Kiedyś uwielbiałam spontaniczne wypady. Ktoś rzucał hasło, reszta pakowała co potrzebne, goliła nogi i lecimy! Bo niby dlaczego nie i dlaczego nie właśnie teraz?

A potem urodziło się dziecko i na wszelkie ewentualne „spontany” miałam przygotowaną minę, która mówiła: „Ale klepki to w porządku? Bo chyba jednak nie”. I wiem, wielu rodziców po pojawieniu się maleństwa nadal lubi spontaniczność. Biorąc jednak pod uwagę schemat dnia, pory jedzenia, spania oraz innych czynności, przygotowanie się na ewentualne humory oraz spakowanie się jak na miesiąc w Indiach, nie należę do nich.

A tu proszę, wyjątek! „Jedziemy do Malborka?”. „Ale kiedy?”. „Za godzinę po Was będziemy”. Nawet się ucieszyłam, bo pogoda piękna, a ja chwilowo czułam się lepiej. Aż żal siedzieć w domu. To jedziemy! Pora zwiedzić zamek w Malborku!

Dlaczego akurat zwiedzanie zamku w Malborku?

Osobiste powody są takie, że wybieraliśmy się tam już chyba z pięć lat, za każdym razem obiecując, że to w „te wakacje”. Przykre, bo nie mamy tam jakoś specjalnie daleko.

A mniej osobiste? Jeden ogólny: zamek krzyżacki! Przepiękny zamek, zbudowany w XIII wieku. Teoretycznie nie do zdobycia, choć śmialiśmy się z tego, widząc gdzieniegdzie rozmaite schodki oraz inne wyłomy, przez które można wejść na zamkowy dziedziniec. Nawet snuliśmy teorie, że po prostu wrogom kodeks nie pozwalał wejść inaczej, jak głównym wejściem, a poboczne to co najwyżej dla służby były, żeby mogła pranie w rzece uprać. Bo czy godziło się rycerzowi wchodzić wejściem dla służby? A tfu!

To jednak tylko nasze rojenia. Wycieczka rozpoczęła się od… burzy. Tak, przedtem był piękny dzień. Potem na szczęście również. Spontaniczność jednak miała swoje wady: nikt z nas nie przemyślał, jak chce zwiedzać zamek i nieco przemoczeni zdecydowaliśmy się szybko na opcję z przewodnikiem.

Aż taki był tragiczny? Nie, całkiem ładnie opowiadał o historii zamczyska. Ja jednak przypomnę Ci tutaj, że byliśmy z dwulatką. Bardzo żywą dwulatką (jakby dwulatki mogły być inne). I tak była dzielna, bo wytrwała pół godziny, dzielnie chłonąc tłumaczenia matki z przewodnikowego na dzieciowy ( „Patrz, jak ten zamek rozwalili!”, „O, rzeczka, jaka śliczna” – i takie tam). Po kilku salach, zgubionej gumce do włosów, trzy razy zdjętych bucikach stwierdziliśmy jednak, że to kres możliwości.

I zwiedzaliśmy już sami, w swoim tempie. Nie wszystko, a głównie poboczne wystawy. Pewnie kiedyś zdecydujemy się tam wrócić, już bez dziecka, bo zamek rzeczywiście jest spory. Sam spacer z przewodnikiem trwa jakieś 3-4 godziny (a w dni zatłoczone nawet więcej).

Jedzenie

Na zamku znaleźliśmy dwie restauracje. Ponieważ, również z racji spontaniczności, nie pomyśleliśmy o wzięciu jakichś buł – trudno byłoby zresztą o nie w wolne dni majowe – dziecko trzeba było czymś nakarmić. Męża i ciążowy brzuch również (mój, nie męża). Wybór padł na zamkową „Piwniczkę„. Czy słusznie?

Przy cenach szczeny nam nieco opadły. W Trójmieście, gdzie ceny są chyba najwyższe z nam znanych, da się zjeść taniej. Szczególnie że lokal wyglądem nie przyciągał, poza tym, że znajdował się w zamku, więc ściany i sufit nie mogły być brzydkie. A tak? Ot, drewniane ławy, na zewnątrz parasole, jak w zwykłym barze. Stwierdziłam, że coś zjeść muszę, więc wezmę rosół. I przyniesiono mi miseczkę. Taką na „gorący kubek”.

Zastanawiając się, gdzie ja jestem i co robię nad kilkoma łyżeczkami rosołku za 15 zł, zaczęłam jeść. I kurka blada, żaden rosół nie będzie już taki sam! Był po prostu obłędny. Powaliło mnie, jak dawno nic mnie nie powaliło. Wybaczyłam nawet maleńkość porcji, szczególnie że wystarczyła i tak.

Frytki dziecka oraz obiad męża również nie należały do najtańszych. Nad rachunkiem ręce nieco opadły, jednak było smacznie (szczególnie dodawana zasmażana kapusta… mniam)! Jeśli więc będąc w Malborku będziesz miał do wydania za dużo pieniędzy, zachęcam. Ja pewnie po prostu przygotuję kanapki na drogę. Z jajkiem, tak po polsku! I termosik. Ewentualnie skorzystam z usług podzamkowej gastronomii. W upalne dni straganów tam mnóstwo.

No dobrze, ale czy o to w tym chodzi?

Jeśli spodziewałeś się tu przeczytać o historii XXIII-wiecznego, sukcesywnie rozbudowywanego zamku krzyżackiego nie do zdobycia, który został w ponad połowie zniszczony podczas II wojny światowej, to Cię zawiodę. Internety są jej pełne, a jest ona naprawdę obszerna! Dlatego również, jeśli masz taką możliwość, naprawdę warto wynająć przewodnika, żeby do tak obszernej historii dodał kilka anegdotek, których w internetach tak łatwo nie znajdziesz.

Nie znaczy to iż żałuję, że z racji posiadania berbecia ominął mnie ponad 4-godzinny spacer! Mam wrażenie, że zamek w Malborku warto zwiedzić dwa razy: pierwszym razem tak jak zrobiliśmy to my. Niespiesznie, zaglądając w poszczególne zakamarki i miejsca, oglądając poszczególne wystawy, takie jak kolekcja starodruków, chłonąc. I po raz drugi, z przewodnikiem, gdy znamy już atmosferę miejsca.

Polecam też zwiedzanie zamku w Malborku w dni „niemajówkowe”, bo oblężenie zamczyska zapewne nie odbiegało od prób z czasów historycznych. Tak czy siak jednak, polecam. Zwłaszcza z dzieckiem. Było zachwycone, że tak budowane przez niego zamki oraz układane z puzzli, znajdują się rzeczywiście i można je zobaczyć z bliska!