Tytuł magistra dzisiaj nic nie znaczy! – krzyczą zewsząd nagłówki, przytakują znajomi, za nimi kolejni piszą w social mediach komentarze, że kiedy ich ojciec robił studia magisterskie, to był kimś, a teraz? A teraz każdy je ma. Siłą rzeczy, ja też. A czy są użyteczne?

Jak wiecie i powtarzam to niczym student prawa, studiowałam oligofrenopedagogikę (KLIK! Tu piszę czy warto było) i tu na szczęście większych przygód tu nie zaliczyłam. To znaczy, oczywiście, kłamię, bo przygód było wiele. Począwszy od naszpikowanego zajęciami planu, gdzie musieliśmy pół miasta przemierzać na zajęcia podczas półgodzinnego okienka. O zajęciach, które kończyły się o 20:30 nie wspomnę, szczególnie że kolejne mieliśmy o 8:00 rano następnego dnia. Rzecz jasna, byliśmy na nich świeżutcy jak szczypiorki. Przeżyłam? Przeżyłam!

Przeżyłam również kilka ciekawych kursów, zajęcia z Sherborn z profesorem rzucającym się na nas z parapetu, czytanie encyklik na jednych z ćwiczeń, dramatyczną opowieść o oku na kiju i mnóstwo innych. A przede wszystkich nauczyłam się wiele o rewalidacji osób z niepełnosprawnościami. Rzecz jasna, studia to podstawa, a dalej jest praktyka i niezliczona ilość kursów. Podstawy jednak były mocne. Wybór specjalności? Na specjalnej były dwie: oligofrenopedagogika i resocjalizacja.

A potem były studia magisterskie

Jeszcze przedtem jednak okazało się, że z powodu zawirowań uczelnianych oraz tego, że wydziałowi na nas specjalnie nie zależało, magisterki z pedagogiki specjalnej nie będzie. Dowiedzieliśmy się o tym, rzecz jasna, bardzo szybko, bo jakoś chyba w ostatnim semestrze. Może pod koniec przedostatniego, kiedy jeszcze przekonywano nas, że zrobią co mogą, żeby jednak magisterka była. Nie było.

Musiałam więc przenieść się na pedagogikę ogólną. I wiecie co? Pewnie zdajecie sobie sprawę, że ludzie na różnych kierunkach są specyficzni. Specyficzni są studenci prawa, ci z kolei zachodząc na korytarze „kulturoznawców”, muszą czuć się dziwnie. O archeologii nie wspomnę. Po prostu wiele kierunków naprawdę łatwo poznać już z daleka, nie patrząc nawet, pod jakimi drzwiami czeka studencka grupka. I studenci pedagogiki specjalnej również byli nieco inni, niż ci z ogólnej. Jacy? To temat na odrębny wpis i taki, proszę waści o niemartwienie się, powstanie.

Na początku nawet byłam pewna pozytywnych myśli. Wybór specjalności wydawał mi się oczywisty – wybrałam szkolną z socjoterapią i terapią pedagogiczną. Stwierdziłam, że co prawda szkolna jest przydatna niczym zimowe sandały, ale już socjoterapia i terapia pedagogiczna do kierunku bardzo mi pasuje. Miałam rację? Oczywiście że miałam! W czym więc problem?

Nie mogę tego robić

Nadszedł ostatni rok, a wraz z nim narastający lęk o wciąż nienapisaną magisterkę. Ten lęk do dziś mi się śni! Czasem co noc jadę do promotora z dzieckiem na ręku tłumaczyć, że tak, ja to w końcu napiszę. A przecież o dziecku na końcu studiów jeszcze nawet nie myślałam. Było jednak coś, co przyćmiło ten lęk. Przepisy. Już nie pamiętam czy weszły jakoś przy okazji czy też nikt o nich wcześniej nie wiedział.

Jak się okazało, jeśli w specjalności jest łącznik „z”, to cała reszta jest takim miłym dodatkiem – fakultecikiem lub zapchajdziurą na wykładach, do której uprawnień nie będziemy mieli. I tak z trzech specjalności” szkolna, socjoterapia i terapia pedagogiczna została ta pierwsza. Ta, która prawdopodobnie i tak mi się nie przyda.

Rzecz jasna, przepisy swoje, a uczelnia swoje, upierając się że jak najbardziej uprawnienia mamy i potwierdza to dyplom. Czy potwierdzają to pracodawcy? Z tego co wiem, bywa niestety różnie. Póki co, na szczęście nie musiałam się o tym przekonywać. Wystarczyło mi to, co mam na licencjacie. Miło jednak wiedzieć, że być może robiłam coś nadaremnie.

Wniosek?

Wybór specjalności to ważna sprawa. Nieraz tak ważna, jak wybór kierunku studiów. Ja niestety wkopałam się z moim wyborem. Do dziś nie wiem czy z mojej winy, czy z winy uczelni, a może zawiniły zmieniające się przepisy. Mogę najwyżej być wściekła, że zmarnowałam dwa lata na specjalność, która mi się nie przyda, zamiast połączyć to z czymś innym.

Po raz kolejny więc mogę tylko sprawę opisać i mieć nadzieję, że reszta studentów się dowie. Bo z tego co widzę, specjalności typu: wczesnoszkolna z…, resocjalizacja z… i dziś nie są rzadkością. Po co ktoś ma za dwa lata czuć się tak jak ja wtedy, gdy idąc z napisaną pracą magisterską, w sumie nie wiedziałam, po co mam ją za chwilę zdawać?



Jeszcze Ci mało? Polub „Rozkminy Tiny” na Twitterze lub Facebooku 🙂