Kiedyś byłam molem książkowym. Takim totalnym molem, co gdyby przerzucił się na ubrania, zjadłby wszystkie w trzy noce. Książki pochłaniałam stosami i nic oraz nikt wokół się dla mnie nie liczył. Nie uczyłam się, nie jadłam, nie szłam pobawić się na dworze, bo czytałam.

Pewnie jeszcze napiszę, co sądzę o takim swoim zachowaniu z przeszłości, ale to nie ten temat. Dość powiedzieć, że w miarę upływu czasu znacznie ograniczyłam czytanie. Czynników było wiele i dziś co prawda daleko mi do statystycznego Polaka, który czyta jedną książkę rocznie (czy wlicza się w to czytanie dziecku?), nie pochłaniam ich jednak blisko setki, jak kiedyś. Czyta mi się znacznie trudniej. I to mimo większej wiedzy o świecie, lepszej znajomości trudnych słów czy umiejętności wychwycenia ironii. Siadł wzrok, a brak czasu sprawia, że czytam urywkami, książka musi być więc ciekawa, żeby mnie przy sobie zatrzymać. Przez ciekawa nie rozumiem oczywiście, że zawsze będzie super łatwa w odbiorze!

Kiedy czytałam dużo, zawsze miałam ambicję skończenia książki, którą zaczęłam. Oczywiście, jeśli po kilku kartkach było jasne, że to zupełnie nie to, czego szukałam, było inaczej, jednak jeśli już zaczęłam, nie odkładałam i katowałam się do samego końca. Zaciskałam zęby, przerywałam co chwilę, szukając w domowej kuchni czegoś do zjedzenia, wracałam ponownie. Kilka dni później z ulgą książkę zamykałam, mogąc z triumfem obwieścić, że była słaba. Brzmi zabawnie?

Na studiach dla rozrywki i dla siebie czytałam już dużo mniej, zwłaszcza że byłam zawalona literaturą zawodową. Mój mąż, którego wtedy poznałam, studiował bibliotekoznawstwo (KLIK! I po co mu to było? Zobacz jak skończył). Kiedyś pożaliłam mu się, że ciężko mi przebrnąć przez jedną z książek, którą czytałam w wolnym czasie. Podzielił się wtedy ze mną jednym spostrzeżeniem:

Wiesz, że ilość książek, które przeczytasz w swoim życiu, jest ograniczona?

Nie wierzysz albo sądzisz, że to jakieś gigantyczne liczby? Wyobraź sobie więc, że czytasz płynnie od ósmego roku życia. Załóżmy, że to czytanie skończy się lub znacznie ograniczy mniej więcej w 65 roku życia, kiedy wzrok będzie funkcjonować całkiem inaczej. Odejdźmy na chwilę od statystycznej jednej książki rocznie, czytanej przez statystycznego Polaka! Blogi czytają raczej osoby, które kochają literki, a więc załóżmy, że czytasz dziesięć książek rocznie.

Teraz od 65 odejmij 8. Okazuje się, że na czytanie masz około 57 lat. Pomnóżmy każdy rok przez 10 (ilość książek rocznie. Wyszło 570 książek! Nie wiem jak Wam, ale mi się wydaje to dramatycznie małą ilością. Przecież wiejska biblioteka ma ich więcej. A przecież niektóre czytamy po dwa czy nawet trzy razy.

Oczywiście, to statystyka. Wierzę, że wielu z Was przeczyta w życiu więcej. Nadal jednak rzadko kiedy będą to tysiące. Dlaczego sobie o tym przypomniałam? Otóż, rok temu dostałam od męża książkę. Dokładniej „Gupi muzg” Deana Burnetta. Opis mnie zachwycił i nie dziwię się, że mąż, znając mnie, postanowił mi tę pozycję zakupić.

Dlaczego książka mnie nie zachwyciła?

Dean Burnett jest brytyjskim neurologiem, a jednocześnie występuje jako komik. Czujecie już? Kojarzycie może książkę „Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem” Sacksa? Tego się właśnie spodziewałam! Lekko opisanych procesów mózgowych i wyjaśnienia, jaki wpływ mają one na nasze życie. Co dostałam zamiast tego?

Jak dobrze wiecie, jestem oligofrenopedagogiem (KLIK! Wiesz, co to za zwierz?), anatomię centralnego układu nerwowego, neurofizjologię i takie tam więc mniej więcej kojarzę. Zaryzykuję stwierdzeniem, że nieco lepiej, niż przeciętny człowiek, zwłaszcza że temat od strony popularnonaukowej lubię zgłębiać. Tu było mi jednak naprawdę ciężko. Książka była napisana językiem monotonnym, nieciekawym słownictwem, a co pewien czas pojawiały się śmieszne dygresje wzięte z czapy, przy których budziłam się i zdawałam sobie sprawę, że właśnie przeczytałam z wielkim trudem kartkę i w sumie nie wiem, o czym tu jest napisane. Czułam się, jakbym nie cierpiąc sernika, jadła sernik z rodzynkami i pocieszała się, że w środku są rodzynki.

I tak, czytałam trudniejsze teksty, choćby na studiach. Teraz jednak nie byłam nastawiona na ciężki tekst, a raczej nieco cięższą intelektualną rozrywkę. Przebrnęłam przez połowę, chcąc po pierwsze, pochwalić się sama przed sobą, że w natłoku zajęć znajduję czas na czytanie, po drugie, zrecenzować Wam ciekawą lekturę. A potem przypomniałam sobie dialog jeszcze-nie-małżeński i podzieliłam się z Wami myślą na instagramie.

Recenzji więc nie ma

Jest za to opis i broń Boże nie zniechęcam nikogo do czytania. Zwłaszcza że w książce znajduje się kawał solidnej wiedzy. Nie zalecam natomiast nikomu, kto chce czytać dla relaksu.

Reszcie polecam przemyślenie z instagrama: jeśli czujesz w połowie książki, że to nie to, nie czytaj dalej. Nie marnuj życia. Masz prawo nie czytać. Wśród 570 Twoich książek mogą znaleźć się dużo ciekawsze pozycje!

Komentarze

komentarze