„Pies zaatakował dziecko. Duży bernardyn pogryzł dwie dziewczynki” – brzmiały nagłówki. Jeśli trochę mnie już znasz, wiesz że panicznie boję się psów. Nie, żaden nigdy mnie nie ugryzł, nie szarpał, właściwie to nic takiego się nie stało. Po prostu od dziecka odczuwam strach, gdy widzę psa na wolności.

Mało tego, pojawił się problem, gdy mała Karolinka miała zacząć sama chodzić do szkoły. Bo widzisz, to nie były te czasy, gdy mama z tatą na zmianę odprowadzali dziesięciolatka do szkoły. Nie, siedmiolatków odprowadzało się pierwszy tydzień czy tam miesiąc, a potem do widzenia. Sam idziesz. A szkoła nie stała naprzeciwko domu, miałam do niej jakieś półtorej kilometra.

I tak byłam chyba najdłużej odprowadzanym dzieckiem, choć dziś rodzic pewnie załamałby ręce nad skrajną nieodpowiedzialnością tamtych matek. Nie o tym jednak, a o psach, które wtedy częściej latały samopas. Czasy są o tyle lepsze, że aktualnie psy wychodzące za ogrodzenie zdarzają się rzadziej. Wtedy, na przestrzeni tych półtora kilometra psów biegających było średnio ze trzy. Ludzi na ulicy dużo mniej, niż dziś.

Współodczuwanie

Po co o tym mówię? Bo potrafię wyobrazić sobie w pewnym stopniu przerażenie tych dziewczynek. Potrafię sobie wyobrazić, jak czuły się, gdy biegł do nich ogromny pies, gdy razem ze swoim małym psem, który również ucierpiał, zastanawiały się, jak uciec i krzyczały o pomoc. Koszmarna sytuacja, w której NIGDY nie chciałabym się znaleźć.

Inne były reakcje komentujących. Rzecz jasna, nie wszystkich, tak to jest że buraki są po prostu bardziej widoczne na tle sałaty i innej zieleninki. „Pies nie gryzie bez powodu. Co te dziewczynki mu zrobiły?”, „Pies pogryzł dziecko? Tak to jest, gówniarzeria najpierw zaczepia, a potem płacze że sprowokowała psa”, „Widziałem kiedyś podobną sytuację. Pies złapał dzieciaka za nogę, a potem dzieciak dostał jeszcze lanie od mamy. Okazało się, że rzucał kamieniami.” Wiesz, taki samsobiewinnizm (KLIK! Ciekawa filozofia, polecam).

Czyli już wiadomo. Mamy dogmat: pies nie zaatakuje, jeśli smarkacz nie będzie go zaczepiał”. Jasne jak słońce i nie ma nawet z dyskutować z mądrością janusza zwierzoluba i grażyny zwierzolubki. Że ucierpiały dzieci? Że jakaś trauma czy coś? Chromolenie o Szopenie. Rodzice do pińćset plus (KLIK! Tu o pińćset, którego nie dostałam) dostaną kilka złociszy z ubezpieczenia i wszyscy będą zadowoleni. Dziecku się loda kupi i zapomni.

A jak było naprawdę?

„Widziałam niestety tę sytuację. Pies rzucił się na dziewczynki i ich małego psa. To było naprawdę makabryczne – nie chciał puścić i gdyby nie mężczyzna w samochodzie, który zatrzymał się i pomógł dziewczynkom schronić się w bezpiecznym miejscu, mogłoby skończyć się tragicznie! Do tej pory dźwięczy mi w uszach ten krzyk o pomoc i widzę, jak dziewczynka próbuje wyciągnąć z pyska tej bestii swojego małego psa. Potem pies chciał zaatakować jeszcze innych. Ludzie po prostu nie wychodzili z klatek schodowych, tylko czekali na Straż Miejską, która nie kwapiła się z przyjazdem. Tak że zanim zaczniecie gadać o gówniarzerii, dowiedzcie się może, jak było”. – brzmiał kolejny komentarz.

I być może po nim hejterzy troszkę ucichli, choć oczywiście nie brakowało „politycznie poprawnych”, którzy poinformowali, że piesek bestią nie jest. Ktoś go przecież tak wychował. Pewnie i racja, ale poważnie, to jedyny wniosek z tej historii?

Bo tak. Winę za zaistniałą sytuację ponosi w całości właściciel. I jeśli ten pieska upilnować nie potrafi, poza odpowiedzialnością karną, powinno mu się po prostu go zabrać. Dla dobra psa, dla dobra właściciela, dla dobra pozostałych zagrożonych.

A można inaczej

Ja przecież nie twierdzę, że mamy iść w kolejną skrajność i gdy następnym razem przeczytamy, że pies pogryzł dziecko, wieszać, nomen omen, psy na psie. Naprawdę, nie chodzi o to, by w stronę psa leciały epitety, wyzwiska czy groźby pobicia. Zresztą, pies prawdopodobnie nie przejmie się tymi „życzeniami”. Wiesz, najczęściej po prostu nie umie czytać.

Mało tego, mimo że i mi cisną się często mało poprawne słowa w stosunku do lekkomyślnych właścicieli, którzy wychowanie, tresurę i pilnowanie psa mają w pompce, również i tu nie jestem za tym, by leciała do nich litania przekleństw od internautów, którzy akurat natknęli się na artykuł.

Tylko że tym bardziej chciałabym, żebyśmy empatię utożsamiali niekoniecznie jedynie ze współczuciem wobec maltretowanego psa czy kota. Bo widzisz, pod artykułem o bitym psie nie widziałam jeszcze komentarza „Pewnie zasłużył, jak nieposłuszny to niech ma”. Te dziewczynki również nie zasłużyły. Nie zasłużyły, by w tak młodym wieku bać się o swoje życie, o życie swojego psa…

Jeśli więc pierwszą myślą, jaka nasunęła Ci się po przeczytaniu artykułu o pogryzieniu dziecka jest „Ciekawe, co gówniarz temu psu zrobił”, mam dla Ciebie smutną wiadomość: masz z sobą poważny problem. Polecam poradzić sobie z nim samemu. Nie dziel się nim w internecie. Napisz swój komentarz na kuchennej serwetce, w którą potem wytrzesz ręce albo na kawałku papieru do spalenia w kominku. Nikt nie musi wiedzieć, żeś idiota.