Kim jest telemarketer i po co w ogóle ten zawód? Kto się do niego nadaje i czy potrzeba do niego jakichś predyspozycji? Tak się milusio składa, że w swojej długaśnej karierze zawodowej (ha! I jeszcze zdążyłam zostać matką!) zaliczyłam również bycie telemarketerem.

Jeśli mam być szczera, to udało mi się to w sumie dwa razy. Za pierwszym, trzy miesiące zapraszałam Was na spotkania, gdzie mogliście kupić różne „ciekawe” produkty. I kto wie, może to właśnie Ty ochrzaniłeś mnie, że dzwonię do Ciebie o nieludzkiej porze, nie wiadomo skąd mając Twój numer? Za drugim razem zajmowałam się ubezpieczeniami, było to jednak tak krótko, że mało w tym temacie mam do powiedzenia.

Kim jest telemarketer?

W wielkim skrócie: to osoba, która pracuje „na słuchawce„. Zakres obowiązków jest dziś naprawdę różny. Coraz rzadziej można na szczęście spotkać się z call center, gdzie sprzedaje się bezpośrednio przeróżne majtasy, puchowe kołderki i inne. Częściej za to telemarketer zaprasza na spotkania, podczas których takie przedmioty można nabyć. Lub też dzwoni do Ciebie z kolejną wspaniałą ofertą kredytu z Twojego banku albo nowej oferty abonamentu komórkowego.

Wszystkie opisane powyżej to praca przy połączeniach wychodzących. Dużo bardziej stresująca, bo zawracasz komuś głowę. Nagle. Wiadomo, że nikt nie lubi, jak ktoś mu nagle głowę zawraca. Rzadko jest tak, że nudzimy się i właściwie to nic się nie stanie, jeśli teraz ktoś zadzwoni. Człowiek jest dziś w wiecznym niedoczasie i jeśli akurat nie bawi się z dzieckiem, nie pracuje, to ma ochotę się w końcu zrelaksować. Telemarketer niekoniecznie w tym pomaga.

A połączenia przychodzące? Dotyczą najczęściej problemów związanych z telefonami i abonamentem, zgłaszania reklamacji, rozmaitych szkód oraz innych. Bo coraz więcej firm otwiera w ramach swoich usług infolinie, na które można zadzwonić i pożalić się, że z usługami coś jest nie tak.

Oczywiście, nie wyczerpałam wszystkich opcji. Jest ich wiele, jak choćby praca polegająca na utrzymywaniu kontaktów z klientami mającymi już styczność z firmą.

Kto nadaje się do pracy w call center?

Łatwiej napisać, kto się nie nadaje. Przede wszystkim, odpadają osoby z wyraźną wadą wymowy. No Tina, a co z Twoim francuskim „rrr”? Jakoś przeszło. Pamiętam jednak, że sepleniąca dziewczyna długo miejsca nie zagrzała. Inną kwestią jest, jak przeszła rekrutację. Jąkanie się również nie wchodzi w grę. Są też osoby bez wad wymowy, ale z naprawdę irytującym głosem czy manierą. Irytujący głos raczej nie zachęci klienta do dalszych relacji z firmą.

Jeśli Twoja odporność na stres jest zerowa, również raczej bym się zastanowiła. Choć moim zdaniem, ta praca doskonale nauczy Cię, że nie ma co się stresować, bo nie wszystko zależy od Ciebie. Oczywiście, możesz pięknie wydukać cały skrypt i zostać obrażonym, bo zadzwoniłeś o godzinie 8:00 rano. I nikogo nie obchodzi, że Ty tak pracujesz. Na odsłuch u kierownika mogą (i najczęściej wybierają) rozmowę, w której akurat pójdzie Ci słabo. Też niekoniecznie masz na to wpływ.

Warto również być nieco zaznajomionym z komputerem, ale nie potrzeba do tego wiedzy tajemnej. Najczęściej wystarczy naprawdę podstawowa znajomość.

Dla kogo jest ta praca?

