Mój wydział składał się z dwóch kierunków: pedagogika (z różnymi specjalnościami) oraz pedagogika specjalna. Taka mała „zmyłka”, bo ta druga jest nieraz tylko specjalnością pierwszej. Tu jednak postawiono na rozszerzenie tej gałęzi wiedzy.

Szkoda, że zajęło im to tyle czasu, że magisterkę zarówno ja, jak i jeszcze osoby studiujące po mnie, musiały robić z pedagogiki ogólnej (KLIK! Tu o tym, dlaczego moja magisterka jest bezwartościowa). A mamione obietnicami o dalszym kształceniu w kierunku pracy z osobami niepełnosprawnymi, niekoniecznie miałyśmy na to ochotę. Ups! Piszę jedynie o kobietach, a przecież mieliśmy czworo mężczyzn na roku!

W każdym razie, dzięki temu mogę opisać, czym różnią się ludzie na poszczególnych kierunkach. Nie będę informować, czym różnią się kierunki, bo o tym już trochę pisałam (KLIK! Zawód oligofrenopedagoga również tu opisuję) – na moim zajęć było od rana do wieczora. Dosłownie, do tej pory jestem w szoku, że uczelnia wpadła na pomysł, by organizować zajęcia do 20:30 (ach, Bydgoskie Przedmieście zimowym wieczorem – takie bezpieczne), a następnego dnia zaczynać je o 8:00.

Artystyczne dusze

Pamiętam pierwsze spotkanie integracyjne, zorganizowane na forum, jeszcze zanim zajęcia się zaczęły. Tak, na forum – coś takiego co istniało, zanim zaczęliśmy tworzyć grupy na Facebooku (KLIK! Zaczyna się odwrót od Facebooka?). Spotkanie organizowały „ogólne”, ale jakoś tak się przyłączyłyśmy. I wiesz, co było najlepsze? Na pierwszy rzut oka łatwo było poznać, kto jest z jakiego kierunku!

Studentki pedagogiki ogólnej były ubrane strasznie porządnie. Kojarzysz ten typ, któremu nigdy nie zdarza się źle dobrać kolorem koszulki do butów, a butów do torebki? Który idealnie dopasowuje dodatki? Przy czym, najczęściej nie było ich wiele. Strój nie odstawał też niczym od tego, co nosiło się na ulicy. Bluzka, dżinsy, adidasy i wspomniana torebka. Kiedy ja się tak ubiorę, wyglądam jakbym właśnie poszła do sklepu, nie przebierając się po dwudniowym sprzątaniu mieszkania. Im pasowało.

A specjalne? Hulaj dusza! Jeśli bluza, to w nietypowym kolorze. Jeśli spódnica, to kolorowa, jak u papugi. Jeśli biżuteria, to w ilości i wielkości maksymalnej. Jeśli makijaż, to mocno zaakcentowany. Oczywiście, nie wszystko naraz. Ot, po prostu każda miała jakiś znak rozpoznawczy, którym wyróżniała się z tłumu. I litościwie przemilczę fakt, że u mnie tego dnia były to glany z robiącą się dziurą.

Tak też było dalej

Z racji nawału zajęć, byłyśmy wiecznie zabiegane i roztrzepane, nasze notatki fruwały po całym akademiku, a nawet Toruniu. Ot, artystki ze spalonego teatru. Nawet gdy już trochę ogarnęłyśmy ten bajzel, i tak nie mogłyśmy powstrzymać ciągłego biegu oraz roztrzepania. Ups, znów rodzaj męski, a tu czterech mężczyzn.

„Ogólna” zajęć miała dużo mniej, za to większość z nich należała do wymagających. Nie żeby nasze nie były, ale najczęściej nietrudno było je zdać, jeśli człowiek się trochę pouczył. Wykładowca z pedagogiki ogólnej to bardzo dziwny konstrukt człowieka, który lubi trzymać w niepewności i tworzyć swoją dziedzinę nauki trudniejszą, niż jest w rzeczywistości. Nie cierpiałyśmy ich i wkurzali nas za każdym razem, kiedy przypadło nam mieć z nimi jakieś zajęcia. W każdym razie, studentki były doskonale zorganizowane, miały swoje notatki, które pracowicie czytały i wkuwały. Miały na to czas, więc kiedy weszło się do ich pokoju, każda na swoim łóżeczku czytała.

