Wulgaryzmy w tekście – jasne, tylko po co?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Pamiętam, gdy wkraczałam w wiek nastoletni i nagle wymieniłam ulubione pozycje w biblioteczce na nieco poważniejsze. Zawsze bardzo dużo czytałam i pewnie jeszcze opowiem o negatywnych stronach tego zjawiska. Tak, negatywnych. Dziś na szczęście czytam umiarkowanie dużo, a może nawet za mało. Nie o książkach dziś jednak, a o tym, po co nam wulgaryzmy w tekście. A może są całkiem niepotrzebne?

Wrócę jednak do tych książek, jakoś tak mi przy nich miło. Nie był to czas, gdy się je kupowało, zwłaszcza że czytałam na tony i musiałabym chyba zamieszkać w księgarni, a tak po prostu co tydzień brałam trzy albo cztery z biblioteki i pochłaniałam w domu. Nie był to również czas, gdy w bibliotece półki świeciły nowościami. Królowała Siesicka, Musierowicz, ale i książki, które pamiętała jeszcze moja matka.

Były to pozycje trudne, mocne i bardzo się je przeżywało, tak jak przeżywa się wiek nastoletni. Podobnie było z czytanymi po cichu książkami dla tych „bardziej dorosłych”. Autorzy budowali przekaz w sposób, który zostawiał ciary i zapisywał się na trwałe w pamięci. Niektóre z fragmentów tkwią we mnie do dziś. Między starociami jednak nieraz prześwitywały w bibliotekach nowości wydawnicze, czasem bliscy, współczując nastolatce z wiecznie za małym kieszonkowym, zakupili coś do mojej prywatnej biblioteczki. Potem jednak coś się zmieniło i pewnie kojarzycie ten moment, gdy przekaz zaczął być budowany przekleństwami, a wulgaryzmy w tekście zaczęły pojawiać się częściej od spójników.

Czyli Masłowska?

Nie mówię teraz o Masłowskiej, bo pewnie ona od razu rzuciła Wam się na myśl. Masłowska to jeden z objawów wulgaryzacji przestrzeni kulturalnej, która jakoś tak powoli następowała. Jeśli miał być konkret, jeśli sytuacja robiła się w historii skomplikowana, trzeba było podkreślić to kurtyzaną, męskim „genitaliem” czy chorobą, której przyczyną jest spożycie pokarmu lub wody skażonej Gram-ujemną bakterią (zgadniesz?). Tak jakby nie dało się inaczej przygwoździć czytelnika do siedzenia. O ile budowanie napięcia rzadko się nudzi, tak napięcie budowane panią sprzedającą swoje wdzięki po kilku razach przestaje być napięciem. Nudzi się, podobnie jak korzystanie z usług tejże szybko przestaje być ekscytujące.

Mimo to wcale nie tak rzadko trafiam na blogi, na których mięchem rzuca się dalej niż Włodarczyk młotem. I żeby to były małe blogi – jakiś czas temu zachęcił mnie clickbait znanej parentingowej blogerki. Ze wstydem przyznam się, że to ja jestem tą, która daje się złapać i nabija wyświetlenia clickbaitom. Tym razem wyjątku nie było. Otworzyłam, a tam kurka blada, rynsztok. Niby o dzieciach, niby o przyrodzie, o naturze, a czułam się przez to wszystko, jakby te dzieciaki miały mi za chwilę z petem wylecieć, a z pięknych okoliczności natury wychynąć „papierzaki”. Blog to znany, więc pewnie ludziom się to podoba. Mi nie.

A to sama nie przeklinasz?

Nie będę udawać świętej – przeklinam i to wcale niemało. Dziś przy dziecku zapędy hamuję, wcześniej kurtyzany i chędożenie we wszystkich możliwych odmianach leciały niczym pszczółki do piwa. Gdyby ktoś to spisał, wspomniana Masłowska nie wyrobiłaby z tworzeniem kontentu. Teraz, mimo że jest lepiej, do oazy spokoju potrafiącej zamienić przekleństwo na motylą nogę nieco mi daleko. Jeśli przejrzycie dokładnie posty, pewnie w tematach, które bardziej przeżywałam, znajdziecie jakieś „wzmocnienie”.

No właśnie – jedno, być może dwa. Czasem, jeśli tekst dotyczy tematu bardziej frustrującego, ciężkiego, nie kiedy piszę o kwiatkach na łączce. Nie widzę po prostu powodu, dla którego miałabym dodatkowo szpikować tekst damskim narządem rozrodczym czy innymi pikantnymi szczegółami. Nie twierdzę również, że wulgaryzmy w tekście zawsze rażą – znam książki, do których przekleństwa pasują i są ich integralną częścią. Znam również takie blogi, ale jest ich naprawdę niewiele. I umówmy się, raczej rzadko są to blogi parentingowe czy urodowe, a takie zdarzało mi się znaleźć. Aż wyobraziłam sobie, że któregoś dnia pokonuję moją niechęć do eyelinera, zakładam bloga kosmetycznego i piszę pierwsze zdanie „Witam, chciałam się k***a podzielić z wami najbardziej ch***ą szminką, jaką udało mi się znaleźć w tej p***ej drogerii”. Hm… Może jednak!

Poważnie jednak, pewnie osobom przebywającym ze mną zdarzy się usłyszeć, jak głośno komentuję moje nadepnięcie na rozsypane klocki i z pewnością nie będzie to komentarz: „Ojej! Jaka szkoda, że klocki te tak boleśnie wbiły mi się w piętę! Poskaczę sobie tu spokojnie z bólu.” Przekaz pisany jednak wolę bardziej kulturalny. W końcu nie bez powodu różni się on nieco od mowy potocznej.


Chcesz więcej? I bez wulgaryzmów? 😉 zajrzyj na fp Rozkminy Tiny

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Karolina J.

Maniaczka słodyczy różnych. Zwłaszcza tych niepopularnych, których nie dostaniemy przy każdej sklepowej kasie. Lubię lato i swojego męża, nie lubię zimy i jak ktoś krzyczy i nie jestem to ja. Matka, pedagog specjalny, zainteresowana społeczeństwem, książką i byciem chudą. Nie mylić z ćwiczeniami.

Mogą Cię zainteresować