Nie ma co ukrywać, to najczęściej nie jest zajęcie „na lata”. Mnóstwo firm wręcz po jakimś czasie daje gorsze bazy klientów, żeby pozbyć się starych telemarketerów. Oczywiście, to nie reguła. W drugiej pracy, tej w której spędziłam naprawdę niewiele czasu, spotkałam osoby pracujące „na słuchawce” trzeci rok.

Dlatego też polecam studentom. Szczególnie, że jak mało która praca, pozwala rozwinąć umiejętności interpersonalne. A że człowiek nie stresuje się tak, nie widząc klienta – tym lepiej! Poza tym, w call center często idą na rękę z grafikiem, dzięki czemu nawet „dzienni” nie mają problemu z wciśnięciem pracy w studia. Fakt że rzadko da się tam zarobić dużo więcej ponad minimalną krajową (a bywa gorzej), ale student też najczęściej milionów nie potrzebuje. Najczęściej. Do psucia rynku nie namawiam.

Polecam również tym, którzy najzwyczajniej w świecie potrzebują pracy, a nie mogą jej znaleźć „tu i teraz” w swoim wymarzonym zawodzie. To nie jest strasznie ciężki kawałek chleba, a pozwala zatrzymać się gdzieś, zanim nie trafi się coś dużo lepszego.

Dlaczego jest to zawód stresujący?

Powiedzmy sobie szczerze – często przez durne wymogi firmy. W jednej z nich znajoma musiała koniecznie posługiwać się skryptem. Nawet jeśli nieco go omijając, ktoś miał lepsze wyniki, i tak był krytykowany. Normalne? Dla mnie średnio.

No i klienci. Po drugiej stronie słuchawki są ludzie, którzy gdy dzwonisz, nie mają czasu, są wściekli że masz ich numer telefonu, dzwonisz do nich o pogańskiej godzinie albo po prostu namawiasz ich do czegoś, czego absolutnie nie chcą. Jeśli oni dzwonią, niekoniecznie jest lepiej, szczególnie w działach reklamacji. To na Ciebie spływają epitety w stronę firmy oraz jakości jej usług.

I jeszcze normy. Nie zawsze zależy od Ciebie czy uda się je wyrobić. Bywały takie „bazy klientów”, że kilkanaście razy pod rząd po „Dzień dobry” słyszeliśmy „Nara!” i trzaskanie słuchawką. Po kilku godzinach ma się poczucie zmarnowanego czasu. A naciski ze strony kierownictwa oraz krytyka na odsłuchach sprawia, że momentami ma się dość.

Plusy zawodu

Nie ma jednak tego złego! Nie każde call center przecież to miejsce, gdzie kierownictwo ma ochotę pożreć Cię w całości. To po pierwsze. Po drugie, zwyczajowe „boksy”, przy których siedzi się podczas pracy, sprzyjają integracji. Żeby o coś zapytać, wystarczy przechylić się nieco do drugiej osoby. Nie trzeba latać po biurze. Biorąc też pod uwagę, że średnia wieku bardzo często jest podobna, łatwo tu o ciekawe znajomości. O ile, rzecz jasna, nie biegasz tak jak ja to robiłam, z pracy na uczelnię i z powrotem.

Kolejny? Siedzisz. Najczęściej siedzisz. No chyba że poza tym drukujesz jakieś dokumenty, ale to nie jest bieganie za dziećmi, skakanie czy układanie towaru. Czasem nawet tyłek boli Cię od siedzenia. O ile jednak praca w call center może męczyć psychicznie, fizycznie jest zadowalająco.

Mało tego! O ile nie macie biura w jakichś dziwnych piwnicach, katakumbach czy też szefostwo nie oszczędza na ogrzewaniu, pracujesz w cieple. Uwierz, że wśród studentów praca w cieple to nie taki „pewniak”. Masz więc ciepło i możesz sobie usiąść. Uwierz, że wielu Ci tego zazdrości.

