Patologia, panie! Mnożą się jak te króliki, jeden po drugim wyskakuje! Ile ma Pani dzieci? Troje… Czworo? Ojej! Ale więcej nie będzie, prawda? Naprawdę Wojtusiu, masz czwórkę rodzeństwa? A macie co jeść?

Takie teksty to wcale nie rzadkość i będący w rodzinie wielodzietnej słyszą je często. Choć mam wrażenie, że dziś, gdy ujemny przyrost grozi poważnymi problemami, a krytykanci roszczący sobie prawo do wyrażenia niesmacznego zdania w stronę matki kilkorga dzieci powoli wymierają, tych tekstów jest jakby mniej. Co prawda z okazji kolejnego wsparcia rządowego dla rodzin można jeszcze usłyszeć pogardliwe „Pięćset plus idzie” (KLIK! Tu o pięćset plus piszę), ale margines społeczny musi jakoś zaistnieć, a inteligencją przecież nie zabłyśnie.

Mimo tych i podobnych tekstów, rodziny wielodzietne istnieją i mają się świetnie! Ba, rodzice kilkorga brzdąców nawet blogi prowadzą, a robią to nadzwyczaj dobrze – że wspomnę choćby Manymum albo Marcina Perfuńskiego. Czytam i podziwiam.

Bo sama nie wiem czy bym się na taką matkę nadawała. Póki co przeraża mnie wizja dwojga, a tu proszę, drużyna piłkarska. I to mimo że sama pochodzę z wielodzietnej rodziny! Nie rzucę Ci więc plusów bycia matką więcej niż dwójki dzieciaków. Nie mam pojęcia jakie są, choć ponoć są. Zaprezentuję za to plusy posiadania sporej ilości rodzeństwa. Sporej, bo choć oficjalnie wielodzietność zaczyna się od trójki latorośli, wybacz – dla mnie to przynajmniej czworo. Nie wiem dlaczego, może dlatego że trójka w moich czasach i w moim otoczeniu to raczej norma była?

Ale! Do dzieła.

Jest z kim pogadać

To znaczy, później oczywiście. Kiedy już zejdziemy z etapu lalek, samochodzików i zaczniemy się sobie zwierzać. Najczęściej różnica wieku dzieci w rodzinie wielodzietnej nie przekracza czterech lat. W sumie, ciężko byłoby to zrobić inaczej. Czasem, przy trójce dzieci odstęp jest gdzieś większy, ale tak?

Szybko też przekonujemy się, że są pewne sprawy, które choć bardzo chcemy wyrzucić z siebie, lepiej z nimi poczekać, przemyśleć, a czasem zatrzymać. Bardzo szybko. Niestety, siostrzano-braterskie „nikomu nie powiem” jest warte tyle samo, co „nikomu nie powiem” nastoletniej przyjaciółki. I wiesz co? Lepiej dowiedzieć się o tym w domu, niż na zewnątrz. Brzmi słabo? Nie, to naprawdę cenna lekcja! Spory plus, widoczny po czasie.

Ubrania

Z początku to niewątpliwy plus dla matek! O ile płeć się nie różni, dziecko spokojnie może donosić ciuszki po starszym rodzeństwie. Zresztą, o ile nie jest tak, że pierwszą córę ubieramy wyłącznie w róże i koronki, a następnie rodzi się nam chłopak i lecimy w moro, prawdopodobnie mamy również kilka ubranek uniseks, które przynajmniej po domu dziecko ponosi.

A potem? Potem dziecko rośnie i już nie chce nosić ubrań po siostrze, bo to sprzed 2-4 lat i trochę już niemodne. Mija jednak następne kilka lat i… nastolatki są najczęściej mniej więcej podobnego wzrostu i rozmiaru. A wtedy się zaczyna wyrywanie kudłów o spódnicę, której nie ma w żadnej szafie i bluzkę, którą jedna zaplanowała ubrać na randkę, a druga cichaczem podwędziła do kościoła. Ja do tej pory opłakuję piękną czarną, lekko prześwitującą bluzeczkę, pocieszając się w duchu, że dziś bym w niej wyglądała troszkę jak baleron.

Jest na kogo winę zwalić

Bo i na kogo, jeśli jesteś sam? Na psa? Wypadek losowy? Niestety, w przypadku jednego albo dwójki dzieci łatwo jest znaleźć winowajcę. A od zbrodni do kary niedaleko. Kabel jest w zimę, pasek jest w lato – mama nie bije tak mocno, jak tato. Poważnie jednak i bez klapsów mi tu proszę, ciężej jest się w takim momencie wybronić.

Co innego gdy jest nas więcej! Ha, sama pamiętam, jakie miałam wyrzuty sumienia, gdy brat został oskarżony o coś, co zrobiłam. Głupotą jednak byłoby się przyznać, wie to każdy, kto kojarzy jeszcze, jak to jest być dzieckiem.

Potem nie wiadomo było, kto kradnie zapasy z lodówki, a następnie okazało się że w sumie dalej nie wiadomo, bo niby to byłam ja, ale kiedy się wyniosłam, zapasy ginęły dalej. Tak że pamiętajcie – w rodzinie wielodzietnej wystarczy wystawić kozła ofiarnego i można broić dalej.

