Przyprowadzę zawszone dziecko, bo Sanepid nie zabrania!

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Wyobraź sobie, że pracujesz w przedszkolu. Masz bliski kontakt z dziećmi, jak to nauczyciel – bawisz się z nimi, zdarza Ci się biegać, turlać po dywanie ( Ha! Taką pracę mieć!), a nawet przytulać. Któregoś dnia dostrzegasz we włosach dziecka małe żyjątka. Wszy w przedszkolu – skupisku małych dzieci, dla których strefa intymna jest czasem sprawą obcą, a więc gdzie rozprzestrzenią się szybko. Co możesz zrobić? Jak się okazuje, niewiele.

Wszawica nie znajduje się bowiem w wykazie chorób zakaźnych, jako że te małe cholerstwa nie przenoszą już groźnych chorób. Super, nie? Po co w takim razie je tępimy, skoro nic nam się w związku z nimi nie dzieje? Dur brzuszny nam już nie zagraża, więc niech sobie po nas łażą. A że dziecko nie może się skupić, bo wszystko go swędzi? Oj, bez przesady. W każdym razie, pielęgniarka przedszkolna (są jeszcze gdzieś takie?) nie może już ot tak sprawdzać głowy dziecka. Sanepid zaś twierdzi, że tak naprawdę przedszkole nie może się uprzeć na pozostawienie malucha w domu.

I jak się okazuje, wiedzą o tym rodzice. Nie tak dawno przeczytałam na forum pytanie załamanej nauczycielki, która szukała pomocy po tym, gdy wezwała matkę do zawszonego dziecka i poprosiła o nieprzyprowadzanie, dopóki wszy i gnidy sobie nie pójdą. Ta zaś stwierdziła, że przyprowadzać będzie, bo Sanepid nie zabrania, a nauczycielka tradycyjnie się czepia. I tak wszy w przedszkolu mogły hasać sobie do woli. Ręce opadają? Ano, opadają.

A teraz wyobraź sobie, że Twoje dziecko zaraziło się wszami właśnie dlatego, że ta dziewczynka nie została szybko wzięta do domu i bawiła się dalej. Matka mogła zapobiec rozprzestrzenianiu się małych żyjątek wśród innych dzieci, ale po co? Niech inne matki również bawią się w pranie wszystkich rzeczy w domu i kupowanie specjalnych szamponów. Niech bawi się w to nauczyciel ze swoją rodziną. Odpowiedzialność – poziom parteru. I tak, wiem że matki pracują, mają mnóstwo innych zajęć. Tylko czy w pracy również będą zarażać innych? Bo skoro dziecko ma, nie wierzę że to tylko jego problem.

Bo tak – wszy nie są dziś groźne

A operacja ich usunięcia nigdy nie była tak łatwa, jak teraz. Co jednak, gdy wracają, bo jedna upierdliwa matka nie chce zostawić dziecka w domu i żyjątka wędrują sobie od żywiciela do żywiciela? A wystarczyło tak niewiele, dwa, może trzy dni urlopu.

Że głupio się przyznać? Może i fakt – jakieś trzy lata temu usłyszałam od zgorszonych koleżanek w pracy, że wszy to typowa choroba brudnych włosów. Kiedy próbowałam oponować oraz wyjaśniać że to urocze żyjątko jest stworzeniem demokratycznym i nie pogardzi zarówno tłustą nastoletnią patelnią, jak i pięknym ułożonym sombre spod prostownicy, napotkałam opór. No bo ty głupia, jak się myje włosy to się wszów nie ma! Pani zapamięta! A nie mieszkam na zapadłej wsi, koleżanki miały wyższe wykształcenie. Tym bardziej przykre.

Pamiętam też, gdy wszy miała jedna z dziewczynek na osiedlu (kto z nas zresztą kiedyś nie zetknął się z panem Gnidkiem i jego świtą?) . Jako że dziewczynka stykała się również z naszym domostwem, powiadomiliśmy, uprzejmie i taktownie zresztą, matkę. Efekt? Oburzenie. JEJ dziecko wszy nie ma! Wszy to możemy mieć my i reszta osiedlowego plebsu. Ona jest zadbana. Córcia również. Proszę jej wszy nie imputować. A potem dziwimy się, że problem narasta.

A przecież jeśli zauważymy problem szybko, wystarczy najczęściej niewiele. Dobry szampon, wypranie rzeczy i ubrań, z którymi mieliśmy styczność, w 60 stopniach, powtórzenie procesu, czasem dla pewności raz jeszcze – i gotowe. No i zostawienie dziecka na dni kilka w domu. Tylko po co ułatwiać życie sobie i innym? Przecież Sanepid nie zabrania…


Spodobał Ci się post? Wpadnij na fanpage Rozkminy Tiny 🙂

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Karolina J.

Maniaczka słodyczy różnych. Zwłaszcza tych niepopularnych, których nie dostaniemy przy każdej sklepowej kasie. Lubię lato i swojego męża, nie lubię zimy i jak ktoś krzyczy i nie jestem to ja. Matka, pedagog specjalny, zainteresowana społeczeństwem, książką i byciem chudą. Nie mylić z ćwiczeniami.

Mogą Cię zainteresować