Mało tego, telemarketer bardzo często ma spore możliwości awansu! W drugiej pracy rekrutacja na wyższe stanowiska, często naprawdę dobrze płatne, odbywała się najczęściej właśnie wewnętrznie.

A moje wspomnienia?

Jak już przedtem pisałam, najpierw pracowałam, zapraszając ludzi na pokazy, podczas których można było kupić różne produkty. Jak było? Dobrze! Skrypt był, ale nie trzeba było się go trzymać. Jakoś udało mi się spełniać „normy”, a nawet ładnie je przekraczać. Nie zarabiałam kokosów, ale też nie była to śmieszna stawka, a z prowizją było nawet bardzo ładnie.

Oczywiście, były i minusy. Ciągła bieganina między uczelnią, a call center, praca czasem od 8:00, czasem do 21:00 – i wcale się nie dziwię tym, którzy wkurzali się, że o tej porze dzwonię. Wcale. Z drugiej strony, gdy wychodziłam, pamiętam piękny widok na wieżę kościoła na starym mieście, która o 21:00 wygrywała melodię Apelu Jasnogórskiego. Człowiek przypominał sobie wtedy wieczorne wakacyjne apele podczas wyjazdów i miał siłę, by uśmiechnąć się, mimo wizji pracy następnego dnia od 8:00 rano.

Dlaczego odeszłam? Przy takim trybie życia trudno było pisać magisterkę. Poza tym, normy i przepisy, wcześniej dość łaskawe, nagle się pozmieniały. Naciskano też na wyrobienie większej ilości godzin, na co już nie mogłam sobie pozwolić. Po moim odejściu doszło jeszcze przymuszanie do powtarzania skryptu, męczącego samych klientów. Chyba nie ja jedna zauważyłam, że wszystko idzie w złą stronę, bo tego samego dnia zwolniło się pięć innych osób.

Druga praca to już krótkie wspomnienia. Niedługo po szkoleniu już mnie tam nie było. Z perspektywy czasu nie żałuję, szczególnie że nie mogliśmy opuszczać budynku częściej niż raz dziennie (poza wyjściem do domu), przy czym żeby wyjść do stołówki, trzeba było budynek opuścić. Gdy podczas szkolenia usłyszałam ten punkt, poczułam się jak w więzieniu. I to mimo, że w kolejnych pracach na przerwę na dworze czasem po prostu pracy nie było. Chodzi o sam fakt.

Z drugiej strony, były tam perspektywy i wyglądało ciekawie. A jednak, gdy wyszłam stamtąd po raz ostatni, odetchnęłam z ulgą. Tematyka niestety absolutnie mnie nie wciągała, atmosfera korpo również wtedy przerażała. To jednak ja – widziałam, że pracujący tam nie byli specjalnie nieszczęśliwi.

Praca marzeń?

Pod względem zarobków, bywa ciężko. Przynajmniej w tych „typowych” kierunkach, telemarketer zarabia około minimalnej krajowej, plus prowizję. Choć są też miejsca, gdzie z klientami nawiązuje się bliższą relację (nie, nie chodzi o usługi erotyczne, świntuchy!) i tu dostaje się najczęściej więcej.

Jest to dobra praca „przejściowa„. Dla studentów, osób które właśnie straciły pracę i szukają czegoś innego albo też nagle szukają jej na gwałt, a boją się że tak łatwo nie znajdą.

Czy dla mnie była to praca marzeń? Nie, ale też nie była to jedna z gorszych prac, jakie wykonywałam! Mam mnóstwo ciekawych wspomnień, jak wtedy, gdy zmęczony kolega mówił do słuchawki: „Ale to nie wszystko! W prezencie dostanie Pani czajnik… No jak to, po co? Do gotowania wody pewnie”. Ogólnie, było bardzo wesoło – no i dziś, gdy dzwoni do mnie ktoś z „najlepszą ofertą”, potrafię grzecznie odmówić i podziękować, bez nabijania się i żenujących dowcipów albo epitetów.

A może też pracowałeś „na słuchawce” jako telemarketer i masz z tego okresu ciekawe wspomnienia? 🙂