Skąd ta pogarda dla wesel? Bo przepraszam, nie rozumiem

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Zaczyna się tak pięknie: idzie wystylizowana panna młoda pod pachę z coraz częściej równie wystylizowanym panem młodym do ołtarza. Tam wiadomo, sakrament, przysięga… A potem jest najgorsza część dnia – to straszne wesele.

Nie wierzysz? Zajrzyj w komentarze… Dobrze, nie rób tego. Wiadomo, kto pisze komentarze. „Tina, to jest masakra. Uchlany wujek, disco polo, ja po prostu na wesela nie chodzę. Byłam raz, drugi i dziękuję, wystarczy mi na całe życie” – zwierzyła mi się kiedyś koleżanka.

Ma prawo do takiej opinii? Jasne, że ma! Czy ma rację i pogarda dla wesel jest słuszna? A może wesele to rzeczywiście pijany wujek, disco polo, macanie się po nogawkach i erotyczne zabawy przy zszokowanych dzieciakach? Czy żeby w końcu legalnie popaść w stan małżeński, najpierw trzeba się upodlić, organizując najgłupszą zabawę w swoim życiu?

Niby nie musisz, ale…

Zacznę od tego, że nikt do organizowania wesela zobowiązany nie jest. Najtańsze wesele, zrobione „po kosztach”, bez fotografa i totalnie żadnych bajerów, to koszt rzędu kilku tysięcy złotych. Bez szaleństw, ale już bardziej przeciętne będzie kosztować kilkanaście tysięcy. Kilkadziesiąt tysięcy to również realistyczna norma.

I domyślam się, że niejeden będzie twierdzić, iż „my wesela nie organizujemy, bo pijany wujek, wodzirej-erotoman i disco polo”, zamiast uczciwie stwierdzić, że go nie stać. Żaden wstyd, nie mówiąc o tym, że czasem roztropnie jest odłożyć na mieszkanie czy bąbelki. I nie o szampana tu chodzi.

Nie musisz, oczywiście. Z drugiej strony, przysięga (czy to w kościele, czy po cywilu) to po prostu jedno z najważniejszych wydarzeń w życiu. I warto je jakoś uczcić. Wesele nie jest opcją obowiązkową, ale taką, którą warto wziąć pod uwagę!

Czy straszne wesele to norma?

I czym w ogóle jest straszne wesele? Bo mam wrażenie, że to opcja, która królowała w latach dziewięćdziesiątych, kiedy zaczynało robić się wesela wystawnie, w lokalach, zamiast w remizie czy małym mieszkanku, a jeszcze nie potrafiliśmy się w tym odnaleźć.

Były więc tragiczne zabawy. Picie wódki z buta panny młodej, przetaczanie jaja przez nogawkę, macanie kobiet po kolanach. Czy można umrzeć ze wstydu, kiedy pięćdziesiąt osób rechocze z tego, że ktoś właśnie maca Cię po kolanie, a pięcioletni siostrzeniec pyta się mamy, dlaczego ci ludzie tak dziwnie się bawią? Jeszcze jak!

Tyle że wodzireje pasjonujący się tego typu zabawami właściwie „wymierają”. Kiedy szukałam wodzireja na moje wesele, większość z nich wręcz zastrzegała, że nie prowadzi tego typu zabaw. Znalazłam dosłownie jednego, który miał inne zdanie. Mało tego, bywałam na niejednym weselu, z niejednego dochodziły mnie ploteczki. I właściwie raz tylko doszły mnie plotki o tego typu zabawach – biorąc jednak pod uwagę wszelkie okoliczności, czyli: pannę młodą, jej suknię, otoczkę ślubną i gości, zapewne większości się to podobało. Tak chcieli i tak mieli.

To okropne disco polo i pijany wujek

Tu warto uściślić jedno: może jesteś po prostu typem mruka i gbura, którego żadna muzyka nie jest w stanie poderwać do zabawy, żarty w większości Cię nie bawią, a każda wzmianka o jakichkolwiek najmniejszych wygłupach Cię drażni. Wtedy nie ma o czym dyskutować, taki jesteś i choćbyśmy stanęli na rzęsach, nie będzie Ci się podobać. Każdy jest inny i tyle.

Najprawdopodobniej jednak masz swój typ muzyki, przy której dobrze się bawisz i ludzi, przy których możesz sobie pożartować, a nawet się powygłupiać. Tą muzyką prawdopodobnie nie jest disco polo. I tu możesz należeć do dwóch grup: większej, która mimo wszystko raz na jakiś czas ze śmiechem potańczy, wyjąc z innymi „Żooono mooja, serce moooje” albo mniejszej, która z zażenowaniem wcina wtedy resztki rosołku z weselnego stołu. Dobra wiadomość jest taka, że dziś na weselach disco polo jest dużo mniej. Dominuje mieszanka muzyki pop, polskich przebojów. I choć najczęściej wciąż to disco usłyszymy, nawet jeśli rzeczywiście wywołuje ono w nas uczucia równe zgrzytaniu paznokciami po tablicy, da się przecierpieć. Nie mówiąc o tym, że zdarzają się tematyczne wesela, gdzie dominuje muzyka filmowa, country i każda inna.

Na pijanego wujka nic poradzić się nie da. Mam jednak wrażenie, że na przestrzeni ostatnich lat na weselach pijemy mniej, a przynajmniej przyzwoiciej. Może to starość mojej grupy wiekowej, ale ostatnie wesela były jakieś takie spokojniejsze pod tym względem. W każdym razie, zawsze możesz się zwinąć, kiedy ludziom jest już zbyt wesoło. No chyba że jesteś Panną lub Panem Młodym, ale wtedy, jeśli Ci to tak przeszkadza, coraz częstszą opcją są wesela bezalkoholowe. Że trudno będzie wytłumaczyć rodzicom? Życie nie jest łatwe, ćwiczenie argumentacji przyda się przed małżeństwem 😉

No nie kumam

Straszne te wesela, wiadomo. Najczęściej wszystkie idą według tego samego schematu: rosołek, tańce, oczepiny i takie tam. Jest się do czego przyczepić. Jest za co znielubić. Choćby za rosołek. Ewentualnie za oczepiny, bo słyszałam, że to też już siara i niektórzy z tego rezygnują.

Może tu leży pies pogrzebany? Wesele jest pewną tradycją, która pociąga za sobą inne: mądrzejsze i te, ujmijmy to delikatnie, mniej mądre. A my obrzędowość lubimy, jednocześnie strasznie się jej wstydząc, a nawet nią gardzimy, zarazem jej szukając. Ot, taka mentalność pewnego typu Polaka, któremu wciąż za coś głupio.

Tylko że naprawdę nie ma czego. Wspomniane lata 90′ to już powoli retro, które za chwilę będzie wręcz stylem. A obrzędowością można również się bawić. Tak, można bawić się mimo wszechobecnych fryzur weselnych z salonu „Mariolka”, dziwnych zabaw i całej tej otoczki. I oczywiście, siłą Cię na żadne wesele nie zaciągnę…

Tylko czy warto nim gardzić? 🙂

Nie zgadzasz się z tekstem? Masz tu panno-młodo-centaura na pocieszenie 🙂
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Karolina J.

Maniaczka słodyczy różnych. Zwłaszcza tych niepopularnych, których nie dostaniemy przy każdej sklepowej kasie. Lubię lato i swojego męża, nie lubię zimy i jak ktoś krzyczy i nie jestem to ja. Matka, pedagog specjalny, zainteresowana społeczeństwem, książką i byciem chudą. Nie mylić z ćwiczeniami.

Mogą Cię zainteresować