Uf! Udało się albo się nie udało – zdania są podzielone. Niektórzy twierdzą, że osiągnięto wiele, inni strajk nauczycieli uważają za potężną klapę. Bez względu na opinie, rodzice mogą w końcu troszkę odetchnąć. W końcu jak twierdzi Abelard Giza, w placówkach edukacyjnych fajne jest to, że dzieci wtedy są TAM. A nie z nami. Choć przez chwilę.

Wielu jednak nie oddycha. Ciekawa jestem statystyk dotyczących edukacji domowej – bowiem sporo rodziców podczas strajku odkryło, że doskonale widzą siebie i swoje dzieci w tej roli. Czy będzie to margines, czy też procent dzieci uczestniczących w takiej edukacji wzrośnie, pewnie dowiemy się za rok. Podobnie wielu deklaruje posłanie dzieci do szkoły prywatnej, których strajki nie obejmują, bojąc się zapowiadanej już powtórki z rozrywki. Na ile to tylko deklaracje?

Bez względu na wynik – kontynuacja strajku nauczycieli nie miała sensu. Przed nami mnóstwo wolnych dni – Majówka, Boże Ciało, a za chwilę wakacje. Nie da się również ukryć, że… Nauczyciele tego egzaminu celująco nie zaliczyli. Zaczęło się dobrze, nawet rodzice masowo wsparli strajkujących. A potem było już gorzej. Czego dowiedzieliśmy się o nauczycielach?

Łatwi do zmanipulowania

Zanim zarzucisz mi, że fajnie tak z pozycji głupiej matki krytykować elitę narodu, przypomnę, kim jestem z zawodu i że całkiem niedawno pisałam, że nauczycieli zaczyna brakować. Tylko że widzisz – to efekt wieloletnich zaniedbań. Naprawdę wieloletnich. Efekt sięgania po wzorce, które u nas nie miały szans się sprawdzić, takie jak gimnazjum, efekt wieloletniego olewania postulatów o podwyżkach i w końcu efekt szkolnych układów i układzików.

Tymczasem, nauczyciele jakby zapomnieli, że przed wyborami również była masakra, a ci, którzy malują dla nich transparenty, są współwinni całego zamieszania i jeszcze niedawno olewali pedagogów odstałym moczem. W manii strajkowania po prostu poszli, ślepo słuchając się przywódców, ufając im jak własnej ręce. Efekty było widać w mediach. Do niektórych dopiero teraz powoli dociera, że chyba gdzieś tu ich oszukano. Że byli marionetką w czyichś rękach.

Zwierzęcy pęd

Ustalmy jedno: mimo mojego poparcia dla strajku od początku dopuszczałam myśl, że będą tacy, którzy z różnych przyczyn nie zastrajkują. Moje pełne miłości (hue hue) serduszko biło dla nich równie mocno, co dla strajkujących, bo w końcu mieli do tego pełne prawo. Nie dowierzałam własnym zmysłom, gdy zaczęto wyzywać ich od łamistrajków, gdy utworzono szpalery nienawiści buczących w stronę egzaminatorów nauczycieli. Osłupiałam, gdy nauczyciele oklaskiwali tych, którzy przeszkadzali piszącym egzamin. Do tej pory mam nadzieję, że to jakieś głupie zwidy.

O ile popierałam odejście od zajęć, o tyle nie mogę zrozumieć, dlaczego chciano uniemożliwić uczniom pisanie egzaminów. Uczniom, nie rządzącym przecież. Tym, którym na samą myśl o końcowych testach pociły się ręce, ciężko oddychali ze stresu, przysporzono go więcej, próbując sprawić że uczniowie testu po prostu nie napiszą albo napiszą w innym terminie. Brak mi słów na takie świństwo. W myślach dziękowałam tym, którzy wtedy się wyłamali, a także rodzicom i emerytowanym nauczycielom, którzy wyjęli z szuflady dyplom i poszli pomóc. Bo nie wyobrażam sobie być uczniem i czuć tak ogromną niemoc, wiedzieć że nic nie zależy ode mnie, mimo że zrobiłam przecież wszystko co mogłam.

Oczywiście, strajk wymaga od strajkujących solidarności i ja to rozumiem. Tyle że pewnych zachowań obronić się nie da. Przekroczono granice, w których solidarność zmieniła się w, nomen omen, patrząc na nauczycieli poprzebieranych za krowy, zwierzęcy pęd.

Strajk nauczycieli i problemy z logicznym myśleniem

Nauczyciele słusznie ogarnęli, że protest powinien być widoczny w mediach społecznościowych. Powstała więc bardzo estetyczna nakładka na profil, infografiki pokazujące, ile czasu spędza w placówce nauczyciel, ile z własnych pieniędzy przeznacza średnio na pomoce, szkolenia, itp. Przekonujące? Nawet bardzo. W rozmaitych grupach widać było wsparcie dla ciężkiej pracy pedagoga. Właściwie merytorycznej krytyki było bardzo mało.