Szacunek do indywidualności

Ludzie często patrzą na dzieci z rodziny wielodzietnej jak na „szarą masę” kilkorga takich samych dzieciaków. Jest to łatwiejsze, gdy czyjeś geny rodzicielskie wyraźnie dominują i wszystkie maluchy są na przykład blondynami o jasnej cerze albo mają praktycznie takie same oczy. Tylko wiesz, pozostaje jeszcze charakter.

Jedna z moich cioć zwykła mawiać do mojej matki „Nie wiem jak to zrobiłaś, ale wychowałaś piątkę jedynaków„. I choć kryło się pod tym bardziej nasze legendarne miganie się od obowiązków domowych, a liczba „5” nie była ostateczną, cieszyło to o tyle, że rzeczywiście, każdy z nas był takim troszkę „jedynakiem”. Innym, niż reszta. I mało tego, trzeba było tę inność uszanować.

Więc szanowaliśmy. To, że jedno jest płaczliwe, że drugie z byle powodu wpada w histerię, że trzecie boi się pająków… Zawsze znalazł się jakiś odmieniec. Nawet jak wszyscy kupą założyliśmy czarne ciuchy, a z wszystkich możliwych domowych nośników dźwięku popłynęła mroczna gotycka muzyka, znalazła się siostrzyczka, która na przekór wszystkim uwielbiała „lusiowy’, a jej kącik znaczył różowiutki puchaty kocyk. Ot, taki bunt, kontestacja zastanej rzeczywistości. Oryginalna zresztą, co po dziś dzień przyznajemy.

Wzajemna pomoc

„Ej, zmyłabyś za mnie naczynia? Strasznie mnie głowa boli” „Mam być miła? To powiem tak, żeby Cię nie urazić: goń się”. Nie da się ukryć, tak to wygląda i nie ma nawet co kłamać, że w rodzinie wielodzietnej wyrywamy sobie wzajemnie miotłę i naczynia. To znaczy, może gdzieś tak jest, choć czarno to widzę.

A jednak, gdy „bieda przyciśnie”, jest na kim polegać. Wiadomo, brat i siostra to nie dobra wróżka z Kopciuszka, która przyleci z kiecką i szpilkami od Louboutina. Wykorzystywać też się niestety nie dają. No ale jeśli przymknie się oko na ten brak Louboutinów, są naprawdę pomocni!

Trzeźwe spojrzenie na prawo własności

W akademiku (KLIK! Akademik czy mieszkanie?) jedynaków łatwo można było namierzyć. Wystarczyło, że podczas zmywania naczyń przesunęłam nieco czyjąś stojącą obok miseczkę i usłyszałam ciche warczenie. Bo wiesz, to nie była moja miseczka.

Wielodzietność boleśnie uczy, że to co Twoje, może zostać dotknięte, a nawet zniszczone, choćby niechcąco, przez przypadek. Bo przecież nie ma co obwiniać rocznej siostry, że grrr… cholera jasna, tak po prostu podeszła i porwała Twój pamiętniczek, do którego wpisała się już połowa klasy, a niech ją!!! Zdarza się i tyle.

Podobnie później nieraz zdarzy Ci się, że ktoś niechcąco ochlapie Twoje białe spodnie. W pracy pomyli kubeczki i napije się z tego pamiątkowego, który umila Ci tam ciężkie chwile. Albo i gorzej, przez przypadek zje Twój ser. A Ty będziesz wiedzieć czy to rzeczywiście „przypadek” czy bardziej tym przypadkiem ktoś próbuje Cię wykorzystać. I odpowiednio zareagujesz, bo setki razy robiłeś to w domu. Nie będziesz jednym z pieniaczy, który wywoła III wojnę światową o kubeczek albo odwrotnie, machnie ręką, mimo że grupa wspólnie po raz kolejny zjadła Ci sałatkę.

To wszystko?

Niby tak, choć z pewnością znalazłoby się tego więcej! Mimo że w podręcznikach studentów pracy socjalnej widniejemy jako patologia, ja patologie widziałam głównie niestety w domach, gdzie dziecko było jedno. Oczywiście, ja to nie statystyka, nie będę teraz krytykować jedynaków i zdaję sobie sprawę, że inaczej wyglądają dzielnice „zakazane”, gdzie na kupie gnieździ się gromada brudnych dzieci. To z kolei jednak tylko statystyka i głupotą jest twierdzić, że skoro tak, wielodzietność jest patologią.

Coraz rzadziej na szczęście sugeruje to otoczenie. Być może dlatego, że na teksty typu „O proszę, ileż to pieniędzy tutaj idzie” narażają się na odpowiedź wkutej matki „A z naprzeciwka taki samotny zasiłek pogrzebowy”. A być może po prostu do wielodzietności troszkę nawykliśmy, choć pamiętając chamskie komentarze na temat matki kilkunaściorga dzieci (KLIK! Pamiętasz?), śmiem wątpić.

Jest jeszcze inna opcja: powoli zaakceptowaliśmy, że ludziom nie dogodzimy. Bez względu na to czy dzieci z różnych przyczyn nie mamy, mamy tę wzorową dwójkę i kotka czy też dzieci jest piętnaścioro. Zawsze znajdzie się ktoś, komu się to nie podoba. A skoro tak…

Skoro tak, polecam bycie jednym z rodzeństwa w wielodzietnej rodzinie 😉 recepty jak to zrobić, niestety nie mam. Ja jakoś sobie poradziłam.