiach, choć właściwie to nie ograniczyłam. Po prostu przerzuciłam się na lekturę branżową, a następnie stał się cud. Oślepłam! No dobrze, znów przesadzam i to mocno, biorąc pod uwagę że to tylko astygmatyzm i pół dioptrii. W każdym razie, oczy nieco padły i od tej pory czytam dużo mniej. Zwłaszcza że i czasu jest mało.

Warto było?

To jest pytanie, na które chcę odpowiedzieć – bo może Ty, Twoje dziecko albo Twój znajomy jest w podobnej sytuacji? Warto na to pozwolić? Czy może próbować jakoś wyciszać głód liter, angażować w inne czynności, nakłaniać, żeby jednak mól książkowy spróbował zakuć ten cykl rozwojowy mchu płonnika?

Było warto! I tyle. Wiedzę szkolną zdążyłam i tak posiąść – jedną prędzej, drugą później, niepotrzebną wcale. Książki natomiast rozwinęły mnie w sposób, w jaki nie rozwinęła mnie żadna ze szkół. To dzięki nim dzisiaj bawię się słowem, mam dziwne pomysły w stylu: pachnąca świąteczna choinka samochodowa dla długobrodych, umieszczona za brodą, zamiast perfumów. Pewnie miło byłoby się do tego chwalić pasiastymi świadectwami, ale jeśli muszę wybierać, zdecydowanie wybieram opcję mola książkowego.

Nie oznacza to, że mola książkowego można zostawić w spokoju. Wręcz przeciwnie, czasem trzeba go wręcz na siłę, niczym autystę terapią behawioralną, wybudzić z książkowego amoku. Przypomnieć, że za stertą książek tętni prawdziwe życie i jego bohaterowie go potrzebują, no i lekcje same się nie zrobią, a pokoju książki nie posprzątają. Chemii i fizyki też się książki nie nauczą i trzeba sięgnąć po coś innego, niż następną powieść. Mól książkowy, zwłaszcza ten młody i niedojrzały molik, bardzo tego potrzebuje.

O ocenę z przyrody nikt mola książkowego za kolejne dziesięć lat nie zapyta. O książkę już prędzej. Pamiętaj o tym, gdy znów dziecko to świadectwo bez paska przyniesie.

Komentarze

komentarze