Przy tych tematach w szkole rodzenia UWAŻAJ!

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Mam dwoje dzieci, więc wiem wszystko na temat położnictwa, ginekologii, pedagogiki, edukacji, rehabilitacji i szczepień. Również tematy pokrewne nie mają przede mną tajemnic! Wielorazowe pieluchy? Chustonoszenie? Phi! Nie zagniesz mnie. Nie po kilku latach permamentnego ogarniania latorośli!

W przeciwnym razie nie czułabym się kompetentna, by poprawiać specjalistów? Ludzi od których zależał w pewnym sensie los mojego dziecka? Nie jestem chyba tak bezczelna! A może, niczym student medycyny, który na trzecim roku zakłada kanał vlogowy, gdzie krytykuje przestarzałą wiedzę swoich wykładowców, poczułam nagle, że połknęłam pubmed i wiem wszystko?

Byłoby dobrze i z pewnością rozwiązałoby to kilka moich problemów. Muszę jednak zaprzeczyć. Nie jestem nawet najlepszą i najmądrzejszą matką, a co dopiero wszechwiedzącym człowiekiem. A jednak pamiętam, jak w pierwszej ciąży szłam do szkoły rodzenia, łykając wiedzę tam podawaną jako objawioną. Mimo że przecież później okazało się, że jest nieco inaczej. Że dostałam wiedzę dawno zdezaktualizowaną albo nieprawidłową. Że wiele nam nie powiedziano.

Szkoła rodzenia… i laktacja

Patrzyłam z przerażeniem na kartkę, na której od góry do dołu piętrzyły się zakazane na początku karmienia potrawy. To co możemy w takim razie jeść? Cierpliwości! Zaraz powiem! Na szczęście okazało się, że spektrum składników jest ogromne i co prawda kartka z dozwolonymi potrawami była mniejsza, ale coś tam pozwalano nam przekąsić. Oczywiście, nie ma co karmić dziecka dłużej niż 15-20 minut, bo zrobi sobie z nas smoczek! Nakarmić i położyć spać. Do szpitala wziąć kapturki, jak dziecko nas pogryzie.

A potem koleżanka zaprosiła mnie do grupy o karmieniu piersią (dzięki Ci, Danuto!). Co prawda specyfika grupy była, delikatnie mówiąc, zabawna… Ale poza „ciekawą atmosferą”, wyniosłam stamtąd jednak trochę wiedzy. Nie, nie zostałam doradcą laktacyjnym ani nikim podobnym. Jednak wiem, że dieta matki karmiącej to ściema. Jemy wszystko, na co mamy ochotę i co jest zdrowe, a jeśli coś zaczyna się dziać, eliminujemy potencjalne alergeny.

15 minut karmienia? Pierwsze dziecko jadło przez pół roku z niewielkimi przerwami i to też jest norma (choć nieco trudna), ale nawet mniejsze żarłoki mają momenty, kiedy rozkręcają laktację, bo rosną i żrą przez kilka dni. A kapturki… Kapturki dobieramy z doradcą i uważamy, bo ssanie z nimi nie jest tak efektywne i dziecko może nie przybierać na wadze.

Przy drugim dziecku na szczęście już w szpitalu powiedziano mi, że mam spokojnie jeść to, na co mam ochotę. I wiem, że laktacja to temat-rzeka i rozwalić ją sobie można przede wszystkim na naszych „cudownych” polskich porodówkach (te, na których byłam ja, to na szczęście piękne wyjątki), ale po co jeszcze szprycować się dodatkowo kiepską wiedzą na „do domu”? Na szczęście druga szkoła rodzenia na tematy „okołolaktacyjne” była lepiej przygotowana.

Krew pępowinowa

Nie chodzi o zagadnienie: czy przecinamy pępowinę kiedy przestanie tętnić, czy wcześniej, a o pobranie krwi pępowinowej. Te szkoły rodzenia, które są bezpłatne i mają kontrakt z NFZ, szukają często również innych „oszczędności” i reklam. Pewnie stąd wysyp różnych prywatnych banków komórek macierzystych.

