Serial „My, dzieci z dworca ZOO” nie taki straszny?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Jakiś czas temu zaskoczyłam Was wiadomością, że książka „My, dzieci z dworca ZOO” doczekała się kontynuacji. Christiane F. dorosła, jednak po pierwszej części książki wcale nie przestała „ćpać”.

Prawdę mówiąc i ja byłam zaskoczona odzewem artykułu! Nie miałam pojęcia, że temat niemieckiej narkomanki jest tak porywający. Co więcej, po chwilowym spokoju widzę kolejne zainteresowanie recenzją książki „Christiane F. Życie mimo wszystko”. Powód? Ukazał się serial „My, dzieci z dworca ZOO”. Wiedzieliście o tym?

Przyznam, że nie jestem serialową maniaczką. Poza „Dexterem” i „Scrubsami” większość tasiemców mnie nudzi, a po straceniu kilku godzin życia na „13 powodów” boję się tracić je ponownie. I choć wiedziałam, że w perspektywie mam „tylko” 8 odcinków, zaczynając oglądanie serialu „My, dzieci z dworca ZOO” również się bałam. Czy niepotrzebnie?

Instagram i zachęta do brania

Przed włączeniem serialu zapoznałam się z jego recenzjami. Ponoć tak nie wolno, można się uprzedzić. Nie wolno też zaraz po zapoznaniu się z fabułą książki zaglądać na koniec, by sprawdzić finał historii – a zawsze to robię. I tak dowiedziałam się, że serial jest słaby, dominują instagramowe ujęcia, które wręcz zachęcają młodzież do zejścia na złą drogę.

Tu muszę poczynić pewne zastrzeżenie: książka „My, dzieci z dworca ZOO” miała ostrzec młodzież przed skutkami brania używek. W wielu środowiskach wywołała jednak odwrotny efekt. Dlaczego? Toć była naturalistyczna, brutalnie pokazywała prostą drogę do śmierci w upodleniu oraz przerażenie z powodu znajdowania się w miejscu, z którego trudno było wrócić. Christiane przecież nigdy nie wróciła. I tak ma spore szczęście, że wciąż żyje.

Skąd więc ten efekt? „Zła droga” zawsze w pewien sposób przyciąga osoby w fazie buntu, szczególnie z dodatkowymi problemami, jak patologie w rodzinie czy zaburzenia psychiczne. Poza tym… Czy przygoda Christiane F. i reszty towarzystwa nie dała im totalnie nic? Jakby się zastanowić, bohaterka zyskała imprezy w dobrym klubie, towarzystwo, chłopaka, euforyczny nastrój, ciekawe przygody… Dla zagubionej młodzieży aż nadto!

O czym jest serial „My, dzieci z dworca ZOO”?

A o czym jest książka? O Christiane, relacjach z członkami jej rozbitej rodziny, o jej grupie rówieśniczej. I o nałogu. Oglądaliście może film pełnometrażowy z 1981 roku? Jeśli tak, to wiecie, że dość wiernie oddawał książkową rzeczywistość. Serial jest raczej inspirowany, niż zgodny z oryginałem.

Co więc się zmieniło? Brakuje Detlefa – jego miejsce zajmuje Benno. Stella „miesza” w sobie dwie postacie z książki. Christiane zaś jest jedynaczką. Fabuła, rzecz jasna, również ulega znacznym zmianom.

Serial „My, dzieci z dworca ZOO” nie upiększa?

Wyjaśniliśmy już sobie, że choćby w serialu Christiane, za przeproszeniem, robiła pod siebie, nie odstraszyłoby to młodych od brania. W serialu jednak nie robi. Gdy bohaterowie umierają, raczej nie trzęsą się w swoich wymiocinach. Odchodzą po cichu lub w onirycznej, baśniowej wręcz atmosferze. Także pierwsze sięgnięcie Christiane po heroinę pokazane zostało za pomocą przenośni. Niepokojąco zachęcającej.

Nie zastanawiałam się nad niczym. Kompletnie. Nic do mnie nie docierało. Zajmowałam się tylko i wyłącznie sobą. Ale nie miałam pojęcia, kim jestem. Czasami to nawet nie wiedziałam czy w ogóle jeszcze żyję.

