„A to pensja im nie wystarcza? Składki, sradki i jeszcze kwiatki?” prychnie jedna matka. „Ale o co chodzi? Nie można raz w roku kupić tych kwiatów?” zdziwi się druga. Dzień Edukacji Narodowej, a potocznie ujmując, Dzień Nauczyciela to dzień pełen kontrowersji.

I nic w tym dziwnego. Weszłam sobie przed chwilą na forum, gdzie kobiety o prezentach właśnie rozmawiały. I pół biedy gdyby była to rozmowa typu: róża czy konwalie albo czy kupować kwiaty nauczycielowi czy może coś innego? Nie, one doradzały sobie prezenty za ładne kilkadziesiąt złotych i to od 50 zł w górę. Górnego pułapu jakby nie było. Zdobiony notes? Perfumy? Jak najbardziej! Z początku myślałam, że składają się na to całą klasą, co rzeczywiście na jedną osobę daje niewielki koszt, ale nie. One to kupowały samodzielnie, zaznaczając że to chyba oczywiste, że trzeba się postawić i żenujące jest kupowanie byle czego?

A że przeciwieństwa lubią się przyciągać, a następnie żreć ze sobą w przestrzeni publicznej, zaraz pojawiła się grupa, która „darmozjadom” nie kupuje. Bo przecież po to mają swoją ogromną pensję, którą powiększają cochwilowymi strajkami i praktycznie automatycznymi awansami zawodowymi. Wdzięczność? A niby za co? Każdy z nas pracuje, nikt kwiatków za to nie dostaje.

Jak było u mnie?

Całkiem niedawno pracowałam w przedszkolu, jako oligofrenopedagog. Cudowna praca, z najlepszymi dziećmi pod słońcem! Wymagająca, zwłaszcza że przedszkole było prywatne. Nie pracowałam więc na kartę nauczyciela, ale normalnie, 8 godzin dziennie. Po pracy natomiast poświęcałam niemało prywatnego czasu, by przygotować się do zajęć, zrobić pomoce dydaktyczne, poszukać rekwizytów, ogarnąć indywidualne plany edukacyjno – terapeutyczne… Nie będę Was zanudzać resztą obowiązków. To się po prostu robi. To robi większość z nas, bez względu na to czy pracuje 8 godzin dziennie czy na kartę. Te na kartę mają nieraz dodatkowe obowiązki i nie zawsze lepiej. Po prostu – praca nauczyciela po wyjściu z placówki absolutnie się nie kończy.

Pamiętam Dzień Nauczyciela. Powiem szczerze, że jako ta młoda i niedoświadczona na nic nie liczyłam i dobrze, bo też nic od rodziców nie dostałam. Przyszli, wysłuchali sprawozdania i wyszli. Bardzo zawiedzione były za to moje starsze współpracownice. Bo jasne, grupa mała, bywa różnie, ale żeby od nikogo nawet kwiatka nie dostać? To już było bardzo przykre. Podobnie było w innych grupach, choć jako że tamte były większe, ktoś z kwiatkiem się znalazł, z podziękowaniami, a nawet z bardzo smacznym ciastem.

Ja broniłam. Rodzice niepełnosprawnych dzieci to nieco inna specyfika. Nieraz skupieni do granic na rehabilitacji swojego dziecka mogą zapomnieć. Nieraz po prostu nie ma pieniędzy, bo przecież każdy grosz potrzebny. Nieraz… I tak dalej. Nie mówiąc już o tym, że niestety, dla wielu rodziców przedszkolanka (a może nauczyciel przedszkola? KLIK! Zobacz) to nie nauczyciel. Jej się kwiatów nie kupuje. I to już przykre, bo proszę wierzyć – droga edukacji przedszkolanki jest tak samo kręta, jak innych nauczycieli.

To może coś niematerialnego?

A potem przypomniałam sobie koniec roku. I rodziców, którzy podeszli do mnie i powiedzieli, że co prawda bez kwiatów, ale ogromnie dziękują. I tyle wystarczyło. I zrobiło mi się jednak nieco przykro.

Bo wiecie, miło jest i dawać prezenty i je dostawać od kogoś, ale ja nawet na te kwiaty nie czekałam. Po prostu dziwnie mi się zrobiło, że nikt nawet nie podszedł i nie życzył wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Nauczyciela. Tak po ludzku. Zwłaszcza że jednak ten kontakt z rodzicami był tam intensywny, zważywszy na charakter przedszkola. Informowaliśmy się nawzajem o samopoczuciu dziecka, o najmniejszych choćby postępach, gorszych dniach, zjedzonych posiłkach – rozmowy były prowadzone codziennie. Rzadko dziecko było odbierane ot tak: „dzień dobry, ja po Krzysia. Krzysiu, do widzenia”. Rzucenie „Wszystkiego najlepszego” naprawdę nie byłoby ciężkie.

Zastanawiałam się dlaczego tak wyszło, ale tak jak mówię, jako jedyna chyba wolałam to usprawiedliwić. Choćby niewiedzą. Zwłaszcza że gdy wychowawczyni innej grupy głośno dziękowała na korytarzu matce, która obdarowała nas upieczonym przez siebie ciastem, kilku przechodzących rodziców wyraźnie speszyło się, szukało czegoś w torebce, poszło nieco szybciej.

Czy kupować kwiaty nauczycielowi?

Nie mam zamiaru nikomu mówić, że kwiaty to rzecz oczywista. Ktoś kupi coś droższego, inny postawi na ciekawą książkę, jeszcze inny skrzyczy pozostałych rodziców i złożą się na coś większego, a ktoś nie kupi nic. Ja osobiście jako przyszła upierdliwa dla przedszkola, a następnie szkoły matka, postawię na skromnego kwiata. Zwłaszcza że sama te z końca roku trzymałam na honorowym miejscu, widząc w nich minki moich uradowanych przedszkolaków.

A jeśli nie kupujesz prezentu? Twoje prawo. Możesz przecież nie mieć pieniędzy, możesz nie rozumieć, po co, skoro sam zaiwaniasz ciężko na kasie i nikt do Ciebie z kwiatkiem nie leci, a wręcz przeciwnie. Możesz z wielu przyczyn nic nie dać. Ale podejdźże chociaż i wyduś te krótkie życzenia, może nawet podziękowania za starania. Najczęściej naprawdę jest za co.

No chyba że nauczyciel się nie stara. Temat olewa i w ogóle, jest beznadziejny i nie ma mu za co dziękować. Nie przeczę że i czarne owce się nie trafiają. Sama na takie trafiałam – zarówno podczas edukacji, jak i studiów, a nawet później. Nie namawiam do robienia czegoś na siłę. Żeby dziękować, musimy mieć za co dziękować.

I najczęściej jednak mamy. Więc pamiętajmy, że „wszystkiego najlepszego” nie boli 🙂


Przeczytałeś? Spodobało Ci się? Zapraszam do polubienia fanpage’a 😉 

Komentarze

komentarze