Szukaj
Close this search box.

Rewolucja! Burzymy ustalony porządek, wjeżdżamy walcem, oramy wszystko, a na gruzach wybudujemy nowy lepszy świat. A w nim zadania domowe będą tylko wspomnieniem. Przykrym zdarzeniem, które działy się kiedyś dzieciom, podobnie jak naparzanie linijką po ręce.

Weto! – słychać z drugiej strony. Do takich bezeceństw się nie posuniecie. Zadania domowe będą i nikt nie ogłupi do końca tego narodu, który i tak za chwilę na maturze będzie drwala kolorował, bo tylko to dzieciaki potrafią. Wiadomo.

Czyżby debata na temat zadań domowych polegała na przerzucaniu się skrajnościami? A która debata aktualnie wygląda inaczej? Gdzieś w odmętach dzieciństwa kojarzę programy, w których politycy w programie telewizyjnym rozmawiali o problemie, delikatnie i z kulturą punktując nieścisłości w wiedzy interlokutora. Teraz kulturalniej byłoby, gdyby politycy po prostu wymienili się memami. Poziom ten sam.

Zadania domowe są przeżytkiem?

Istotnie zadania domowe zabierają czas. Warto by nauczyciel zdawał sobie z tego sprawę. Po kilku godzinach lekcji dziecko wraca do domu i dalej w tych lekcjach tkwi. Pół biedy jeśli w szkole siedziało 4-5 godzin. Ja w liceum siedziałam 9. Słownie dziewięć, bo tak miałam plan ułożony, a jeszcze w środku było okienko. I na tym okienku nie bardzo robiłam lekcje, wiadomo. Jadłam sałatkę i rozmawiałam ze znajomymi, bo higiena umysłu tego wymagała, jeśli miałam przetrwać jeszcze kilka godzin.

A dlaczego warto by nauczyciel zdawał sobie z tego sprawę? Dlatego, że wielu z nich zadanie domowe traktuje jako “formę konieczną”. Coś do domu musi być – inaczej jego przedmiot jest nieważny. Nie liczy się, a dzieci i młodzież się go nie nauczą.

Więc nauczyciel zadaje. Kolorowankę w trzeciej klasie. Albo inne zadanie, które z grubsza nic większego nie ćwiczy, nie ma na celu konkretnej powtórki materiału i de facto zajmuje czas.

Czas, w którym uczeń mógłby nawiązać głębszą więź z rodzicem albo zaproszonym przyjacielem. Pójść na zajęcia dodatkowe, bez stresu, że wróci późno i będzie musiał robić zadanie. A może po prostu czas, gdy dziecko może nauczyć się materiału, które omawiało w szkole?

Zadanko na ferie

Mało tego! Kiedy byłam uczennicą, w prawach i obowiązkach ucznia widniało jasno: na okres wakacji i ferii prac domowych się nie zadaje.

Wiecie, co o tym sądzili nauczyciele? Oczywiście, w większości potrafili się dostosować. Zawsze istniała jednak grupa, która regulamin miała w nosie. I tak na wakacje dostałam lekturę. Nie żebym miała z tym problem, w końcu czytałam tyle, że w spisie lektur znalazło się kilka mi znanych. Ci, którzy czytali mniej, zadowoleni nie byli. Poskarżyć się? Nie te czasy.

Dziś są “te czasy”. Teoretycznie. Z przerażeniem odkryłam, że z przepisu zakazującego zadawania prac domowych na ferie została tylko “wskazówka”, iż nie powinno się tego robić. Nauczyciel może więc spokojnie “umilić” uczniom czas większym projektem.

Skarga? Najczęściej robią to “nauczyciele nietykalni”. W liceum nauczyłam się, że wystarczy na przykład być w konkretnej partii politycznej albo mieć “chody” innego rodzaju, by spokojnie łamać prawa ucznia. A dziś? Nie oszukujmy się – nauczycieli w szkole brakuje. Zostali cudowni pasjonaci… Ale nie tylko. Zresztą na co skarga, skoro można?

Bez prac domowych zginiemy. Sorry

Powspominałam, postraszyłam. Zgnębiłam do cna inicjatywę zadawania prac domowych. I tu pojawia się pytanie: czy warto wylewać dziecko z kąpielą?

Jestem rodzicem, ale i byłam nauczycielką. Widzę też, co się dzieje. Nie będę nikogo oszukiwać: istnieją rodzice, którzy nie zainteresują się nawet postępami w nauce dziecka, jeśli dziecko w domu nie pokaże, że ma problem z zadaniem domowym. To nie jest wcale mała grupa i niekoniecznie uznawana za “patologię”. Praca domowa pozwala ocenić również rodzicowi, z czym latorośl sobie nie radzi.