My też czytałyśmy. Jak już się nam udało położyć. Jeśli nie udało nam się przed 23:00, zwalałyśmy ewentualne nieprzygotowanie do zajęć na wolę Boską.

Kurs kolonijny

Nie zapomnę, jak na III roku poszłyśmy na „kurs kolonijny”. Jako że same organizowałyśmy grupę, składała się ona głównie właśnie z osób z pedagogiki ogólnej i specjalnej. Plus kilku zabłąkanych z bibliotekoznawsta oraz bardzo starych kobiet w okolicach trzydziestki.

Jedne z zajęć prowadziła naprawdę dziwna kobieta. Nie dość, że miała figurę pszczółki, a do tego ubrała pasiastą czarno-żółtą bluzę, to zabawy które usiłowała nam pokazać, były tak infantylne, że śnią mi się do dziś. Do dziś też, gdy chcemy sobie z mężem dokuczyć (tak, On też tam był), śpiewamy sobie: Mały biały osioł wędruje poprzez świat. Kołysze bioderkami i śpiewa sobie tak. IHOOOO IHOOO IHOOO IHOOO IHOOOOOO. Uwierz, to doprowadza do szału bardziej, niż herbata bez cukru.

Jednak mus to mus. Płakaliśmy ze śmiechu, z żalu nad sobą i chodziliśmy tip-topkami w kółko po sali, kołysząc biodrami oraz udawaliśmy że za oknem nie było gimnazjalistów, którzy popalając papieroski pękali ze śmiechu. Pozostaje mi dziękować Bogu, że wszystko działo się przed erą kamer w telefonie.

Była jednak grupa, której to się podobało. Tak! To „ogólne”. Chętnie wykonywały nowe zabawy, ciesząc się że poznały coś nowego. Z perspektywy czasu, gratuluję im dystansu do siebie. Ja, mimo że niejednokrotnie bawiłam się z dziećmi, czułam się wtedy dziwnie.

Zdrobnienia

Pamiętam, jak chłop wrócił do akademika z bardzo niewyraźną miną. Dlaczego? Zachciało mu się zjeść obiad w bibliotecznej stołówce (Słynnym „Adasiu”) i jakoś tak się złożyło, że usiadł obok pań z podyplomówki z pedagogiki przedszkolnej. Wszystkie mówiły do siebie, jak do małych dzieci: „kawusię Ci podać? Mi kotlecik został, może chcesz?”. Potem opowiadały o „konkursikach”, które przygotowywały dla swoich podopiecznych.

Siła przyzwyczajenia? Pewnie tak. Nam zdrabniać zabroniono. Nasi podopieczni mogli nie zrozumieć, że „kubek” i „kubeczek” to to samo. Operowali nieraz na prostych konkretach. Byłyśmy więc przyzwyczajone do precyzyjnych wypowiedzi. I równie irytujące, bo powtarzaliśmy je po kilkanaście razy, w razie gdyby podopieczny lub rozmówca nie zrozumiał.

Uogólnienie

Uprzedzę na koniec – cały czas posługiwałam się nazwą „pedagogika ogólna” i „specjalna” oraz student pedagogiki specjalnej i ogólnej. Pod nazwą „ogólna” krył się u nas wcale niemały i nieogólny zakres specjalności. O ile kojarzę, była to: przedszkolna, wczesnoszkolna oraz opiekuńczo-wychowawcza. Nazwa ta może więc być nieco krzywdząca, ale została uogólniona na potrzeby tekstu. Szczególnie że wszystko kryło się pod jednym kierunkiem.

Czy inni studenci również są charakterystyczni? Ja dobrze zapamiętałam przyszłych archeologów, studiujących „alkohologię”, którzy mocno podwyższali średnią alkoholu przypadającą na jednego studenta. Studentów prawa również pamiętam. I wiecznie kolorowych etnologów.

A inne kierunki? Może sam coś zauważyłeś? 🙂