Ale że masz jakąś obsesję? Bo wiesz, to już kolejny Twój post o ludzkim cielsku, jak się ubierać, jak się nie ubierać i gdzie. Że tak delikatnie zapytam, to przypadkiem nie jakieś zaburzenie?

Cóż mogę powiedzieć? Tak się złożyło! Najpierw gorąca była sprawa biednych studentów, którzy prawie ugotowali się, zakrywając kolana, następnie pisałam o ciałopozytywności, bo tak, jak się okazało, nazywa się w Polsce nurt body positive. W międzyczasie przypomniałam gdzieś tam zapomniany już utwór pod tytułem „Jak to do kościoła w szortach nie mogę? Przecież mam prawo prawo nosić to co chcę!” (na melodię „Policeman”).

To teraz będzie o plaży. A skoro przedtem grzmiałam, niczym ciotka Emilki ze Srebrnego Nowiu, że odpowiedni ubiór zawsze i wszędzie, to zapewne czekasz w napięciu, aż zasugeruję burkini albo przynajmniej kąpiel w pareo, żeby jakieś granice przyzwoitości zachować?

Demokracja na plaży

Rozczaruję Cię więc już na wstępie. Plaża to takie cudowne miejsce, gdzie można pozwolić sobie na odkrywanie swoich wdzięków. Oczywiście, bez przesady, choć o przesadę naprawdę trudno. Musiałbyś wywalić na wierzch dosłownie wszystko, a ostrożnie wierzę, że nie masz na to ochoty. No i są plaże, gdzie nawet to Ci wolno.

Mało tego, chyba nic tak wspaniale nie pasuje do ciałopozytywności, jak plaża! Na plaży panuje demokracja: są mężczyźni, kobiety, dzieci, osoby starsze, pomarszczone, z cellulitem, otyłe, z wielkim brzuchem, nieudanymi tatuażami (KLIK! Dlaczego nie zrobię sobie tatuażu?), obwisłym biustem i w końcu są ideały. Wróć, ideałów prawie nie ma. Na plażę nie nałożysz filtra Amaro, nie rozmyjesz jej opcją „Lekki żar”. To właśnie ideały na plaży są wyjątkiem!

To znaczy, ja piszę o naszych polskich, nadbałtyckich plażach. Całkiem możliwe, że gdzieś na świecie są kurorty, w których nakładają mandaty za nadwagę, cellulit i wystający brzuszek albo też drogą sądową wysyłają na „hard obóz” z Mel B. Nie wiem, nie wnikam. Mam teraz inny problem. Co jeśli chcemy wstać z tego kocyka i pójść kawałek dalej od plaży?

Gdzie kończą się granice przyzwoitości?

Plaża nie zawsze ma „konkretne” zakończenie. Czasem idziesz przez ten piach, potem jakiś „półpiach” i nagle orientujesz się, że w sumie jesteś w środku miasta i ludzie dziwnie patrzą na Twoje stringi w groszki (może dlatego że jako mężczyzna jednak nieco przesadziłeś?). Poza tym, przy plaży są deptaki, po których również chodzi się w kostiumie do kąpania. Czasem w szortach, w pareo czy modnej plażowej ażurkowej sukience. W każdym razie, casual to to nie jest.

No i właśnie. Gdzie kończy się ten moment, w którym warto założyć szorty, koszulkę i resztę stroju? Czasem, szczególnie w wakacyjnym rozluźnieniu, ciężko to stwierdzić. Letni urlop to ten moment, kiedy poziom codziennego stresu trochę spada, a człowiek jest skłonny do bardziej śmiałych zachowań.

Stop golasom na ulicy – czyli komu to przeszkadza?

Jeden człowiek granicy nie widzi. Widzi je ktoś inny. Najczęściej stali mieszkańcy plażowych miast. Słychać więc głosy, że sopocki „monciak” to już nie plaża i jednak warto nieco te pośladki i brzuch zasłonić. Chociaż tegoroczna moda i tak już brzuch odsłania i właściwie nieraz nie różni się zbyt wiele od bardziej zasłaniającego wdzięki kostiumu kąpielowego.

Większy problem, jak się okazuje, mają właściciele restauracji. Bo bądźmy szczerzy, w restauracji chcemy przede wszystkim zjeść. Nie że w spokoju, bo tego w restauracjach przy monciaku czy innych miejscach turystycznych raczej nie ma – chyba że w przybytkach w wersji exclusive. Mamy jednak prawo do tego, by nie oglądać Grażyny w zbyt małym, obcisłym stroju kąpielowym czy Janusza w slipkach rozmiaru M (sam Janusz występuje tu w wersji przynajmniej XL).

Stąd też akcja „Stop golasom na ulicy”. Akcja dość ciekawa, bo prowadzona głównie przez sopockich restauratorów, którzy na goliznę reagują czasem aż nazbyt panicznie (pamiętasz sprawę karmienia piersią?). Nie, nikt nie wyszukuje golasów i nie biega za nim z biczem, krzycząc: Szeeejm! Póki co, w witrynach restauracji pojawiły się naklejki i plakaty przypominające o zakryciu swoich wdzięków po wyjściu z plaży.

Problem dopiero się pojawił?

Akcja trwa już trzeci rok, jednak lawinowo przybywa klubów, pubów i restauracji, chcących dołączyć. Co ciekawe, nieraz są to przybytki położone tuż przy plaży, a więc tam, gdzie teoretycznie nadmiar gołego cielska razić nie powinien. Jak widać, teoretycznie!

A gdzie są te granice? Ja zawsze myślałam, że poza deptakiem ciągnącym się wzdłuż plaży, raczej powinniśmy się już ubrać. Wrócę jednak do turystów – wiesz, że zdarzało mi się widzieć takich, którzy już z pociągu na dworcu wysiadali w pełnym rynsztunku plażowym? Mnie bardziej bawi, bo najwyraźniej są osoby, które Trójmiasto czy miejscowości nadmorskie kojarzą ogólnie z miejscem, gdzie wszędzie chodzimy w bikini i slipach. Jeśli jesteś przypadkowo jedną z nich, ostrzegam: tak nie jest. Nie chodzimy rano po bułki w bikini i żółtej kaczuszce w roli koła plażowego, tak na wszelki wypadek.

Widziałam również osoby w strojach kąpielowych na gdańskiej starówce (od plaży kawał drogi), przy Świętojańskiej w Gdyni oraz w innych, zupełnie nieplażowych miejscach. I w tym kontekście „monciak”, na który wchodzi się prosto z plaży, zupełnie mnie nie dziwi. Szczególnie że trudno znaleźć granicę, gdzie staje się on ulicą bardziej miejską.

Stop golasom na ulicy jako akcja uświadamiająca

Trudno więc akcji „Stop golasom na ulicy” nie poprzeć. Szczególnie że nie ma ona na celu nikogo obrazić, a raczej delikatnie zwrócić uwagę na problem. Sami restauratorzy również zapowiedzieli, że ewentualnym naguskom uwaga będzie zwracana dyskretnie, z szacunkiem.

Czy szacunek również wyjdzie od golasów, czy też oburzony Janusz z Grażyną tuż obok stacji SKM zacznie głośno krzyczeć, że to skandal, iż przy plaży zostali tak chamsko potraktowani? Przekonamy się niebawem. Póki co, o naiwności, liczę na szacunek zarówno z jednej, jak i drugiej strony 🙂