W idealnym świecie każdy jest za coś odpowiedzialny. Ma swój zakres obowiązków, którego się trzyma i idealnie te obowiązki wykonuje. Nie jest nimi zarzucany, ma odpowiednią podzielność uwagi – nic złego się nie dzieje. Winnych tragedii nie ma, bo też nie ma tragedii.

Jaki piękny jest ten świat, Tylko czarne-białe. To jest proste, widzę-wiem.” – można zanucić, snując taką wizję. Lubimy ideały. Lubimy porządek. Nawet takie osoby jak ja, chaotyczne, niezorganizowane i roztrzepane (tak, dalej będę kłamać, że to się nazywa byciem „kreatywną i artystyczną duszą”), lubią mieć choć część świata w odpowiednich szufladkach. To pomaga w odnalezieniu się w świecie.

Czy zawsze jest tak czarno-biało? Ostatnie wydarzenia pokazały mi, że czasem system „Ty jesteś odpowiedzialny za to, ten pan za coś innego” po prostu zawodzi. Człowiek to nie idealna maszyna, zdolna do zachowania zimnej krwi w każdych warunkach. Bardzo możliwe się ze mną nie zgodzisz i obwinisz tych ludzi – ja przyznam, że mi trudno.

Dziecko w samochodzie

Zobaczyła je przypadkiem ekipa telewizji. Znam to miejsce i najlepsze jest to, że dziecko mogli tam dojrzeć głównie ludzie przechodzący nielegalnie przez tory lub nieliczni, tam parkujący. Nawet jeśli, dobrze że przechodzili. Uratowali dzięki temu życie dziecka, ledwo dyszącego już w nagrzanym samochodzie.

Wszyscy chyba znamy film pokazujący, co dzieje się z dzieckiem w samochodzie. Jeśli jakimś cudem go przeoczyłeś, wybacz – ja nie chcę tu tego wklejać. I bez tego słysząc, co działo się w miejscu, które kojarzę, długo nie mogłam się uspokoić.

Czy więc dziwiły mnie komentarze, w których rodziców uznano, delikatnie mówiąc, za „kiepski sort”? Niekoniecznie, w emocjach przecież wiele słów się nasuwa. Tylko że widzisz, emocje opadają. Dobrze pamiętam tragiczną w skutkach sprawę, gdzie ojciec zrobił podobnie, myśląc że dziecko zawiózł do przedszkola. Okazało się, że tu chyba zadziałał ten sam mechanizm. Jedno z rodziców wymagało pomocy medycznej, gdy dowiedziało się, że dziecko cudem przeżyło, zauważone przez kogoś.

Dziecko w centrum handlowym

Jakoś tak zawsze sprawy związane z dziećmi budzą w nas zwierzęce instynkty. I temu się nie dziwię – instynktownie ten nasz „narybek” chcemy chronić pazurami i czym tylko się da. Krzywda zrobiona dziecku zazwyczaj będzie sprawiać, że serce walnie nam mocno, jakby chciało się zatrzymać – mimo że gdy to samo stanie się dorosłemu człowiekowi, najwyżej sprawdzimy czy przypadkiem nie znaliśmy. Ot, biedny człowiek.

Dziecko w centrum handlowym dzieliło od dziecka w samochodzie zaledwie kilkadziesiąt kilometrów i może dzień czy dwa. Właściwie dzieci było dwoje. Jedno odbiegło na chwilę za daleko, matka chciała je złapać, a w tym czasie drugiemu spadła bułka. By ją ratować, maluch chciał ją podnieść na ruchomym chodniku. Nie wczytywałam się w szczegóły, w każdym razie, mechanizm zaczął wciągać małą rękę. Jeden ze świadków przytomnie nacisnął przycisk zatrzymujący. Palce zostały jednak w środku… Chyba nie udało się ich odzyskać.

Co na to centrum handlowe? Ubolewa nad sprawą, jednak przecież przy każdych ruchomych schodach są oznaczenia, że są dla dzieci niebezpieczne i jeśli dziecko jedzie, to tylko pod czujnym okiem rodzica. Sama po kilku podobnych znanych mi akcjach, będąc z dzieckiem, wybieram jednak windę. Nie ma co winić centrum handlowego.

Czy winić rodzica? Późna pora, nagłe dziwne zachowanie jednego z dzieci… Z relacji świadków wynikało, że matka prawie zemdlała z rozpaczy. Dziecku współczułam z całego serca. Matka będzie pewnie przeżywać ten moment do końca życia, zastanawiając się, dlaczego poleciała nie za tym dzieckiem. Dlaczego nie zabezpieczyła najpierw drugiego. Może się nie dało? Nie wiem.

Byłeś może w sytuacji, gdy cudem uniknąłeś tragedii?

