Rok epidemii – czy stało się to, czego się obawiałam?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Szybko zleciały te dwa tygodnie obostrzeń, prawda? Mamy początek marca 2021 rok. I właśnie rok temu zaczynaliśmy mierzyć się w naszym kraju z epidemią, mając nadzieję, że szybko się z tym uporamy.

Pamiętam, że gdy z Włoch napływały do nas niepokojące wieści, ja i moja rodzina walczyliśmy z paskudną grypą. Nie tylko my zresztą, tamtej zimy oddziały pediatryczne były pełne „pod korek”. Żartowałam nawet, że po takiej grypie żaden wirus w koronie nam niestraszny. Potem chwilę żyłam spokojnie, zaliczałam z córą nawet aquapark, place zabaw…

Aż w końcu i nasz kraj przestał być bezpieczny. Gdy osłabiona minioną grypą toczyłam boje z kolejnym „przednówkowym” przeziębieniem, zamykano wokół szkoły, przedszkola, a potem granice. Na „dwa tygodnie”. Szczerze mówiąc, nie bardzo wierzyłam, że przez najbliższe miesiące wszystko na świecie się uspokoi. Nadzieję pokładałam raczej w wyższych temperaturach. Choć nie przypuszczałam, że czeka nas rok epidemii, a może i więcej.

Pisałam wtedy, czego w epidemii boję się najbardziej. Miałam rację? Well… Przeanalizujmy.

Bankructwa przedsiębiorstw

Ile firm tego nie zniesie?” – myślałam, gdy zamykano kolejne miejsca: centra handlowe, sklepy, gastronomię. Co z miejscami, które dopiero się otworzyły, a ich właściciele niespecjalnie mają fundusze na dwa tygodnie bezruchu?

Jak się okazało, dwa tygodnie były dopiero początkiem. Właśnie mija nam rok epidemii, a w niej ciągiem cztery miesiące z zamkniętymi restauracjami. Także sieciówkowe giganty znacznie ograniczyły punkty sprzedaży, gdy więc po otwarciu centrów handlowych poszliśmy na zakupy, z zaskoczeniem odkryliśmy, że gdzieniegdzie zniknęła nawet połowa sklepów. Można sobie wyobrazić, co z mniejszymi lokalnymi punktami.

Aktualnie coraz częściej pustkami zieją miejsca po siłowniach, restauracjach, co pociąga za sobą kolejne bankructwa. Problem widać gołym okiem. A każde z tych miejsc to ludzie, którzy dziś często siedzą w spirali długów, szukają pracy albo po prostu nie wytrzymują.

Problemy psychiczne

Co ciekawe, liczba samobójstw statystycznie nie wzrasta! A wręcz nieco spadła. I to mimo że media co jakiś czas donoszą o kolejnym właścicielu zamkniętego przybytku, który nie widząc wyjścia, odszedł z tego świata.

Czy to oznacza, że jesteśmy zdrowi psychicznie? Co wrażliwsi nauczyciele, mający kontakt z uczniami, informują że dzieciaki im się „sypią” i że to widać nawet podczas nauczania online. To nauczanie zresztą jest i było konkretnym źródłem stresu. Nieprzygotowani nauczyciele, którym czasem brakło dobrej woli, a czasem możliwości, dzieci nieoswojone z technologią… Długo wymieniać.

Izolacja sprzyja depresji i nie tylko jej. Podobnie nie bez wpływu pozostaje zwiększona ilość godzin przed ekranem podczas zdalnego nauczania oraz pracy.

Trudno, by cięższe czasy nie ryły nam psychiki. Nawet gdy teoretycznie nie dotykają nas one z całą mocą, wpływa na nas świadomość tego, co się dzieje wokół. A że „ciężki czas” trwa już rok, nie każdy potrafi się w tym odnaleźć.

Zmieniające się obostrzenia

Temat ściśle związany ze zdrowiem psychicznym oraz bankructwami przedsiębiorstw. Przenieśmy się w marzec 2020. Czy byliśmy gotowi na rok epidemii, gdy ogłaszano dwa tygodnie lockdownu, z możliwością przedłużenia? Nie. Wielu z nas posłusznie siedziało, wierząc że w ten sposób wszystko się jakimś cudem za chwilę skończy. Jakim cudem? Sama nie miałam pojęcia, jednak w tamtym czasie o wirusie nie wiedzieliśmy praktycznie nic, na wszelki wypadek dobrze było uważać.

