„Co to tak piszczy?” spytałam zdziwiona męża, słysząc w naleśnikarni dziwne skrzypienie z piskiem. Coś jakby przesuwano po podłodze krzesło. Za chwilę pojęłam. „Jejku, to dziecko krzyczy!” „A myślałaś że co? Że komuś naleśnik nie smakował?” spytał się mnie z politowaniem mąż.

Nie, nie przeszkadzał mi krzyczący co pewien czas radośnie niemowlaczek. Bo gdy okazało się, że nie jest on skrzypiącym krzesłem, zobaczyłam również, że krzyczał tak z radości. Miła odmiana, szczególnie, że moje dziecko wydaje takie piski, gdy jest mocno zirytowane. Mało tego, mimo że w restauracji znajdowało się mnóstwo ludzi, nie zauważyłam również, by komuś to przeszkadzało. Bardzo pozytywnie!

Już kilka razy przyznawałam się, że moje dziecko jest raczej z tych wrzeszczących i piszczących. Wszelkie próby wypicia z nim kawy w kawiarni czy nawet zjedzenia na szybko frytek w Macu kończyły się buntem i zachowaniem, które raczej nie było przyjemne dla reszty klientów. Rozwiązanie było jedno: nie chodziłam z nim za często w takie miejsca. Jeśli już się zdarzyło, przy pierwszych próbach wrzasku po prostu któreś z nas wychodziło z dzieckiem na zewnątrz.

Restauracje bez dzieci?

Jakiś czas temu wybuchła u nas burza. W skrócie: otwarto kocią kawiarnię, potem okazało się, że dzieci męczą koty, a rodzice nie reagują, więc zadecydowano o zakazie przychodzenia z dziećmi bez rezerwacji. Czytałam tę dyskusję z lekkim niedowierzaniem, jak zwykle gdy widzę, że ktoś stawia zwierzaka wyżej, niż człowieka (KLIK! Dlaczego nie strzelam w sylwestra?). Bo jeśli ktoś pisze tekst w stylu: „Bardzo dobrze! Mam dość gówniaków w restauracjach. Chętnie przyjdę, a posiadacze 500+ niech się nauczą kultury albo w domu siedzą!” (KLIK! Zazdrościsz komuś tych pińćset?), to ja tracę troszkę wiarę w ludzi.

Żeby nie było, ja potrafię zrozumieć właścicieli tej konkretnej kawiarni. Zakomunikowali uprzejmie. Przedtem prosili rodziców, by tłumaczyli dzieciom, jak powinny się zachować przy kotach z ciężką przeszłością. Podobno nie pomogło i częste interwencje były konieczne. Trochę to przykre, bo o ile uwielbiam mojego krzykacza bardziej niż koty, szanuję również ich prawo do spokoju, szczególnie że są to nieraz kociaki z traumą i pewnie po prostu nie poszłabym z nim w takie miejsce. Jest mnóstwo innych restauracji, a jeśli chcemy oswajać dziecko ze zwierzakiem, można pójść do „małego zoo”. Fakt, że tam kawki nie wypijemy, ale maluch z pewnością będzie się czuł swobodniej.

To poszło jednak nieco dalej. Nagle zaczęły pojawiać się postulaty tworzenia większej ilości restauracji, do których dziecko wstępu nie ma. „Bo przecież jako osoby bezdzietne mamy prawo jeść bez dzieci!”, brzmi jeden z częstszych argumentów. I trochę nie rozumiem. Restauracje bez dzieci czy może kogoś jeszcze? Czy jako singielka powinnam się oburzać, że obok mojego stolika siedzi para? A może powinnam żądać restauracji tylko dla Polaków, dla małżeństw albo dla kobiet? Co z niepełnosprawnymi?

Granica się przesuwa?

Przy tym wszystkim mam wrażenie restauracje bez dzieci to tylko jeden z objawów i że przesuwamy jakoś granicę. To, co jeszcze tak niedawno było dla nas normą, dziś wywołuje dyskomfort. Sprawia że oburzeni biegniemy opisywać sprawę na różnych portalach i w gazetach.

