I nie tylko blogerowi, bo z rozmowy przy śniadaniu z mężem wynikło, że to taki ogólny grzech wszelakiej maści publicystów, dziennikarzy opiniotwórczych, testerów oraz innych. Po prostu „uważam że” powoli gdzieś zniknęło i nie chodzi tu o tygodnik z błędem w tytule.

Żeby było jasne, nie zniknęło ot tak, po prostu. Kilka lat temu, gdy doradzano blogerom jak pisać, jedną z częstszych porad było unikanie wtrętów świadczących, że to tylko nasza opinia. Bloger musi być pewny swojego zdania! Podobnie jak każdy inny operujący literkami.

Czy to działa? Podobno tak! Rzeczywiście, gdy czasem czytam blogerów zadufanych (odróżnić od pewnych siebie!), mam wrażenie, że postawa „ja objawiam Wam właśnie prawdę najprawdziwszą. Czerpcie!” działa. Nie na wszystkich. Wiesz, to jest troszkę jak z clickbaitami typu „Do końca życia będę żałować, że podałam TO mojemu dziecku”, po czym w artykule okazuje się, że chodzi o sok, który był przeterminowany dwa dni i dziecko pół godziny spędziło w toalecie. Większość, nawet jeśli wejdzie, ze spokojnego człowieka stanie się hejterem pierwszej wody, który słusznie zruga za stracony czas. Inny jednak zalajkuje, a nawet puści dalej, bo hihi, taki fajny tytuł.

Czy pisać „uważam że”?

I tak namnożyło się tekstów objawionych. Nie zawsze jest w tym coś złego – szczególnie blogi tematyczne, w których artykuły poparte są wiedzą naukową, mają prawo być pisane z większą pewnością. Słabo widzę zdanie: „Moim zdaniem w Lancet opublikowano badania, z których wyszło…”.

I nawet jeśli studia nauczyły mnie sceptycyzmu w kierunku „najnowszych doniesień”, zadziwiająco pasujących pod nowotworzące się tendencje w wychowaniu/naukach medycznych/tysiącu innych dziedzin i niekoniecznie wszystko układa mi się w jedną całość – nie zarzucę piszącemu nadmiernej pewności siebie. No chyba że widzę, iż nagina do siebie części układanki, przycinając puzzle tak, by pasowały.

Tylko że, dajmy na to, recenzja telefonu, nie jest czymś obiektywnym. Telefon jak telefon – jednemu pasuje, komuś innemu nie. I jeśli piszę, że jest śliski i zupełnie nie trzyma mi się dłoni, to jest oczywiste, że jest śliski dla mnie. Może komuś będzie leżeć świetnie?

Tymczasem, niektóre recenzje wyglądają tak, jakby osoba, której telefon jakoś się w tej ręce trzyma, miała być jakimś kosmitą albo kimś jeszcze gorszym. Rozumiesz, moja racja jest najmojsza, a telefon jest do bani. I nawet nie chodzi o brak „uważam że”. Tylko o przekonanie, że recenzja jest obiektywna.

To znaczy, że niczego nie możemy być pewni?

Ależ możemy! Jasne, że możemy przykładowo być pewni swoich poglądów, swojego punktu widzenia i ogólnie, patrzenia na świat. Nawet możemy być pewni, że ten telefon naprawdę nam nie pasuje, rodzicielstwo bliskości jest do bani, a kupowanie przez internet to jakaś pomyłka (KLIK! Poważnie o tym piszę). Możemy dać temu wyraz, szczególnie jeśli są to ważne sprawy.

Są jednak, moim zdaniem (sic!) momenty, gdy pisanie o czymś z pewnością graniczącą z obłędem sprawia, że nieco się ośmieszamy. I łatwo to wyczuć – bo przecież nie trzeba tego „uważam że” wtrącać w co drugie zdanie, żeby czytelnik na pewno wiedział, że jego opinia może być inna.

Po prostu warto dać to odczuć. Zamiast udowadniać, że fakt iż kremik nas uczulił sprawia, że kremik na bank będzie do niczego, a skoro rodzicielstwo bliskości się u Ciebie nie sprawdziło, idiotą jest ten, kto będzie się do niego stosować – inna sprawa, jeśli chcesz opowiedzieć o mechanizmach, które sprawiają że to rodzicielstwo może dzieciom ogólnie zaszkodzić. I tak dalej.

A co jeśli się ze mną nie zgodzą?

Mechanizm jest taki: jeśli dasz komuś odczuć, że się z Tobą może nie zgodzić, to… Może się nie zgodzić. Może stwierdzić, że masz rację, „ale” i tu dopowiedzieć coś, o zgrozo, mądrego. Może przedstawić swój bardzo ciekawy punkt widzenia, bo nie będzie się bać wyśmiania.

Czy warto do tego dążyć? Ja tam próbuję! Fakt że sarkazm z ironią przysłania mi czasem tę możliwość, ale próbuję i będę próbować. Najwyżej po raz kolejny mi nie wyjdzie 😉