Poród po ludzku to dziś jedynie poród w domu? Rozważam za i przeciw

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Sytuacja, z którą zmagamy się od kilku miesięcy, cofnęła w czasie nasze porodówki o jakieś 30 lat. A przynajmniej można odnieść takie wrażenie, czytając o zakazie rodzenia z partnerem, nawet przy minimalnej liczbie zachorowań, o położnej, która mocowała się z kobietą podczas skurczy partych, zakładając jej na twarz maseczkę oraz innych patologicznych sytuacjach.

Oczywiście patologie zawsze są głośne, a większość położnych dwoi się i troi, żeby nawet w czasach zarazy kobieta mogła urodzić w maksymalnym komforcie. Co nie zmienia faktu, że ponownie przybywa smutnych historii porodowych – a przecież i tak dużo jeszcze zostało w tym temacie do zrobienia.

Nie dziwi mnie więc wysyp porodów domowych. Totalnie nie dziwi. Mam wręcz wrażenie, że nagle z jakiejś niszy weszły do mainstreamu. Co chwilę słyszę, że kolejna osoba umawia się z położną na „kwalifikację”, czyli ocenę, czy w ogóle może się na taki poród w domu pisać… Bo rzecz jasna, nie każda z nas może. Sama zresztą jestem w tym „zaszczytnym” gronie osób, które muszą rodzić w szpitalu. Chyba że oszukam system i nie zdążę.

Czy rzeczywiście warto się pisać na taką akcję? A może lepiej mimo wszystko zagryźć zęby i znieść przez te kilka dni warunki szpitalne?

Poród w domu to jest to!

Przede wszystkim, w domu jesteś u siebie! Decydujesz. Umawiasz się z określoną położną, która co prawda musi ocenić, że się kwalifikujesz, ale po pozytywnej decyzji z jednej i drugiej strony zostajecie ze sobą do końca. Nie jest tak, że za chwilę wchodzi Ci do gabinetu inna kobieta, a potem na oddziale położniczym to już w ogóle nie kojarzysz, kto jest kto. Nikt nie zapala Ci światła o piątej rano, by wyrzucić śmieci albo zmierzyć temperaturę. Personel nie krzyczy z powodu złego humoru.

Rodzisz w znanym sobie środowisku. A bądźmy szczerzy, nawet jeśli w domu głównie sypiamy, wciąż jest on dla nas przestrzenią pełną bezpieczeństwa. Herbata między skurczami? Śmiało! Twój czajnik i Twoja „liptonka”. „Czy można pod prysznic?” Tak, w dodatku to Twój prysznic, który dobrze znasz. Twoje łóżko. Twoja podłoga, na której być może leży basen porodowy. Twój znany domowy zapach, Twoja playlista z Twojego laptopa. Twoje centrum dowodzenia.

A potem? Nie wiozą Cię do kilkuosobowej sali, gdzie wrzeszczą już dwa inne bobasy, budząc co chwilę Twojego (albo w drugą stronę – nie stresujesz się, że Twoje dziecko budzi cały oddział). Nie odliczasz dni w nadziei, że dziś wyjdziesz. Po prostu leżysz ze świeżo urodzonym maleństwem we własnym łóżku, poznając się wzajemnie. Mąż też nie musi liczyć na litość personelu, chcąc zostać chwilę dłużej. Nie musi również przeszkadzać innym leżącym kobietom. Od początku ma przestrzeń do poznawania się z dzieckiem.

Brzmi jak poród idealny i brakuje jedynie aniołków na obłoczkach, przygrywających na harfie? Takie wrażenie odnoszę, gdy słyszę historie porodowe kobiet, które urodziły w domu. Jest w nich takie poczucie sprawczości, swobody. Położna jest osobą, która dba o bezpieczeństwo, podpowiada, ale porodem instynktownie kieruje kobieta. A domowe środowisko sprzyja ujawnieniu się drzemiących instynktów, ginących niestety na widok szpitalnego fotela ginekologicznego, jarzeniówek i fartuchów. Bo niestety, ten słynny „fartuch”, na widok którego skurcze się cofają, to nie żart. Choć rzecz jasna nie ma co go demonizować.

To dlaczego jeszcze rodzimy w szpitalu?

Skoro poród w domu jest taki cudowny, zlikwidujmy oddziały położnicze! Pudło… Niestety, nawet jeśli zostawimy je tylko dla kobiet niezakwalifikowanych do domowego porodu, trzeba jasno i szczerze przyznać: poród w domu kosztuje! Ile? Około 3-4 tysiące. Nie, nie uważam, żeby to było za dużo, w końcu „godzien jest robotnik swojej zapłaty”. Jednak przeciętna Polka nie będzie tyle mieć. Szczególnie że wyprawka swoje kosztuje. Prowadzenie ciąży nieraz też. A trzeba przecież doliczyć lekarza, który zbada dziecko po porodzie, wszelkie materiały, podkłady i ręczniki, które ochronią mieszkanie przed „krwawym potopem”. Zdarza się więc tak, że cena jest główną przeszkodą – choć są położne, z którymi można umówić się na raty.