A potem się zaczęło. I nie mówię tu o źle umalowanych paniach, udających barda Kaczmarskiego czy piosence pochwalnej dla TVN-u, bo to po prostu wypada przemilczeć. Najpierw zaczęto krzyczeć, że krowa dostała, a nauczyciel nie. I tu kłania się ślepa wiara w przywódców, którzy nie wyjaśnili, dlaczego krowa dostała. Szkoda tylko, że tak niewielu nauczycieli sprawdziło.

Następnie pojawiły się grafiki w stylu „Tak nas nie lubisz? Kiedy skończy się strajk, nie wysyłaj dziecka do szkoły”. Obowiązek szkolny nagle przeoczono? Tak, jest jeszcze edukacja domowa, nie tak łatwo jednak się o nią nagle wystarać. Co przykre, wszystko nabrało strasznie agresywnego tonu. A agresja niestety merytoryce jest daleka. Nic więc dziwnego, że wykrzykniki z profilówek cichcem ludziom zeszły.

Wulgarność i brak szacunku do uczniów

O szpalerach nienawiści już pisałam. O dosłownym „gnojeniu” niestrajkujących również. Nasuwa się pytanie: jak takie zachowanie ma zinterpretować uczeń? Czym różni się nauczycielka bucząca w stronę koleżanki od dziewczyny, która pobiła gimnazjalistkę w Gdańsku? I tu i tu mamy ostracyzm. Mamy patologię. Na jedną z nich było przyzwolenie grupy dorosłych. Czy to nie przerażające?

Na tym się jednak nie skończyło. Z grup nauczycielskich wyciekały screeny, gdzie nauczycielki prosto z mostu pisały o tych „bachorach”, którymi muszą się na co dzień zajmować za psie pieniądze. I ustalmy jedno: ja wiem, że mój bombelek nie dla każdego będzie słodkim bombelkiem i kiedy pójdzie do domu, być może nauczycielka szeptem powie do koleżanki, być może do męża po pracy, że ten bachor ją czasem do szału doprowadza. Jest to całkowicie zrozumiałe. Czym innym jest pisanie w ten sposób na grupie kilku tysięcy innych osób.

Kiedy na dobre „wyleczyłam się” z poparcia dla strajku? Na jedną z takich grup wstawiłam artykuł, gdzie licealiści z Tczewa poszli pod pokój nauczycielski, kulturalnie prosząc o klasyfikowanie i dopuszczenie do matur. Chciałam uświadomić, że być może te działania zabrnęły nieco za daleko, że krzywdząc innych, nie mamy prawa oczekiwać litości dla siebie. Wiesz, jak mniej więcej brzmiały komentarze? „Egoizm przez nich przemówił! Na szczęście inni walczą dla nauczycieli„, „No, mądrych licealistów to z pewnością tam nie było„, „A może powinni pod MEN pójść i pośpiewać?” – rozumiesz, oni byli egoistami, bo chcieli napisać matury, na które solidną pracą zapracowali i walczyć spokojnie o swoje studia. Nauczyciele chcieli pieniędzy, więc nie byli egoistami. Przepraszam, nie moja logika.

Co powiedział nam strajk nauczycieli?

Zadajmy pytanie inaczej: co miał powiedzieć? Miał pokazać, że cel jest słuszny. Że zarabiamy, jako nauczyciele, zdecydowanie za mało. Że potrafimy się zjednoczyć w solidnej i kulturalnej walce. I walczymy zarówno o siebie, jak i o ucznia, którego dotykają niedociągnięcia tej oraz poprzednich reform. Miał uświadomić wagę naszego zawodu.

Zamiast tego, skończyło się muczeniem, buczeniem na szpalerach, warczeniem na „łamistrajków”, agresją w mediach społecznościowych i w realu. Koniec końców, strajk jest zawieszony. Niesmak w niektórych pokojach nauczycielskich pozostanie na długo. Strajk skłócił ze sobą wielu, również przedtem zaprzyjaźnionych. Wydobył z niektórych nauczycieli najniższe instynkty.

I kłamstwem byłoby z mojej strony twierdzić, że „wszyscy nauczyciele tacy byli”, bo wśród strajkujących nie wszyscy popierali przecież podobne wyczyny. Byli tacy, którzy woleli przemilczeć, którzy ze smutkiem siedzieli, godząc się na strajk i mając nadzieję, że reszta przestanie się wydurniać. Że ktoś z góry krzyknie, żeby się opamiętali, a rząd da im w końcu podwyżkę. Choćby taką by starczyło spokojnie do pierwszego.

I tych mi najbardziej żal…

Grafiki: staboslaw, Miloslav Ofúkaný, Bruno Glätsch