Nie trzeba się znać i mieć styczności z osobą z anoreksją, żeby widzieć że coś jest nie tak. Że to zaszło za daleko. Że to krok od końca. Kurczę blade – i jak tu zareagować?

Reagujemy więc, jak możemy. Pod zdjęciem ostro wychudzonej kobiety pojawiają się komentarze: „Nie jest to złośliwe pytanie tylko się martwię. Dlaczego jesteś taka wychudzona?”, „Na co chorujesz? Na nic? Dlaczego kłamiesz?”, „Jakie masz BMI?”, „Masz problemy z odżywianiem. Proszę, zgłoś się do lekarza. To niebezpieczne.” Troska aż bije. Tylko co z tego?

Szczególnie że te komentarze przeplatają się ze słowną agresją: „Dziewczynka z zapałkami! Zamiast nóg.”, „Masakra! Dziewczyno do lekarza a nie bawisz sie w blogerkę”, „Powinnaś zająć się swoim zdrowiem, a dopiero potem wrzucać fotki do neta. Bo na ten moment promujesz chorobliwą niedowagę, a to jest bardzo nie ok”. To oczywiste. Przecież każdy wie, że blogi „plus size” promują z kolei otyłość.

A promuje?

Żeby było jasne: są blogi, które rzeczywiście pokazują głodzenie się w pozytywnym świetle. Nie będę przybliżać zjawiska – jeśli nie wiesz o co chodzi, tym lepiej. Tu jednak nie ma praktycznie słowa o żadnej diecie. Jest moda, jest lifestyle. Ktoś wypatrzył co prawda gdzieś czerwoną nitkę. Możliwe.

„No dobrze, ale nie widzisz, jak ona wygląda? Uważasz, że to norma?” – w definicję normy wdawać się nie będę. Blogi prowadzą również osoby otyłe, które twierdzą że nie mają zamiaru zmieniać swojej wagi. I o ile otyłość nie wyniszcza tak szybko jak anoreksja, nie wiemy czy ta kobieta ją ma. Nawet jeśli wygląda jak sztandarowy przykład, mnóstwo jest chorób metabolicznych, wywołujących podobne objawy. Więcej, niż myślisz. Wróć więc do pierwszego akapitu i uznaj, że to co pomyślałeś zaraz po zobaczeniu tej dziewczyny, niekoniecznie jest prawdą.

A jeśli jednak? To z pewnością nie pomożesz jej, pisząc publicznie, w sporej grupie osób, że chyba ma problem i czy przypadkiem nie powinna czegoś ze sobą zrobić. Bez względu na to czy kierują Tobą brukujące piekło dobre chęci czy możliwość atencji. Że hejt również nie pomoże, pewnie wiesz, ale jeśli hejtujesz, masz to gdzieś (KLIK! Którym hejterem jesteś?). Nie pomożesz, bo nie masz pojęcia, skąd wynikły jej problemy. Jeśli zaś sądzisz, że anoreksję łapie się przez prosty mechanizm „Chcę się odchudzać -> Nie jem -> jestem coraz chudsza -> za chuda -> albo coś z tym zrobię albo umrę” i leczy, odwracając mechanizm, pardon – tym bardziej nie komentuj.

Tak anorektyczce nie pomożesz. A niby jak?

„No świetnie. Tak anorektyczce nie pomożesz, sialala. To podaj receptę”. Niespodzianka. Recepty nie będzie. Bo jeśli jesteś obcą osobą, takim przeciętnym komentatorem z internetu, to naprawdę niewiele zdziałasz.

Jeśli jednak wstaniesz od komputera albo odłożysz na chwilę telefon (poczekaj, zanim zarzucisz mi, wiecznie przyciśniętej do internetu, hipokryzję), całkiem możliwe, że zobaczysz, kto wokół Ciebie potrzebuje pomocy albo chociaż kilku ciepłych słów. Bo gdy kończyłam magisterkę, statystyki alarmowały, że jedna na 10 osób będzie miała przynajmniej jeden poważny epizod depresji. Dziś te statystyki brzmią i tak nadmiernie optymistycznie. Jest gorzej. A depresja, jak widzisz, to nie wszystko. Te choroby współistnieją ze sobą, mieszają się, czasem występują osobno – w każdym razie, jest komu pomóc. Kogo wyciągnąć na kawę (Może frappe? KLIK!).

A jeśli już koniecznie musisz, bo się udusisz, zagadaj na priv. Tam zapytaj, z troską, przyjaźnie, bez oskarżania o kłamstwa, czy wszystko jest w porządku. Bez stwierdzeń typu: „Wyglądasz, jakbyś umierała”. Jeśli jest chora, i tak ma zaburzone poczucie wartości. Prawdopodobnie nawet Ci nie odpowie. Bez oskarżeń: „Po co to sobie robisz?” Bez hejtu. Po prostu zapytaj czy i jak ewentualnie możesz pomóc.

Więcej dobrego nie zrobisz. Powstrzymaj się więc od szkód.