Planowanie dla planowania – sztuka czy kicz?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Jak zaplanować sobie czas? W jaki planner się zaopatrzyć? Lepiej na kartkach papieru czy w chmurze? Opcji mamy wiele. Aż za wiele. A planowanie, co brzmi zabawnie, jest dziś modne!

Chyba większość z nas przeszła kiedyś te etapy:

  • Nie muszę nic planować, bo radzę sobie z zapamiętaniem obowiązków.
  •  Biorę się do roboty/ zaczynam studiować/ pracować/ zakładam firmę, więc obowiązków przybywa.
  • Nic to, zapiszę to sobie na kartce papieru, karteluszku jakimś…
  • Ojć! Coś tych karteluszków za dużo! Czas pomyśleć nad czymś, co to uporządkuje!
  • Ale nad czym?

Normalna sprawa, jeśli nie wykonujemy artystycznego zawodu, gdzie nasi klienci z łezką w oku zachwycają się bajzlem wokół nas, rozwianym włosem, niedopasowanymi ubraniami oraz totalnym roztrzepaniem, zapewne chcemy chociaż sprawiać wrażenie osoby zorganizowanej, która pamięta o swoich obowiązkach i trzyma wszystko w ryzach. Wychodzi różnie, nie będę się kompromitować wyznaniem, jak wygląda to u mnie, natomiast jakieś tam wrażenie dorosłego ogarniętego człowieka mimo wszystko chcemy sprawiać.

I tu zaczyna się zabawa!

Kupujemy planner – na początek ładny, ze skórzaną oprawą za tysiące monet, no ale jak kochać to księcia, jak kraść to miliony, jak planować to przecież nie na szajsie dodawanym w prezencie do babskiej gazetki! W międzyczasie dowiadujemy się o modzie na bullet journal. To jest to! Po co ograniczać się sztywnym plannerem, który nie zostawia nam pola do popisu, skoro możemy stworzyć z planowania sztukę?! Kupujesz więc piękny zeszyt z uroczą owieczką na okładce, mazaki, naklejki, kolorowe znaczniki i inne pierdółki, które udało Ci się dorwać w dziale papierniczym i tworzysz! Spotkanie z klientem? Nie ma sprawy, malujesz kratki na zielono i naklejasz Reksia. Fitness? Patrzysz w klucz i już wiesz, że pole musi być fioletowe, zaznaczone naklejką z Bolkiem i Lolkiem.

Zabawa kończy się, gdy przy planowaniu wieczorku kinowego nieopatrznie wyjedziesz pomarańczową kredką albo Krecik przyklei się krzywo. Wpadasz wtedy w depresję, drzesz zeszyt, kredki oddajesz dziecku i przepraszasz skórzany planner. Tylko na chwilę, bo oto odkryłaś wspaniałą elektroniczną aplikację, która pomoże Ci w końcu zaplanować wszystko, co Cię czeka i właściwie myśli za Ciebie! Wszystko jest super, sielsko i anielsko, a Ty w końcu ogarniasz się na tyle, że nawet mama z uznaniem kiwa głową, że oto dorosłaś. Do czasu, gdy aplikacja przy kolejnej aktualizacji pada, a Ty zostajesz z niczym, próbując dowiedzieć się, na którą szczepienie dziecka, kiedy wizyta cioci i czy to w tym tygodniu miałaś mieć służbową kolację.Bullet journal

Zauważyłam, że nastała jakaś dziwna moda na planowanie i chwalenie się nim. Kolejne blogerki ściubią plannery, którymi wabią na swoje strony (kiedy widzę kolejne: zostaw maila, dostaniesz planner, mam ochotę wiać), inni piszą o tym, jak zaczęli, pokazują swoje „żurnal balety”, bo przecież głupio to nazwać swoim notesem – planujemy i planujemy. W dodatku, zapisując wydarzenie tu, tam i jeszcze w innym miejscu, gubimy się w tym planowaniu totalnie.

Może więc nie warto?

Nie mówię, żeby przestać planować albo pozostać na etapie karteczek. Nie, nie i jeszcze raz nie, bądźcie mądrzejsi ode mnie! Tylko że miotanie się między kilkoma planerami albo zmienianie go co miesiąc jest chyba jeszcze gorsze i powoduje większy bałagan. Bywa też tak, że planowanie staje się dla nas taką sztuką dla sztuki, że właściwie dzień spędzamy na planowaniu – produktywnie, a jakże! Przecież wszystko ładnie zaplanowaliśmy i nawet narysowaliśmy motylki przy fitnessie w „balet żurnalu”! To, że z braku czasu jednak na ten fitness nie pójdziemy, jest inną sprawą.

W takim wypadku lepiej przyznać się, że tak naprawdę nie ogarniamy jednak planowania wystarczą nam te durne karteczki i jakiś notesik, bo reszta zgubi się przy najbliższej okazji? Polecam! Co prawda może mama nie będzie dumna, ale przynajmniej nie będziesz się okłamywać.


Teraz możesz śledzić mnie na Bloglovin! Zapraszam – KLIK😉

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Karolina J.

Maniaczka słodyczy różnych. Zwłaszcza tych niepopularnych, których nie dostaniemy przy każdej sklepowej kasie. Lubię lato i swojego męża, nie lubię zimy i jak ktoś krzyczy i nie jestem to ja. Matka, pedagog specjalny, zainteresowana społeczeństwem, książką i byciem chudą. Nie mylić z ćwiczeniami.

Mogą Cię zainteresować