„Drogie mamy, powiedzcie mi, o co tutaj chodzi? Włożyłam dziecko do wózka i jakaś baba zaczęła się na mnie drzeć, że co ja, zwariowałam i gdzie ja to dziecko wkładam? Wkurzyłam się! Przecież chyba mam prawo, nie?”

No kurczę, w sumie ma! Fakt, że to mało higieniczne, ale w to nie wnikam. Sama woziłam w ten sposób moje dziecko i to dziecko jeszcze żyje, nawet jakoś specjalnie nie choruje, że tak użyję mojego ulubionego argumentu typu: „A ja chodziłam zimą w krótkiej kurtce i nerki mam zdrowe”. W każdym razie, skoro wózki mają nawet specjalne siedzisko dla małych dzieci, czemu by ich tam nie wkładać, jeśli tak wygodniej?

I tak potakują jej mamy, a nawet oburzają się na grażynę, która ośmieliła się zwrócić bohaterce uwagę. I wtedy bohaterka ujawnia pewien drobny szczegół: „Nie no, dziecko jest za duże na to siedzisko. Ma cztery lata, to je po prostu do koszyka wsadziłam”

Dwa obozy

Zgoda panująca wśród nas, zniknęła. Sama nagle zmieniłam zdanie. Bo co innego ograniczyć zagrożenie do minimum, wrzucając dziecko w wyznaczone miejsce. Co innego natomiast narażać je oraz innych klientów.

Dlaczego innych klientów? Dziecko ma na butach mnóstwo różnych bakcyli. Tak, nawet jeśli praktycznie nie chodzi i głównie siedzi w spacerówce. Umówmy się jednak, że w wózek wrzucamy częściej starsze dzieci, które już biegają po dworze, czasem wdepną w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą leżała, aktualnie sprzątnięta po porządnej właścicielce psa, psia niespodzianka. Innym razem wlecą w roztopionego loda albo rozbite gdzieś po drodze jajko.

To oczywiście nie wszystko, ale mi powoli żołądek podchodzi do gardła, więc na tym poprzestanę. W każdym razie, potem to ląduje razem z dzieckiem i jego butami w wózku zakupowym. Wszelkie bakcyle zostają, nie dość że na naszych zakupach, to jeszcze w wózku.

A że wózek nie jest jednorazowy, później korzysta z niego ktoś inny. I również kładzie towar na tym, co przed chwilą przyniosło dziecko. Towar najczęściej zapakowany, choć przecież zawsze jakieś owoce mogą wylecieć z torebki. No i nie zawsze opakowanie coś daje. A potem – skąd ta jelitówka? A jelitówka, to nie najgorsze co może się stać.

Czystość wózka

To działa również w drugą stronę. Wózki powinny być myte i niby są. Co jakiś czas – niekoniecznie co kilka dni. Odkażanie również bywa problemem. Salmonella, e-coli, bakterie z rozmrażającego się mięsa, nadgniłych już owoców – to wierzchołek góry lodowej. Pośród tego wszystkiego dziecko, beztrosko… zajadające bułkę, żeby matka mogła spokojnie zakupy zrobić.

„Moje dziecko – moja sprawa„, krzyknie ta, której tak dziecko trzymać wygodniej. „To lepiej żeby biegało po sklepie, rozrzucało towar i nie dało mi zrobić zakupów?” Przyznam, że trochę ten argument rozumiem. Sama czasem mam problem z kupieniem dosłownie kilku rzeczy z uwieszonym na ręce dzieckiem. Szczególnie jeśli akurat nastawiło się na przekorę albo jest zmęczone. No i czasem trzeba wyjść nawet z gromadką dzieci. Z drugiej strony, w wózku, z naszymi towarami, dziecko broić nie będzie? Trochę wątpię.

No i kwestia bezpieczeństwa. Oczywiście, na byle placu zabaw znajdzie podobny zestaw bakterii, co w wózku sklepowym. A jednak nie w takim natężeniu na centymetr kwadratowy.

Tak, to problem nie tylko dziecka w wózku. Ogólnie, na towarze z supermarketów, a szczególnie na opakowaniach, przynosimy do domu niezły zestaw nieproszonych gości. Odkażanie wózków powinno być codziennym obowiązkiem personelu sklepu? Nie chciałabym proponować dokładania ciężko pracującym ludziom obowiązków, ale nie wiem czy nie powinno.

To jak przewozić dziecko?

Przewożenie dzieci w wózku sklepowym się skomplikowało? Niekoniecznie. Większość sklepów dysponuje już takimi ze specjalnym siedzeniem. I one, rzecz jasna, mają szereg wad. Dziecko szybko z nich wyrasta, szczególnie że gwarantowany udźwig to najczęściej 15 kg. Nie są też wolne od bakterii, zwłaszcza że dziecko ma najczęściej dostęp do części wózka. No i wózek trzeba mieć cały czas na oku, bo maluch zwyczajnie może wypaść. Odpada więc spokojne porównywanie cen i zastanawianie się, co kupić.

Jest to jednak rozwiązanie kompromisowe, zadowalające w jakimś stopniu zarówno rodzica i dziecko, jak i człowieka, który zakupy robi po nas. Szczególnie że w sklepach zdarzają się już zawieszki informujące o zakazie wrzucania dzieci luzem do wózków (niestety, nie znalazłam groźby, że takie dzieci będą na taśmie kasowane po 54,99 za kilogram).

Przewożenie dzieci w wózku sklepowym nie takie proste?

No nie jest. Udźwig 15 kilogramów to udźwig słaby. Moje dziecko, wcale nieduże, już się nie łapie. A są przecież sytuacje, gdzie na zakupy trzeba iść nawet z kilkorgiem dzieci. Nieraz mijam bohaterki z jednym dzieckiem w chuście (KLIK! Tu o chustach) lub nosidle, drugim w wyznaczonym miejscu wózka sklepowego i trzecim biegającym, którego matka nawołuje średnio co 4 sekundy.

Nie będę więc straszyć tytułem rodem z parentingowych horrorów: „Popełniła najgorszy błąd w swoim życiu!!! Do końca życia będzie żałować” i pisać bajki, jak znajomy Kłentinek z osiedla po przejażdżce wózkiem walczy o życie z zapaleniem opon mózgowych, a Isaura trzeci dzień wymiotuje. Nie będę, mimo że to są realne zagrożenia.

A jednak warto się zastanowić czy nie da się tego zrobić inaczej – nawet jeśli zawieszka o zakazie przewożenia dziecka wózkiem nie informuje. Bo jeśli da się zminimalizować ryzyko zatrucia pokarmowego u własnego dziecka oraz u starszej pani Zosi, która po nas zrobi zakupy, to może lepiej spróbować?