Za co lubię jesień?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Na początku wyjaśnię, że pytanie „za co lubię jesień” jest pytaniem kuriozalnym, bo ja uwielbiam ciepło! Ta pora roku, kiedy można w końcu przewietrzyć cellulit i skisłe w swetrze pachy jest tą najcudowniejszą, najulubieńszą! Ten moment, gdy słońce wali tak, że jesteś w stanie myśleć jedynie o tym czy masz wystarczająco dużo wody przy sobie, by dotrzeć do najbliższego sklepu i kupić nową, powinien zdarzać się codziennie.

Powinien, ale się nie zdarza i nawet taki ciepłolub jak ja wytwarza w sobie pewne mechanizmy obronne, mające na celu zaakceptowanie nowego stanu rzeczy. I chyba dobrym mechanizmem są przyjemne skojarzenia z daną porą roku. Gdzieś tam niejasno kołacze się myśl, że oto nadchodzi ten czas, kiedy po kilku miesiącach zimna będę niczym Bałwan z Krainy Lodu, śpiewać, omijając topniejącą pluchę „Lecz ja w końcu w słońcu stać mogę się najszczęśliwsza!” Do tej pory jednak jeszcze chwila. Chwileczka. Chwilunia.

A że każda pora roku niesie ze sobą przyjemne skojarzenia, jesień nie jest wyjątkiem. Wszyscy mówią, że to wiosna jest początkiem wszystkiego. Ja zaś polemizuję – zwłaszcza w naszym kręgu kulturowym wszystko zaczyna się jesienią! Szkoła, powrót do pracy po urlopach – nawet kalendarze często jest nam łatwiej prowadzić od września. Z czym jeszcze kojarzy mi się jesień i za co ją lubię, mimo że jest wobec mnie taka chłodna?

Czekanie

I wciąż się na coś czeka, prawda Kalino Jędrusik? Wakacje teoretycznie są czasem odpoczynku, z drugiej strony jednak chyba nawet największy nieuk nie może się doczekać tego, co go czeka w kolejnym roku szkolnym. Przynajmniej u mnie nic się potem nie zmieniło – kilka tygodni odpoczynku i pracując wakacyjnie lub opalając cielsko na trawie, myślałam jak będzie, gdy znów zawitam do akademika, przywitam się z ludźmi z różnych stron Polski, zacznę kolejne ciekawe zajęcia na studiach i wypiję nieco za dużo na akademickim korytarzu.

Co zabawne, czekanie nie skończyło się po studiach! Czekałam, aż jesienią zdejmą mi aparat i rozpocznę pracę, rok później czekałam na rozwiązanie innych ważnych spraw życiowych, następnie szykowałam się do jesiennego ślubu (polecam ślub jesienią!), na końcu zaś czekałam na pojawienie się dziecka. A potem… nagle przestałam czekać! Okazało się, że jesień nieoczekiwanie straciła magię pory, na którą czeka się przy okazji. Nic to, dzieci rosną, ani się obejrzę, a zacznie się szkolny obowiązek i będę znów czekać na jesień.

Jesienna moda

Pamiętacie wiosenny wpis o tym, co mnie przeraża w modzie (KLIK! To tutaj)? Dobra wiadomość jest taka, że już nie widuję lampasów. Mam również złą – wróciły szpice w bucie, którym przy moim rozmiarze stopy przy odpowiednim rozbujaniu nogi mogę nieźle kujnąć delikwenta z przodu w zadnią część ciała. Z daleka. Oprócz tego futerka, które mi się podobają, ale na kimś i szerokie spodnie. Szwedy, szwedusie, szwedunie! Coś, co gdy tylko pojawiło się w sklepie, musiałam mieć. Tak tęskniłam, wciskając dolną część gruszkowej figury w rurkopodobne kształty.

To jednak tylko dygresja, bo moda jesienna jest czymś zupełnie innym. Należą do niej puchate ciepłe swetry, poncha, a przede wszystkim kolory rudości, brązy, żółcie i inne odcienie ukradzione żywcem z gnijących na chodniku liści. Strasznie uwielbiam jesienną modę oraz ten okres, gdy bezkarnie mogę przebierać się za panią jesień i gdy w sklepach są właśnie takie ubrania. Czasem skutkuje to tym, że wiosną chodzę jak idiotka wśród kobit w wiosennych pastelach, bo w tych jest mi gorzej niż niedobrze. Tym się będę jednak przejmować wiosną!

A, zapomniałabym. W jesienny strój wliczają się ciepłe skarpetki. A w późnojesienny dodatkowo ciepły dres, sweter i termofor lub ogrzewacz na łapki. Proszę z tym nie dyskutować.

Zapach

Każda pora roku ma swój zapach . Lato pachnie lekką spalenizną, trochę geosminą, bo częściej jednak u nas leje. A jesień? Jesień pachnie grzybami, również tymi mikroskopijnymi, drobnymi, które unoszą się w powietrzu i powodują, że bez paczki chusteczek z domu nie wychodzę. Poza tym jeszcze mokrą ziemią i zgniłymi liśćmi. To taki zapach, który można poczuć w piwnicy, w której leżą jeszcze ziemniaki albo w starym zamku zwiedzanym na jesiennej szkolnej wycieczce. Niby człowiek nie chce tym pachnieć, ale już niuchać taki zapach lubi. To trochę jak z zapachem dobrego jedzenia.

A w domu? Jesienią też musi wonieć inaczej! Przecież to pora jesiennej herbaty, takiej rozgrzewającej, z imbirem, cytryną, cynamonem i innymi korzennymi przyprawami. To pora zajadania się piernikami, rozgrzewania grzanym winem. Tak, z pewnością, ale herbata najważniejsza. W sumie, jeśli ktoś miałby mnie pytać, za co lubię jesień, to w pierwszej chwili pewnie wymieniłabym tę herbatę. I to mimo że przecież piję ją cały rok!

I tak, łatwiej byłoby wymienić, za co jesieni nie lubię. Deszcze, coraz bardziej gołe drzewa, zimno i w dodatku jeszcze zimniej. Nie mam zamiaru zgrywać nawiedzoną optymistkę, która cieszy się z jesieni, bo za chwilę będę wściekła, że z dzieckiem na spacer wyjść się nie da. Póki co jednak – pora na jesienną herbatę!

 

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Karolina J.

Maniaczka słodyczy różnych. Zwłaszcza tych niepopularnych, których nie dostaniemy przy każdej sklepowej kasie. Lubię lato i swojego męża, nie lubię zimy i jak ktoś krzyczy i nie jestem to ja. Matka, pedagog specjalny, zainteresowana społeczeństwem, książką i byciem chudą. Nie mylić z ćwiczeniami.

Mogą Cię zainteresować