Zarzutem, z jakim się spotkałam, była „instagramizacja” rzeczywistości dziejącej się w serialu. Faktycznie, zadbano o to, by kadry nie były przypadkowe – co uważam za plus. Bajkowo wręcz wygląda życie bogatej Babsi. I choć w książce również była ona z bogatego domu, dało się odczuć pewną sztuczność.

Pozostałe wątki jednak dalekie były od stylizacji na potrzeby zdjęcia. Brudne wnętrze zaniedbanego mieszkania, w którym mieszkał Axel i Benno wyglądało jak typowa melina, której nikt nie chciałby pokazywać. Irytowała wręcz pewna degradacja osobowości – osobiście wywróciłam oczami, gdy bohaterowie sprzedali kolejne bilety na koncert, by mieć na dragi. Sceny prostytucji jak najbardziej odstraszały, także detoks pokazano doświadczenie, którego raczej nikt nie chciałby przechodzić.

Choć mimo wszystko obawiam się, że łatwo z serialu wyciągnąć wniosek: „Brakuje Ci kasy? Prostytucja jest łatwym sposobem, by ją zdobyć„. Stella z Babsi, gdy oznajmiają, że będą sprzedawać swoje ciało, sprawiają wrażenie, jakby wpadły na biznes życia. Także scena radosnego oczekiwania na klienta przez Christiane i resztę dziewczyn budzi we mnie pewną obawę. Szczególnie teraz, gdy radykalne środowiska starają się normalizować prostytucję, nazywając ją sexworkingiem.

Do pewnego momentu jest super!

Taki też zarzut przeczytałam: jeśli skończymy oglądanie wcześniej, możemy stwierdzić, że narkotyki są super. Ludzie kochani, o to przecież chodzi! To nie jest tak, że Christiane i jej przyjaciele byli masochistami, którzy lubili sobie coś wstrzyknąć w żyłę, żeby było im gorzej. Bo za dobrze mieli w życiu.

W książce można przeczytać:

Dopóki się nie jest uzależniony, to na heroinie jest przecież bombowo.

No nie. Narkotyki dały im sporo: towarzystwo, dobrą zabawę, odprężenie, pomagały radzić sobie z problemami. Jeszcze szybciej pozabierały wszystko, łącznie z godnością, a niekiedy nawet życiem. Iluzja w głowie „skończę z tym, kiedy coś będzie nie tak” ustąpiła miejsca gorączkowemu poszukiwaniu dragów.

I akurat ten motyw, moim zdaniem, serial „My, dzieci z dworca ZOO” pokazuje idealnie.

A więc serial „My, dzieci z dworca ZOO” mi się podobał?

Kawa na ławę. Twórcy musieliby się naprawdę postarać, żeby zepsuć tak dobrą historię. Niestety, miejscami im się udało. Pod koniec, gdy bohaterowie cierpią samotnie, bardzo widać inspirację „Requiem dla snu”. Za mocno.

Moje wątpliwości budzi także szczęśliwe zakończenie. Owszem, książka również nie kończy się źle, tu jednak mamy wrażenie, że właśnie skończył się dla Christiane ciężki epizod jej w życiu, uporała się z demonami i koniec. Nastało nowe życie.

A przecież tak nie jest. Rzecz jasna, tak jak pisałam w recenzji drugiej części książki, bohaterka nie stacza się już tak mocno, nie prostytuuje się. Wciąż jednak narkotyk niszczy jej życie.

Czy więc serial „My, dzieci z dworca ZOO” warto obejrzeć? Fanom historii Christiane F. z pewnością polecam. Obawiałabym się jednak puścić serial komuś, komu nie przeszła jeszcze nastoletnia burza hormonów. Mam też obawy, że przedstawienie niektórych bohaterów może nadmiernie irytować.

To jak? Skusisz się? 🙂

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Karolina J.

Maniaczka słodyczy różnych. Zwłaszcza tych niepopularnych, których nie dostaniemy przy każdej sklepowej kasie. Lubię lato i swojego męża, nie lubię zimy i jak ktoś krzyczy i nie jestem to ja. Matka, pedagog specjalny, zainteresowana społeczeństwem, książką i byciem chudą. Nie mylić z ćwiczeniami.

Mogą Cię zainteresować