Dziś wiemy dużo więcej. Znamy grupy najbardziej narażone, wiemy jak leczyć (choć wyleczenie bywa trudne), wiemy jak unikać zarażenia. Tymczasem obostrzenia w funkcjonowaniu społecznym i gospodarczym mają się dobrze. I o ile pewne ograniczenia mogłyby zostać uznane za słuszne, bądźmy szczerzy – zamykanie restauracji na ponad cztery miesiące właściwe nie było. Wielu innych przybytków również.

Zrozumiałe jest, że podczas kryzysowych sytuacji pewne mechanizmy bada się metodą prób i błędów. Rząd tych błędów popełnił sporo, a co najgorsze, nie wycofał się z nich i nawet nie próbował poprawić. Skutki? Opłakane. Delikatnie mówiąc.

Umierający ludzie i niewydolność służby zdrowia

Bałam się powtórki z Włoch. Nie wzięłam pod uwagę jednego: my tu takie „Włochy” potrafimy mieć co roku. Kolejny aspekt, którego byłam ciekawa: znam nieco świat oddziałów i szpitali zakaźnych. Już kilkanaście lat temu byłam w szoku, jak mocno szpital może trącić PRL-em. I nie mówię tu o lekarzach, bo ci stawali wyżej, niż na wysokości zadania, a o całej reszcie, na którą po prostu przedtem nie było pieniędzy. Czy pieniądze teraz się znalazły? Trochę musiały.

Nie zmienia to faktu, że gdy ilość zachorowań jesienią dramatycznie wzrosła, zrobiło się niebezpiecznie. Wbrew zapewnieniom rządu, liczba chorych przerosła możliwości placówek szpitalnych, niespecjalnie zresztą przygotowanych – bo i jak naprawić wieloletnie zaniedbania w pół roku? Podpowiem: najlepszą odpowiedzią nie powinno być „w sumie to nie próbować„.

Czy ludzie umierali w tym czasie tylko na covid? Nie, a jednak większość „sił medycznych” zaangażowano właśnie do tego. Co z planowanymi operacjami? Część się nie odbyła. „Ten pacjent w pół roku nie umrze. O kurczę, a jednak!” Do lekarza trudniej było (i jest) się dostać, co przez cały rok epidemii skutkowało wieloma przypadkami niezdiagnozowanych chorób.

Ostateczny skutek? Największa śmiertelność od czasów II wojny światowej. I trudno ją tłumaczyć „starzeniem się społeczeństwa”. Nie da się ukryć, że zmarło w zeszłym roku wiele osób – niekoniecznie na covid. Jak długo ten stan potrwa? Bo obawiam się, że może być gorzej.

Zarażenie

Rok temu pisałam, że choroby boję się najmniej, co nie oznacza że w ogóle nie czuję przed nią respektu. Póki co udało mi się jej uniknąć – co dziwne. Może przechorowałam bezobjawowo? Mało prawdopodobne, ale wszystko przecież jest możliwe. Podobnie jak to, że skoro napisałam o braku zarażenia, najdalej za kilka dni mnie trafi.

Chorowali ludzie wokół mnie. W jaki sposób? Niektórzy mieli jeden wieczór lekko podwyższoną temperaturę. Inni lądowali w szpitalu. W końcu byli tacy, którzy pożegnali się z życiem. Starsi ludzie, nikt z bliskiego otoczenia… Ale byli.

Ciężki rok z epidemią?

Nie był to łatwy rok i wielu nasuwał porównanie z XX-leciem międzywojennym. Czyli: niby jest w miarę spokojnie, ale tak naprawdę nie jest, w dodatku cały czas siedzimy na bombie. Porównań nasuwa się więcej, ale nie chcę tu wchodzić w historyczne dygresje.

Wiem, że nawet najwięksi sceptycy mieli nadzieję, że za rok będą się z tej sytuacji śmiać, a w najgorszym wypadku nadrabiać co stracili – firmę, edukację.

Szczęśliwego zakończenia nie ma – przynajmniej na razie. Im dłużej, tym trudniej poskładać ludzi „do kupy”. Tymczasem, za kilka dni rocznica pierwszych obostrzeń w Polsce.

Czy będziemy je świętować jakimiś nowymi ograniczeniami?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Karolina J.

Maniaczka słodyczy różnych. Zwłaszcza tych niepopularnych, których nie dostaniemy przy każdej sklepowej kasie. Lubię lato i swojego męża, nie lubię zimy i jak ktoś krzyczy i nie jestem to ja. Matka, pedagog specjalny, zainteresowana społeczeństwem, książką i byciem chudą. Nie mylić z ćwiczeniami.

Mogą Cię zainteresować