Kilka dni temu wybuchłam śmiechem, gdy w lokalnym serwisie informacyjnym przeczytałam historię pana, któremu zepsuł się samochód i musiał biedaczyna pierwszy raz od kilku lat pojechać tramwajem. Łojeju! Czego tam nie było! Pijaczek, śmierdzący ludzie, młodzież zapominająca przełączyć muzyki na słuchawki i słuchająca na cały regulator…

Wydarzenie okazało się być dla pana traumatycznym. Na tyle, że korzystając następnego dnia z tramwaju, rozglądałam się po ludziach i zastanawiałam, o co chodzi? Fakt, ktoś głośno rozmawiał przez telefon, ktoś inny wracając z nocki, nie wyglądał i nie pachniał fiołkami, ale czy to naprawdę powód do narzekania? Do robienia z siebie buca, do którego świat musi się dostosować?

Restauracje bez dzieci to dla mnie podobny temat. Odnoszę wrażenie, że to, co kiedyś było dla nas normą, czyli że gdzieś pisnęło głośniej dziecko, może chwilę głośniej zapłakało, dziś urasta do rangi koszmaru, po którym dajemy restauracji 1 w recenzjach na facebooku, bo „nigdy więcej tu nie przyjdę, dopóki będą u was sie stołowały te bahory!!!!”.

Ale dzieci przeszkadzają!

Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że nie wszystko jest czarno-białe, a restauracje bez dzieci to nie tylko kaprys bezdzietnych chamów, którym przeszkadza każda wzmianka o efektach prokreacji. Na początku tekstu wspomniałam o krzyczącym maluszku. Ot, krzyknął sobie dwa czy trzy razy i tyle. Są jednak dzieci, które krzyczą głośniej i częściej i przy których po prostu nie da się spokojnie jeść.

I są niestety rodzice, którzy nie robią sobie nic z faktu, że dziecko przeszkadza innym. Nie widzą, że może warto wyjść na chwilę i uspokoić. Że ciągły donośny krzyk albo bieganie oraz zahaczanie o stoły innych gości jest nie fair w stosunku do innych. Dość częste szczególnie na wakacjach oraz innych wyjazdach.

No dobrze, ale to znaczy, że matka powinna siedzieć dwa lata w domu, bo jeszcze jej dziecko krzyknie? Albo idąc, zahaczy stół? Czy to sprawiedliwe, że jako matki, na każdym kroku spotykamy się z dyskryminacją? Karmić piersią nie można, bo kelner bezprawnie wywali nas z lokalu (KLIK! Tu więcej o sprawie). Wózkiem jeździć nie można, bo również nas wyproszą (KLIK! Tuz wózkiem nie wjedziesz). Najlepiej zróbmy specjalne klatki dla matek, żeby przypadkiem nigdzie z dzieckiem nie wyszły. Restauracje dla dzieci? Są może w większych miastach, a i tu nie wszędzie.

Jak tu się dogadać?

Przede wszystkim, ja naprawdę uważam, że są restauracje, do których pójście z dzieckiem mija się trochę z celem. Jeśli jest to lokal biznesowy, a takie coraz częściej powstają przy biurowcach, gdzie atmosfera sugeruje dyskretną ciszę pozwalającą na spokojne rozmowy, wchodząc tam z wózkiem, czułabym się wręcz dziwnie. Ze starszym dzieckiem zresztą również. Nie mówiąc o tym, że przecież zestawów dla dzieci tam nie dostanę.

Jeśli lokal ma nastawienie wybitnie pro-alkoholowe i widać, że zamiast herbaty, raczej pije się tam piwo i mocniejsze trunki, również nie warto tam przecież ciągnąć dzieci. Podobnie rozumiem decyzję kociej kawiarni. Skoro dorosłemu ciężko wytłumaczyć, co dopiero jego dziecku?

Nie zrozumiem za to opcji zwykłej restauracji, do której nie można wchodzić z dzieckiem. Nie zrozumiem również braku dobrej woli u każdej ze stron. Co jeśli do restauracji wejdzie matka z dzieckiem autystycznym, które w połowie obiadu zacznie krzyczeć? Albo dzieckiem z porażeniem mózgowym? Również przewrócimy oczami i poprosimy kelnera, żeby panią wyprosił? Co jeśli niemowlak raz krzyknie z radości? To takie straszne dla osoby bezdzietnej? Nie zrozumiem też rodziców, którzy niepożądane zachowanie dziecka, brzydko mówiąc, olewają.

Nie zrozumiem, bo czasem wystarczy przecież kilka gramów dobrej woli z każdej strony. Zrozumienia, że być może akurat ta matka z dzieckiem potrzebuje szybko zjeść i i tak jest w stresie, że jej maluch przeszkadza. A także pojęcia faktu, że ludzie lubią zjeść spokojnie, bez kakofonii oraz cudzego dziecka włażącego im dosłownie na głowę.