Niekoniecznie chodzi o zajmowanie się własnymi dziećmi, choć oba przypadki traktują właśnie o tym. Pamiętam, kiedy zaczynałam, jeszcze na studiach, swą karierę oligofrenopedagoga (KLIK! Zawód oligofrenopedagog to tutaj) i któregoś dnia kobieta z naprawdę solidnym zapleczem w postaci wiedzy, doświadczenia i znajomości dzieci oraz środowiska, weszła cała blada. Nie chcę tu opisywać błędu, który popełniła, dość powiedzieć, że mógł on zaważyć na życiu dziecka albo przynajmniej jego zdrowiu. Skończyło się dobrze. Dwie sekundy później byłoby gorzej.

Odejdźmy jednak od dzieci, bo błędy popełniamy nie tylko przy nich. Wielu z nas wykonuje odpowiedzialną pracę. Bankowość, bezpieczeństwo, transport, budownictwo, medycyna – naprawdę można sektorami zająć pół miejsca na blogowanie.

Wiele razy zdarzało mi się słyszeć, że ktoś był o krok od błędu, mogącego zrujnować mu karierę, od błędu przez który mógł dosłownie wylądować pod mostem i stracić wiele, jeśli nie wszystko. Od błędu, po którym, jak stwierdził, zostałby mu wyłącznie sznur i gałąź w lesie.

Czy usprawiedliwiam tak do końca?

To nie jest tak, że teraz niczym Bóg w konfesjonale, zdejmę winę z tych rodziców oraz wszystkich innych ludzi, którzy przez nieuwagę doprowadzili do tragedii. To nie jest „samsobiewinnizm”, o którym też pisałam. Przede wszystkim, właśnie dlatego mamy obowiązek dbać o siebie, swoją kondycję, wysypiać się. Kiedy pracowałam z dziećmi, nie wyobrażałam sobie przyjść do pracy na ciężkim kacu – a jednak zdarzało mi się być skrajnie zmęczonym. Choćby wtedy, gdy znienacka atakowała mnie choroba.

Kiedy już skończyłam pracę, pamiętam swoje skrajne zmęczenie przy wymagającym noworodku, później niemowlaku. A teraz? Nie tak dawno byliśmy wszyscy chorzy. Nieprzytomna z choroby, pomagałam zbić dziecku w wannie temperaturę. Ja tylko pomagałam. Są tacy, którzy muszą, bez niczyjego wsparcia.

I wiem, że to nikogo do końca nie usprawiedliwia. A jednak, widząc litanię komentarzy, odsądzających kogoś, kto popełnił błąd, od jakichkolwiek resztek rozumu, jest mi dziwnie. Kiedy widzę komentarze „Zabić takich to za mało”, „Skąd się biorą takie debile?”, „Mam nadzieję, że ostro za to beknie” – mimo że serce nieraz mi się kraje, wiedząc że właśnie przez czyjąś nieuwagę stało się coś złego, chcę najpierw wiedzieć, dlaczego? Co się stało, że ktoś do tego doprowadził?

Nie namawiam do myślenia typu: „Ojej, biedny sprawca, co się stało, że doprowadził do tragedii? Z pewnością dziecko nie dało mu się wyspać albo tyle spraw ma na głowie”. Może bardziej do refleksji – czy podobne zaniedbanie nie mogło kiedyś przydarzyć się nam?

Inne zdarzenie, ku refleksji

W tym samym mieście, w którym o mały włos w samochodzie nie udusiło się dziecko, kilka dni później pod hipermarketem zrobiło się zbiegowisko. Kamera nagrała tylko niewielki tłum ludzi, biegających obok samochodu, chwilę później wybijających szybę i krzyczącą kobietę, wyjmującą dziecko. Komentarz kamerzysty: co za ludzie! Dziecko w takim upale zostawiają! Kolejni!

Co się okazało? Matka wsadziła dziecko do samochodu, następnie pakując zakupy i szykując się do odjazdu, zatrzasnęła klucze w bagażniku. Chwilę próbowała zrobić coś, by otworzyć samochód i wyjąć chociaż dziecko. Po niedługim czasie zaczęła wzywać pomocy. Oczywiście upał, niemoc, pewnie lęk przed uszkodzeniem własnego, drogiego samochodu, a przede wszystkim lęk o własne dziecko po tym, co ostatnio się słyszało, wzmógł nieco panikę kobiety i tłumu. Akcja przebiegła szybko. Maluch został wyjęty, dzięki wybitej szybie.

Nagranie jednak dotarło do lokalnych mediów. Zanim prawda włożyła niekoniecznie wygodnie i modne espadryle (prędzej niestety porównałabym ją do spadających chodaków), mieszkańcy linczowali w sieci kolejną matkę.

Morał: jeśli nie możesz jednak powstrzymać się przed osądem, poczekaj chwilę, aż będzie wiadomo coś więcej 🙂