Rzadko mówi się również o jednym, ale BARDZO KONKRETNYM minusie, jakim są… statystyki. Ryzyko zgonu noworodka podczas porodu w szpitalu wynosi 0.09%. A podczas porodu w domu? 0.2%. Czy to na tyle istotna różnica, by zamienić wygodny dom na szpital? Każdy powinien rozważyć sam.

Co jeśli coś się zadzieje? Położne, które odbierają porody domowe, stawiają sprawę jasno: kiedy sytuacja choć troszkę zaczyna odbiegać od normy, rodzącą natychmiast, bez dyskusji przewozi się do szpitala. Z tego też powodu poród w domu odbywać się powinien w miarę blisko placówki medycznej. Przy czym przypadki, w których trzeba się spieszyć, zdarzają się rzadko. Co nie zmienia faktu, że chyba każda z nas słyszała historię, w której spokojny szpitalny poród bez powikłań nagle zmieniał się w problemowy, zakończony krwotokiem, cesarskim cięciem albo krzykiem z paniką i próżnociągiem. Gdzieś z tyłu głowy wielu z nas kołacze się więc: „A jeśli nie zdążymy?”

Wiadomo, że nadmierna medykalizacja dobra nie jest i powstrzymuje często postęp porodu. Jednak dziś, w czasach, gdy staramy się wyeliminować ból, możliwość skorzystania z gazu rozweselającego albo znieczulenia to dla niektórych konkretne wybawienie. Oczywiście, i w domu możemy łagodzić ból masażami, wodą oraz innymi naturalnymi sposobami. Co jednak jeśli to nie wystarcza?

Czy rodziłabym w domu?

Pytanie o poród w domu jest dla mnie pytaniem teoretycznym, bo najprawdopodobniej nie dostałabym „kwalifikacji”. Mogę więc sobie gdybać – i gdybam. Po dwóch porodach coraz mniej boję się niespodziewanych komplikacji – szczególnie że wszelkie sytuacje w domu, o których słyszałam, były od nich wolne, ewentualnie transfer do szpitala przeszedł pomyślnie i spokojnie.

Co więc przesądziłoby o dalszych porodach w szpitalu? Przede wszystkim koszty. Po kupnie fotelika, wózka i reszty wyprawki niespecjalnie miałabym wolne 4 tysiące, bardzo mi przykro. Wiem, że są kraje, gdzie takie porody się dotuje, myślę jednak, że u nas do tego nie dojdzie.

No i brak znieczulenia. Przyznam, że bez gazu rozweselającego najpóźniej przy 8 centymetrze skoczyłabym z okna. Jeśli przyjdzie mi do głowy jeszcze kiedyś rodzić, poważnie rozważam znieczulenie – na ból jestem bowiem mało odporna. W szpitalu mam szansę je uzyskać. W domu już nie.

Alternatywy?

Czy poród w domu albo szpitalu to jedyne możliwe wyjścia? Mogłabym sobie zażartować, że były kobiety, które rodziły w pociągu, sklepie oraz innych miejscach… Warto jednak wspomnieć o innej opcji, jaką jest Dom Narodzin. Taki dom znajduje się obok szpitala, jest więc odpowiedni dla kobiet, które chciałyby rodzić w domu, ale mieszkają daleko od placówki medycznej. To również dobre rozwiązanie dla tych, którym warunki domowe nie pozwalają na to, by tam powitać malucha.

W Domu Narodzin pokoje urządzone są tak, by przypominały bardziej przytulną sypialnię w mieszkaniu, niż salę porodową. Poród ma przypominać ten domowy – również odbywa się bez farmakologii i niepotrzebnych procedur, najczęściej z jedną położną. W razie problemów przewozi się kobietę do szpitala, który z reguły jest bardzo blisko.

Nikt za Ciebie nie wybierze

Być może nie masz wyboru. Nie masz pieniędzy lub nie kwalifikujesz się do porodu domowego. Wtedy sprawa jest oczywista.

Jeśli jednak ten wybór masz… To normalne, że chcesz jednak urodzić w szpitalu. Że uspokaja Cię bliskość lekarzy i sprzętu, chcesz w razie czego skorzystać ze znieczulenia.

Tak samo normalne jest, jeśli ponad sprzęt i konkretne łagodzenie bólu przekładasz poród na swoich zasadach, w bezpiecznych czterech ścianach, w zorganizowanej przez Ciebie scenerii. Bez lekceważących uwag personelu, z wybraną przez siebie położną.

Ot, różnimy się. Dla każdej z nas ważne jest coś innego. W czasie swojego życia przechodzimy również gruntowne zmiany. Może więc być tak, że przy pierwszym dziecku wybierzesz poród w domu, a przy kolejnych w szpitalu. Albo odwrotnie.

To co wybierasz? 🙂

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Karolina J.

Maniaczka słodyczy różnych. Zwłaszcza tych niepopularnych, których nie dostaniemy przy każdej sklepowej kasie. Lubię lato i swojego męża, nie lubię zimy i jak ktoś krzyczy i nie jestem to ja. Matka, pedagog specjalny, zainteresowana społeczeństwem, książką i byciem chudą. Nie mylić z ćwiczeniami.

Mogą Cię zainteresować