W Prima Aprilis nie mów mi, z czego mogę się śmiać

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Wielkimi krokami zbliża się Prima Aprilis. I choć pandemiczna rzeczywistość nie nastraja do żartów, a wręcz każe śmiać się przez łzy albo złowieszczo chichocze czarnym humorem, pewnie i tak będziemy żartować.

Być może zresztą będzie zabawnie. Może wkręcimy jakiegoś polityka w kolejną aferę, z której gęsto będzie się tłumaczył. Albo usłyszymy, jak przyjaciółka powitała męża, mówiąc żartem, że przeczytała jego smsy i żąda wyjaśnień… A on spurpurowiał i wybąkał, że miał jej powiedzieć o Anecie, ale się bał i że się wyprowadza. Ot, proza życia.

Pomysłów na Prima Aprilis jest tyle, że nie sposób wszystkie zliczyć. Wsypanie soli do cukierniczki, narysowanie cienkim markerem pająka na papierze toaletowym (do dziś pamiętam ten krzyk), wlanie herbaty do kufla na piwo. Sky is the limit.

Czy ten żart kogoś rozbawi?

Wiemy także, że są żarty bardziej wyszukane, bawiące nawet osobę z kijem w wiadomej części ciała. Są i te prymitywne, które nie bawią prawie nikogo. Pytanie, jak ocenić, który żart należy do której kategorii?

Teoretycznie można zadać sobie kilka pytań:

  • Czy gdybym widział ten żart „z boku”, spodobałby mi się?
  • Jak czułbym się jako „ofiara” tego żartu?
  • Czy ten żart może kogoś zranić? Zarówno fizycznie, jak i psychicznie?

I tu już widzimy, że podejście po cichu do kolegi z biura celem szybkiego zdjęcia mu spodni raczej nie spotka się z aprobatą zarówno kolegi, jak i reszty załogi. A ukrycie koledze ikonek z pulpitu i wrzucenie screena pulpitu z ikonkami jako tapety? Już prędzej. No chyba że kolega powiadomi mruków z IT i przez resztę roku to oni będą Ci robić techniczne „Prima Aprilis”. Umówmy się – nikt tego nie chce.

Prima Aprilis nie dla każdego

Wieki temu, gdy byłam jeszcze smarkatą studentką, 1 kwietnia powiadomiłam wszystkich w opisie na GG, że jestem w ciąży. „No nie mów!!!„, „Jakim cudem?„, „Ale jaja XD„, „To jak teraz będziesz te studia kończyć?” Tak, dowcip się udał. Nabranych było sporo, każdy się śmiał, niektórzy nie mogli uwierzyć, że dali się wkręcić.

Tymczasem rok czy dwa lata temu przeczytałam pełen oburzenia elaborat, mówiący o tym, że warto uważać na to, z czego się żartuje – i tak żart o ciąży został w nim uznany za niedopuszczalny, gdyż może urazić kobiety, które w ciążę zajść nie mogą. Tekst był długi, emocjonalny, nacechowany słownictwem, które z założenia miało zawstydzić osoby choćby myślące o takim dowcipie.

We mnie zaś się zagotowało. O tym, że empatyzuję z małżeństwami zmagającymi się z niepłodnością i bezpłodnością, wielokrotnie pisałam. Na szczęście problem mnie nie dotyka, znam jednak jego wagę. Staram się zgłębiać temat, by nie stać się przyczyną czyjejś zadry. Bo tu o zadrę niezwykle łatwo.

Będę jednak szczera – tekst był przesadą.

Czyli ten żart jest dobry?

Ustalmy fakty: żart o ciąży był modny ponad dziesięć lat temu. Dziś nie dość, że mało kto się na niego nabiera, to jeszcze po latach w ogóle nie śmieszy. Stał się takim trochę „masz pająka na nosie”. Ani się zaśmiać, ani uwierzyć.

Sama zresztą nie zastosowałabym go z prostej przyczyny: nie jestem już niezamężną smarkatą studentką. Wiadomość o kolejnej ciąży większość mojego otoczenia przyjęłaby jako coś normalnego, radosnego – ot, trzecie do kolekcji! Zero zdziwienia.

Dlaczego więc się buntuję?

Ważny jest kontekst. Zgadzam się, rzecz jasna, że jeśli zagada do mnie w Prima Aprilis kolega bezskutecznie starający się o potomstwo albo jego żona, a ja walnę do niego „Kurczę, wiesz, jestem w ciąży. A nieee, nabrałam Cię!” to z marszu można mnie obwołać królową ignorantek. I jeśli następnego ranka idąc na zakupy do Biedry zobaczę za sobą tłum dzwoniący dzwoneczkami i mruczący „szeeeejm”, nawet się nie zdziwię. Tu rzeczywiście mogłam kogoś skrzywdzić.

Co jednak jeśli po prostu wstawię w social media zdjęcie zasikanej pałeczki z dwiema kreseczkami? Pomińmy dywagacje nad siłą intelektualną żartu. Jeśli akurat mam znajomych, którzy się na to nabiorą, a potem będą się śmiać razem ze mną, co kogo to interesuje?

Wiele rzeczy nas dotyka. Czujemy ukłucie w sercu, widząc że ktoś zamienia swoje mieszkanie na dom, a my nie możemy uzbierać na wkład własny. Czujemy ukłucie w sercu, widząc że ktoś znalazł pracę naszych marzeń, która z wielu przyczyn leży dziś poza naszym zasięgiem. Być może czujemy ukłucie widząc, że dziecko znajomych osiąga pierwsze poważne sukcesy w nauce i sporcie, a nasze na skutek żmudnej rehabilitacji wciąż uczy się chodzić i mówić.

Niekoniecznie jest co porównywać

Wielokrotnie podkreślałam, że życie to nie mokry sen marksisty, gdzie każdy ma po równo. Tu nie będę podkreślać, bo problem niepłodności to moim zdaniem jeden z trudniejszych problemów. Nie chcę zresztą tworzyć porównań. Bywają gorsze i łatwiejsze.

Za jeden z najlepszych żartów primaaprilisowych uważam ten, gdy ponad dwadzieścia lat temu podczas wieczornego wydania „Wiadomości” wybuchł pożar. Do tej pory zresztą pamiętam zaaferowaną Jolantę Pieńkowską, wracającą w biegu po torebkę.

Czy dowcip mógł urazić tych, którzy rzeczywiście ucierpieli kiedyś w pożarze? Jak najbardziej. A jednak żart był naprawdę dobry i nikt o tym nie myślał. Nie tylko dlatego, że czasy były inne. Dziś też by to przeszło.

Żartujmy więc z głową, zastanówmy się przedtem dwa razy.

Tylko dwa, nie więcej. Inaczej po prostu przestaniemy żartować. W ogóle.

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Karolina J.

Maniaczka słodyczy różnych. Zwłaszcza tych niepopularnych, których nie dostaniemy przy każdej sklepowej kasie. Lubię lato i swojego męża, nie lubię zimy i jak ktoś krzyczy i nie jestem to ja. Matka, pedagog specjalny, zainteresowana społeczeństwem, książką i byciem chudą. Nie mylić z ćwiczeniami.

Mogą Cię zainteresować