Lipiec w naszym klimacie to pora typowo deszczowa, kiedy to Polska zamienia się w wilgotne lasy równikowe. To znaczy, jak zacznie padać w sobotę, to kończy w poniedziałek, a jeśli akurat masz urlop, to leje równo także w tygodniu.

Nie w tym roku jednak! Pewnie dlatego, że wyjeżdżałam w czerwcu. Na krótko, kim bym jednak była, gdybym się nie pochwaliła? Cieniem Tiny jeno! W lipcu siedziałam w domu, choć dzięki mnie popadało troszkę w jeden weekend, gdy wyjechałam całkiem niedaleko i miałam okazję rozłożyć dziecku basenik w ogrodzie. Cóż – nie musiałabym go nawet napełniać.

Grzechem jest jednak narzekanie na deszcz, gdy połowa Polaków, w tym ja, umiera z gorąca. I choć wiemy, że to jeszcze kilka dni, a w niedługim czasie, brodząc kozakami w chlapie, będziemy tęsknić za tym umieraniem, to dziś umieramy.

Co działo się w lipcu?

Marzyły Ci się louboutiny, ale nie za taką cenę? Cóż, prawdopodobnie nie masz już co myśleć o kupnie czegoś przypominającego sławne buty z „Seksu w Wielkim Mieście”, gdyż tylko te oryginalne mają już prawo do czerwonej podeszwy. A przynajmniej tak orzekł Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Dla fanów żadna przeszkoda! Ot, trzeba będzie wyskrobać z dna portfela te dwa tysiące.

Kora zmarła. Tak, ta Kora. Żegnajcie „Szare miraże”. Nie pytajcie „Do kogo biegłam”, być może była to po prostu „Miłość od pierwszego spojrzenia”. Tak czy siak, odszedł piękny głos, udowadniający że polskie alty nie mają sobie równych.

Żeby jednak zrobiło się nieco weselej – w Gdańsku zaczął się Jarmark Dominikański. Nie, jeszcze w tym roku nie byłam. Pamiętasz, jak pisałam że poprzedni zawiódł mnie nieco z powodu niedopieczonych belgijek (kurka blada, to nawet obok belgijek nie stało!) i czerstwego chleba ze smalcem, którego nie dałam gołębiom, obawiając się zemsty? W tym roku naiwnie dam jarmarcznym łakociom kolejną szansę. Chyba.

W blogosferze

Jak to jest być rodzicem adopcyjnym? O adopcji krąży tysiące mitów – chyba jeszcze więcej, niż o ciąży. Czy powinno się mówić dzieciom, że są adoptowane? Z jakimi komentarzami spotykają się rodzice, którzy swoje dziecko zamiast pod sercem, nosili w sercu? Z jakimi walczą na co dzień problemami? O tym właśnie z rodzicami adopcyjnymi rozmawia Karolina z bloga „Nasze Bąbelkowo” – również mama adopcyjna.

Na wakacjach wcale o to nietrudno. Puszczają nam hamulce, robimy się mniej ostrożni – bo w końcu kiedy zerwać łańcuchy, jak nie na urlopie? Zresztą nawet wakacji do tego nie potrzeba. A potem siedzisz i widzisz – człowieka, któremu ratownicy już trochę na pokaz, dla rodziny, próbują uratować życie, które uszło z niego chwilę temu. Widzisz rodzinę, bliskich, którzy nie dowierzają, chcą się obudzić z koszmaru. I wiesz, że nigdy, przenigdy nie chcesz być na ich miejscu. Tekst Eweliny z bloga „Pozytywny Dom” dobitnie mi to uświadomił. Bolesny tekst, ale warto – może to właśnie on przypomni, że warto jednak o te hamulce się postarać?

Podsumowanie lipca u mnie

Było zdrowo! Przypomniałam Tobie i sobie kilka ważnych zasad zdrowego żywienia. Między innymi o tym, że gdy matczyna pierś już nie karmi i dziecko zjada coraz więcej, zdrowe żywienie również jest ważne. Szczególnie w szkole, gdzie wciąż potrafią królować chipsy. Starałam się również doradzić, co zrobić żeby dziecko po te chipsy sięgało mniej chętnie, niż choćby po banana. Na koniec cyklu radośnie podzieliłam się korzyściami płynącymi z jedzenia wspólnie, rodzinnie, przy jednym stole.

Sporą popularność zdobył tekst „Patrz, gdzie mieszkasz!„, w którym opisałam pewien typ ludzi. Miastowych, sprowadzających się na wieś i wzywających policję do hałasujących rolników, osoby osiedlające się w centrach miasta, dziwiące się potem, że w nocy hałas jak za dnia i ludzi dużo pod oknami. Słowem – zanim się przeprowadzisz, przeanalizuj za i przeciw, żeby potem ludzi nie wkurzać.

Przeczytałam też książkę! Panie, cuda w tym lipcu. Poważnie jednak, jako że ciekawiło mnie, co dalej z najpopularniejszą chyba na świecie ćpunką, nabyłam w końcu „Christiane F. Życie mimo wszystko„. Skłamałabym, twierdząc że zaskoczenia nie było. I mimo że książka pewnie powstała dla podreperowania budżetu, jak polecałam zainteresowanym, tak nadal polecam.

Zastanawialiśmy się również, co z tego że dany produkt wymyśliła kobieta? Czy jest on z tego powodu lepszy? Uratował jakoś bardziej świat? Dlaczego mielibyśmy go z tego powodu wspierać?

Mamy prawo do narzekania czy nie mamy? Jak dziś traktuje się ludzi, którzy ciągle narzekają na swój straszliwy los, mimo całkiem niezłego samopoczucia fizycznego i psychicznego, mimo że mają co jeść i na tyłek włożyć? I czy dlatego że mamy lepiej, niż większość osób na świecie, którym jednak brakuje nawet tej podstawy, nie możemy czasem jednak ponarzekać, że chcielibyśmy, żeby było inaczej?

Ostatnią blogową perełką jest również troszkę tekst o narzekaniu, choć bardziej o takim narzekaniu przechodzącym już w hejt. Czyli dlaczego wściekamy się na producenta albo reklamującego dany towar, że nas nie stać? Dlaczego wolimy rzucić w kogoś mięchem, zamiast spokojnie kupić coś tańszego?

Wszystko?

Wszystko. Szczególnie że spływam potem i nawet lipcowa noc nie przynosi upragnionego ukojenia od skwaru. Wypatrując więc tęsknie w prognozie pogody upragnionego deszczu, ledwo naciskam klawisze.

I tak do jesieni, kiedy zapytam siebie, co mi w tym lecie przeszkadzało?