Jeden z tysiąca instytutów Uniwersytetu Warszawskiego przypomniał swoim studentom, że mimo zbliżających się upałów, warto zadbać o strój, by nie wyglądać jak na plaży. Nie widzę w tym nic dziwnego. Pierwsze temperatury powyżej 25 stopni najczęściej sprawiają, że człowiek chce każdym centymetrem ciała chłonąć słoneczko.

Nie jestem wyjątkiem! Choć z pewnością byłam nim w czasach bardziej „buntowniczych”, zahaczających o pierwsze lata studiów. Po dwudziestu trzech stopniach glany obcierały za mocno i zamieniałam je na sandałki. Zostawała długa spódnica. Potem pogodziłam się z tym, że odrobina opalenizny może być czymś całkiem miłym i zdarzało mi się wyjść w szortach.

Zdarzało mi się. Do parku, na spacer, na wyjście ze znajomymi. W mnóstwo innych miejsc. Zdarzało mi się straszyć ludzi cellulitem, skórnymi niedoskonałościami, bo niby dlaczego nie? Oczywiście, mimo wszystko starałam się ubierać tak, by nie skrzywdzić swojej figury i reszty przechodniów bułą wystającą w okolicach brzucha spod krótkiej koszulki czy innymi „zaniedbaniami”. Reszta? Czemu nie?

Gdzie się nie zdarzało?

W miejscach, gdzie zdarzyć się nie powinno. W kościele (KLIK! Odpowiedni ubiór do kościoła średniowieczem?) – co chyba oczywiste. W pracy? Na szczęście tu akurat miałam sporo luzu i nie musiałam w upały przestrzegać dress code’u. Z drugiej strony również darowałam sobie negliż, dziwnie czułabym, rozmawiając z ojcem podopiecznego o postępach, w szortach-majtasach i koszulce bez ramiączek. Rybaczki i „żonobijka” albo T-shirt, to było to.

A podczas studiów? Na drugim roku jeden z profesorów oznajmił, że on do Instytutu, bez względu na pogodę, przychodzi w czarnych garniturowych spodniach i białej koszuli. Z szacunku do nas, do Alma Mater, do otoczenia. Podobnego szacunku wymaga od nas. To znaczy, absolutnie nie chodzi o strój galowy na ćwiczenia z Weroniki Sherborn, natomiast będzie wdzięczny za nierobienie plaży z sali zajęciowej. Ot, strój na uczelnię po prostu nie jest strojem plażowym.

Nie miałam z tym problemu, choć przedtem zdarzało mi się pewnie włożyć ubranie nieco odstające od wytycznych. Profesor przypomniał, nie widziałam więc powodów do robienia szumu. Najbardziej oburzeni byli, co ciekawe, mężczyźni, którzy poczuli się zdyskryminowani faktem, że nie mogą chodzić w ulubionych szortach pokazujących ich „seksowne kolana”. No i kilka dziewczyn, które przecież opalały się w przerwie między zajęciami. To co, kurka blada, „do solarium wieczorem mam iść, bo dress code? No ej”.

Strój na Uniwersytecie Warszawskim

Myślałam, że na moim kierunku to był taki zabawny element, którym nie było co się przejmować. Szczególnie, że wielu z nich dziś nie kontynuuje drogi zawodowej rozpoczętej na studiach i do pracy biega w garsonce albo garniaku. Myślałam – do momentu, gdy zobaczyłam wpis na facebooku Instytutu UW.

Muszę przyznać, że rozbawiło mnie oburzenie studenciaków, ale może to dlatego, że jestem już stara i czasem jedynie przyśni mi się, że nadal piszę magisterkę, a potem budzę się zlana potem i powoli przypominam sobie obronę. Wpis był przytoczeniem luźnego tekstu na blogu, natomiast z grubsza wszystko się w nim zgadzało. Pogięte ubranie? Słabo trochę (choć to i mój grzech). Mini i dekolt do pępka? Wystający brzuch? Krótkie spodenki? Wystająca bielizna? A bez przesady, Instytut, o czym Ty tu piszesz? Strój jak strój przecież.

Weź popcorn i poczytaj!

Ale zdajecie sobie sprawę, że szorty 3/4 są już niemodne, prawda? Nosi się tylko przed albo do kolan!” – uświadamia Instytut prawdopodobnie przyszły Jacyków. Zaproponowałabym najmodniejsze w tym sezonie dżinsy zalotnie odsłaniające kostkę, ale obawiam się, że wyciąłby w nich dziury na kolana.

To może dokładniejsze wytyczne i wymogi co do mundurków szkolnych?” – bo wiadomo, że wszystko można sprowadzić do absurdu, nawet prośbę o sprawdzenie przed wyjściem stroju na uczelnię. Nawet prośbę o zasłonięcie pleców, kolan i brzucha. No, mundurek pani, jak za Giertycha!

A i tak najzabawniejsze było oskarżenie o seksizm i niezachowanie „dżęderowych” norm. Bo, proszę ja Ciebie, w tekście wyraźnie powiedziano o kobiecych spódnicach i dekoltach oraz męskich spodniach! Ktoś musi za to beknąć! A co jeśli kobieta szorty ubierze? To już, drogi Instytut, może być? A jeśli mężczyzna zechce ubrać spódnicę? Ha! Nie przewidzieliście takich sytuacji, no nie? – kurczę, nie przewidzieli. Nie przewidzieli troglodytów, którzy nie potrafią zrozumieć, że tekst to tylko ogólne wytyczne, a resztę spokojnie mądry student powinien ocenić.

Strój na uczelnię katorgą?

Stała się tragedia. Studentów poproszono o strój nieco bardziej przystający do sytuacji. Patrząc po nieśmiałych komentarzach dziewczyn, które zauważyły na uczelni, że rzeczywiście problem istnieje, nie jest to nic dziwnego.

Nie poproszono ich o przyjście w anoraku, wacianych ocieplanych majtach, kaloszach, puchówce – tylko o godny strój na uczelnię. Zasłonięcie brzucha i rowka między piersiami nie sprawi, że natychmiast ugotujemy się na podstawach socjologii. Zasłonięcie kolan nie sprawi, że pod salę z metodologii zajadą trzy karetki, żeby zabrać masowo omdlałych z gorąca. Poważnie!

Choć zawsze można to sprawdzić empirycznie, zamiast burzyć się w mediach społecznościowych.

A jak było/jest u Ciebie? W pracy, na uczelni – czy wraz z rosnącym słupkiem na termometrze również pojawia się problem „letniego dress code’u”?