Poza tym rozmaite inicjatywy, w których warto brać udział, wymagają na przykład stworzenia plakatu albo nauczenia się krótkiego wiersza na pamięć. Tak! W dobie nauki kreatywności umiejętność zapamiętywania jest pomijana przez tych, co szkołę na siłę chcą zmieniać. Niepotrzebnie. Wciąż jest bardzo, ale to bardzo ważna!

W końcu: istnieją umiejętności, których nie wyćwiczymy na lekcji. Bardzo mi przykro. Umiejętność pisania TRZEBA rozwijać poza godzinami szkolnymi. Dodawanie, odejmowanie również. Czasu na czytanie lektury również nie ma w szkole. I dobrze. Bo ile w końcu w tej szkole siedzieć można?

Usiądźmy i pomyślmy, gdzie te zadania domowe umieścić

Oczywiście scena polityczna już od wielu lat wyklucza spokojną debatę ze specjalistami różnego pokroju. Weźmie się tych najgłośniej krzyczących, podeprze nazwiskami influencerów i ogłosi, co następuje.

Łyżkę dziegciu dołoży kompleks nauczyciela niedocenianego, czyli od tych przedmiotów, gdzie zadania domowe najczęściej są kompletnie niepotrzebne. No chyba że nie było kiedy zrealizować materiału. Wyciągnie się ten fakt na barykady, albo przeciwnie – wstydliwie schowa i zakaże mówić.

Więc co możemy zrobić?

Możemy oczywiście ponownie obwarować zakazem zadawanie prac domowych na dłuższe przerwy – świąteczną, feryjną i wakacyjną. Dobrze nam to zrobi.

Dałoby się zastrzec, że zadanie domowe nie może być “na dzień kolejny” i musi być na nie przynajmniej dwa dni. By nie doszło do sytuacji, gdzie dziecko rezygnuje z zajęć dodatkowych, bo ma Krzywoustego do pokolorowania.

Można przeszkolić nauczycieli, informując, że zadania domowe konieczne nie są i mają ćwiczyć konkretne umiejętności. Oczywiście oporni nauczyciele się znajdą, wierzę jednak, że będą zdecydowaną mniejszością. Szczególnie jeśli zaczniemy im płacić jak należy.

Wreszcie pewnie możnaby spojrzeć na problem zadań jak na dużo większy problem przestarzałej podstawy programowej. Tej, którą niekoniecznie trzeba na siłę wszędzie “odchudzić”, a raczej scalić, gdzie się da, pomyśleć, co dziś jest dużo mniej ważne, a co z kolei wiedzieć się powinno. Wziąć i przeanalizować, przedmiot po przedmiocie, rok po roku. Nie zrobi tego Nowacka i Czarnek, Giertych i Łybacka (nie tylko dlatego, że ta ostatnia nie żyje) oraz żaden inny minister. Zrobić to mogą specjaliści z danego zakresu. Bez zakusów światopoglądowych w każdą stronę.

Czego nie możemy zrobić, ale to robimy?

Istnieją więc lepsze sposoby na naprawienie dzisiejszego stanu rzeczy, który istotnie zdrowy nie jest. Nie są to sposoby do wdrożenia na łapu capu – i chyba to jest najważniejsze.

Zamiast tego przerzucamy się populizmami w stylu: “We Francji i Finlandii zadań domowych nie ma i wszystkie dzieci są tam szczęśliwe“. Jakby rzeczywistość fińska i francuska była w całości idealna i do przekalkowania na rzeczywistość polską. Spoiler: nie jest.

I krzyczymy. Tępaków chcecie wychować! – A wy wcisnąć szkołę do średniowiecza! – i tego uczymy dzieci. Tak na koniec. W ramach naszego prywatnego zadania domowego.

Podziel się tym wpisem!

Facebook
Twitter
LinkedIn

O mnie

Karolina Jurkowska

Maniaczka słodyczy różnych. Zwłaszcza tych niepopularnych, których nie dostaniemy przy każdej sklepowej kasie. Lubię lato i swojego męża, nie lubię zimy i jak ktoś krzyczy i nie jestem to ja. Matka, pedagog specjalny, zainteresowana społeczeństwem, książką i byciem chudą. Nie mylić z ćwiczeniami.

Archiwum

 

Instagram

Zapraszam do dyskusji