Przepis na ciasto marchewkowe, który zdobyłam, gdy już całkowicie się poddałam

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Wielokrotnie pisałam już, że gospodyni domowa ze mnie żadna. To znaczy, wodę na herbatę ugotuję i dzieci nawet czymś nakarmię, ale żeby brać się za coś skomplikowanego?

Czy mi to przeszkadza? I tak i nie. Właściwie to odpowiedź brzmi: nie. Mąż gotować lubi, robi to zresztą wyśmienicie, stale pomnażając swój kulinarny talent. Ja przyciśnięta do muru też coś wykombinuję, nie mówiąc o tym, że na szczęście mieszkam w większym mieście, gdzie łatwo o rozmaite potrawy na dowóz.

A kiedy odpowiedź brzmi tak? Rzadko, a jednak… Jakiś czas temu w przedszkolu mojego dziecka odbywał się kiermasz. Postanowiłam wspomóc nieco lokalną fundację i zakupiłam ciasto marchewkowe. I zapragnęłam jeszcze i jeszcze! Oczywiście, ciasto można również zamówić. Tylko że we mnie obudziła się głęboko uśpiona chęć upieczenia go samej.

Czy ciasto marchewkowe może nie wyjść? Może

Tu się nie da nic spaprać! – wykrzyknął radośnie mąż, spoglądając na zdobyty przeze mnie przepis. Challenge accepted – pomyślałam. Tak też się stało. W większości przepisów na ciasto marchewkowe mamy za dużo sody. Doszłam do tego jednak po jakichś trzech spapranych ciastach. Prócz tego wychodziło za twarde, takie „zakalcowe”.

W międzyczasie nawet odeszliśmy od ciasta marchewkowego na rzecz murzynka – bo mąż okazał się specjalistą w jego pieczeniu. Tu mogę polecić choćby takiego. Na www.przepisy.pl znajdziecie zresztą podobnych ciast mnóstwo, a nawet jeszcze więcej! Ironia polega bowiem na tym, że mimo moich „skromnych” umiejętności kulinarnych, gdy jeszcze jako studentka zarejestrowałam się po raz pierwszy na Facebooku, ta strona zawitała jako pierwsza w ulubionych! W końcu coś jeść trzeba, a proste przepisy, jakich tam wiele, też warto znać. Czy jednak zostałam przy murzynku? Polubiłam, ale… Wciąż tęskniłam za ciastem marchewkowym.

Szczęśliwie po tym, jak stwierdziłam, że nauka pieczenia to był zły pomysł i trzeba było obyć się bez tej jakże cennej umiejętności, z dołka wyciągnęła mnie instytucja „kuzynki Emilki”. Prawda że ładnie? Kuzynka Emilka pokazała co robię źle i podzieliła się przepisem na ciasto, które w końcu wyszło (właściwie to pokazała po prostu, jak je zrobić). A ja chętnie podzielę się nim z Wami.

Co nam potrzebne?

– 200 g marchewki (około cztery)
– 2 jajka
– 200 g cukru
– 200 g mąki
– łyżeczka proszku do pieczenia
– łyżeczka (dosłownie łyżeczka!) sody
– szczypta soli
– 2 łyżeczki cynamonu
– 2 łyżeczki przyprawy do piernika
– 150 ml oleju
– bakalie

I co z tym zrobić?

Ucieramy na tarce 200 g marchew.
Miksujemy jajka z cukrem. 
Dodajemy startą marchew i mieszamy
Mieszamy ze sobą mąkę, proszek do pieczenia, sodę, sól, cynamon oraz przyprawę do piernika.
Dodajemy to wszystko zmiksowanych jajek z cukrem. Mieszamy.
Dolewamy 150 ml oleju i ponownie mieszamy.
To jest dobry moment, by rozgrzać piekarnik. Nastawiamy na 170 stopni.
Na koniec dodajemy bakalii – takich, jak lubimy. Daktyle? Słonecznik? Orzeszki ziemne? Ciasto marchewkowe przyjmie wszystko!

Po wlaniu do formy wkładamy do piekarnika na 40-50 minut. Voila!

I tu mogłabym zakończyć puentą, że nie warto się poddawać, warto walczyć o swoje, a nawet ciasto marchewkowe Ci kiedyś wyjdzie. Zamiast tego, napiszę jednak, że czasem, zamiast głupio powielać błędy, warto poprosić specjalistów o pomoc. Choć kuzynka Emilka jest tylko jedna.

Smacznego!

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Karolina J.

Maniaczka słodyczy różnych. Zwłaszcza tych niepopularnych, których nie dostaniemy przy każdej sklepowej kasie. Lubię lato i swojego męża, nie lubię zimy i jak ktoś krzyczy i nie jestem to ja. Matka, pedagog specjalny, zainteresowana społeczeństwem, książką i byciem chudą. Nie mylić z ćwiczeniami.

Mogą Cię zainteresować