Wojna! Matka idealna walczy z bałaganiarą

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Zawsze wkurzały mnie matki „idealne”. Wiecie, matka idealna to taka, która ogarnia piętrowy dom, dwumiesięczne dziecko, przedszkolaka i dziecko w wieku szkolnym. W międzyczasie pracuje, pisze bloga, kończy trzecią pracę magisterską i ma zawsze pomalowane paznokcie.

I pół biedy, jeśli ona po prostu taka jest. Nie, jest jeszcze jeden problem: matka idealna poza tym wszystkim ma jeszcze czas siedzieć w internetach. I gdy nie daj Boże zadasz tam pytanie sugerujące, że Twoje klocki, z których układasz życie, gdzieś się sypią i coś w układance niedomaga, ona fuknie: Ale JAK TO? Nie wiesz jak posprzątać chałupę, mając miesięczne dziecko, które chce wisieć na piersi? Ja z takim sprzątałam, robiłam zakupy, odprowadzałam dziecko do szkoły, pracowałam i chodziłam na zajęcia! Kwestia organizacji, no ale jeśli komuś się nie chce…

Matka idealna występuje w kilku wersjach, ale każda radzi sobie z bałaganem w życiu i jeszcze ma siłę chwalić się tym w sieci, a nawet bezczelnie pisać bloga o tym, jak lekko przeskakuje z macierzyństwa w karierę, zamieszczając dopracowane zdjęcia równie idealnych i dziwnie nieubrudzonych dzieci na placach zabaw. Przeciętny rodzic ogląda i zastanawia się, gdzie popełnił błąd. Czasem zastanawia się, w jakim sklepie można dostać takie baterie, a potem gdzie sobie wsadzić, żeby działać na podobnych obrotach.

Trąci to nieco sztucznością?

No właśnie. I ja nie przeczę, że matka idealna istnieje, sama zresztą takie znam, tylko do domu nie zapraszam z obawy, że pomylą z osiedlowym składzikiem. Jednak to, co widać w sieci, to tylko wycinek rzeczywistości i bywa, że ogarnięcie matek idealnych jest nieco na wyrost. I w odpowiedzi na tę sztuczność powstał front drugi.

Kojarzycie go pewnie. „Przewróciło się, niech leży!”, „Słów już nie mam na tego bachora, znów wrzeszczy! Wychodzę”, „Jestem tak śpiąca, że pomyliłam w pracy ekspres do kawy z laktatorem”. Matki nieidealne wyszły z cienia. Przyznały że nie radzą sobie z utrzymaniem porządku w domu, rodzicielstwo bliskości to dla nich jedynie kolejna strona w polubionych, która coraz bardziej bawi, a dziecko bywa wrzeszczące, brudne i złośliwe.

I niby dobrze, bo która z nas, przynajmniej czasem, nie odpuszcza? Niektóre mniej, niektóre bardziej, dla każdej z nas pojęcie porządku, bałaganu, marnowania czasu czy jego efektywnego wykorzystywania jest nieco inne. Nie każda ma ochotę zaharowywać się, by wyglądać jak Małgorzata Rozenek, zwłaszcza w momentach, gdy na głowie jest naprawdę dużo. Nie każda z nas chce udawać, że ma siłę i cierpliwość do dziecka, które właśnie kopie po piszczeli, bo nie dostało czekoladki. Żadna z nas nie chce czuć się winna w sytuacji, gdy w przedpokoju leży rozmazana czekolada, a my właśnie czytamy książkę albo czytamy głupie artykuły w sieci.

Przeginamy?

Próbując jednak pokazać, że mamy do tego prawo, chyba przegięłyśmy w drugą stronę. Bo owszem, mamy prawo mieć górę szmat na łóżku i wrzucić ją ostentacyjnie w sieć, z krzykiem, że mamy to gdzieś, bo i z tą górą ubrań jesteśmy przeszczęśliwi. Mamy prawo do tego, by Brajanek siedział nieprzebrany w bluzie upaćkanej czekoladą. Zwłaszcza jeśli podejrzewamy, że za chwilę upaćka się dodatkowo bananem i żal nam marnować kolejne ubrania. Mamy prawo stwierdzić, że dziś dzieciaka mamy dość, bo ten piątą godzinę leży i wyje na dywanie o zjedzone przez tatę frytki, a my ze stoickim spokojem malujemy paznokcie.

Do tego wszystkiego mamy prawo, ale czy nie nastąpił tu pewien przesyt? Pytam jako wzorcowy przykład nieogarniającego flejtucha, który bardzo ucieszył się z tego, że model idealnej i wszystkoogarniającej kobitki nieco odsunął się w cień, a wywyższająca się matka idealna ze sztandarowym hasłem: „to kwestia organizacji” została nieco wyciszona. Zwłaszcza że mając wokół siebie Kaszubki, które słyną z zamiłowania do porządku, czułam się dodatkowo dziwnie w realnym świecie, żeby jeszcze zbierać cięgi w wirtualnym.

Dobrze, że to zostało zmienione. Tylko dlaczego dzieje się to tak ostentacyjnie? Podobnie jak ostentacyjny był porządek, białe wnętrza i ubranie za pięć stów do piaskownicy. Teraz natomiast ostentacyjnie fotografujemy największy bałagan, rozbite w kuchni jajka, brudne dzieci i wszystko to, co pokazuje, jakie jesteśmy nieogarnięte. Nie po to, by pokazać prozę życia, bo mam czasem wrażenie, że i ten bałagan powoli robi się sztuczny.

Kto ma rację?

Nie mam pojęcia czy rację mają te, które twierdzą że ich dziecko od kołyski uczone jest czystości, dzięki czemu poradzi sobie w życiu i na studiach nie wywalą go z akademika za bałagan czy też racja stoi po stronie tych, które mówią, że ich dzieci są szczęśliwe, bo jedzą z podłogi, babrają się w kałużach, a one same nie marnują swojego życia na sprzątanie. Wiem, z czym ja jestem szczęśliwsza.

Cieszę się, że powstała alternatywa, w której się odnajduję. Tylko czasem mam wrażenie, że gdybyśmy nawzajem dały sobie żyć, nie fukając wzajemnie: „kwestia organizacji!”, „Twoje zainteresowanie to jedynie sprzątanie!”, byłoby tak jakoś łatwiej.

Z drugiej strony, nie byłoby tak wesoło!


Więcej znajdziesz na fanpage’u. Zapraszam! 😉 Rozkminy Tiny

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Karolina J.

Maniaczka słodyczy różnych. Zwłaszcza tych niepopularnych, których nie dostaniemy przy każdej sklepowej kasie. Lubię lato i swojego męża, nie lubię zimy i jak ktoś krzyczy i nie jestem to ja. Matka, pedagog specjalny, zainteresowana społeczeństwem, książką i byciem chudą. Nie mylić z ćwiczeniami.

Mogą Cię zainteresować