I żeby nie było – ja nie zachęcam ani nie odradzam. Mamy wybór, możemy stwierdzić, że chcąc zapewnić maleństwu wszystko, co najlepsze i uchronić je przed złem, chętnie wybierzemy opcję bankowania krwi. Możemy również uważać, że to strata pieniędzy i robienie biznesu na nieświadomych rodzicach. Możemy chcieć „zdeponować” ją publicznie.

Ja jednak nie lubię nacisku. Nie lubię agresywnego marketingu i jestem na niego wyczulona. Co innego dostać foldery z wyliczeniami i zachętą, a co innego siedzieć i słuchać wyliczeń, że „to tylko złotówka za dzień życia dziecka, dzięki czemu nasz przedłużacz rodowy przeżyje, gdy zachoruje na poważną chorobę”. Nie lubię sugestii, że oszczędzam na życiu dziecka, szczególnie jeśli osobiście widzę, że ta historia kupy się nie trzyma.

Ślizganie się po ważnych tematach

I właśnie – tematów do poruszania jest sporo. Okresy porodu, co, gdzie, kiedy i jak się rozwiera. Kiedy pojechać do szpitala, jak się spakować, jak wykąpać niemowlę… Na szczęście osobiście nie odczułam specjalnie ślizgawki tematycznej, a wręcz przeciwnie, dowiedziałam się wielu ciekawych „drobiazgów”, o których nie przeczytałam wcześniej w pisemkach dla ciężarnych.

Mniej szczęścia miały niektóre moje znajome. „Wiecie… To już krótkie bezpłatne warsztaty były ciekawsze. Tu była jakaś masakra, nic poza tym, co można przeczytać na ulotce u lekarza„. W dobie internetu znajdziemy przecież informację o tym, czym kąpać dziecko, co zabrać do szpitala i jakie kosmetyki są dostępne w sklepie.

Rzadziej jednak trafimy na zajęcia praktyczne z przewijania czy kąpania. Nieczęsto również trafimy na zalecenia fizjoterapeutów odnośnie podnoszenia oraz noszenia dziecka – sama zaliczyłam je właściwie dopiero na warsztatach z chustonoszenia. Szkoda, bo uważam że to były bardzo ważne zajęcia. Rzadziej też rozmawia się o naturalnych alternatywach pełnych chemii kosmetyków – choć wraz z rozwojem mody i ten temat coraz częściej się pojawia, widzę różnicę w podejściu na przestrzeni ostatnich kilku lat.

Szkoła rodzenia to pic na wodę?

Czy w takim razie szkoła rodzenia to strata czasu i więcej dowiesz się z pisemka dla ciężarnych i dzieciatych? I znów odpowiedź nie jest łatwa. Zdarzają się przecież i takie.

Na szczęście żadna z tych, do których uczęszczałam, nie była wizualną wersją kolorowego pisemka albo portalu dla mam. Wręcz przeciwnie, dowiedziałam się wiele o fazach porodu oraz o tym, co może dolegać dziecku tuż po porodzie i co mogę uznać za normalne, a co nie. A i chłop skorzystał, dowiadując się, co go czeka. Tak że nawet troszkę krytykując, uważam że było warto, a nawet bardzo warto! Trzeba tylko uważać i sprawdzać, kiedy mamy jakieś wątpliwości. Szczególnie że zalecenia lubią się wykluczać. Moim ulubionym takim zagadnieniem jest ochrona kikuta pępowinego – można zacząć już drzeć koty w komentarzach!

Mało tego, nawet takim osobom, które już coś niecoś wiedzą, szkoła rodzenia pomaga wiedzę usystematyzować, z czego sama skorzystałam. Polecam więc taką szkołę również przy kolejnym dziecku. A osobiście najmilej ze szkoły rodzenia wspominam fitnessy z wielgachnym brzuchem. Dziecko, z tego co pamiętam, również.

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Karolina J.

Maniaczka słodyczy różnych. Zwłaszcza tych niepopularnych, których nie dostaniemy przy każdej sklepowej kasie. Lubię lato i swojego męża, nie lubię zimy i jak ktoś krzyczy i nie jestem to ja. Matka, pedagog specjalny, zainteresowana społeczeństwem, książką i byciem chudą. Nie mylić z ćwiczeniami.

Mogą Cię zainteresować