Patologia dziś to niekoniecznie alkoholizm albo narkomania, ale i tak dziecko ucierpi najmocniej

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Kiedy byłam mała, w moim mieście była dzielnica, w której mieszkała „patologia”. Uproszczenie? Nawet spore. W końcu mieszkali tam też ludzie, których w żaden sposób do patologii bym nie zaliczyła. A jednak nie spacerowałam tam wieczorami.

Jak wyglądała wtedy patologia? Pamiętam głównie rówieśników popalających papierosy już w najmłodszych klasach podstawówki (ale to zabawnie wyglądało, jak taki smarkacz, który ledwo z przedszkola wylazł, ćmił sobie papierosa w krzakach!), kradnących drobniaki jeszcze młodszym dzieciakom i grożących innym. Nieraz z widocznym na twarzy FAS-em.

A rodzice? Patologiczni rodzice najczęściej pili. I bili. Oczywiście, znów uproszczenie. Tak samo jak dziś, tak i wtedy mieliśmy do czynienia z rozmaitymi patologiami. To jednak, z czym stykałam się najczęściej u rodzin kolegów, był stereotypowy alkohol i zbyt częste pranie po tyłkach.

Patologia dziś jest czymś innym?

Kiedyś to było, a dziś jest gorzej? Nie chcę tu zostać źle zrozumiana, szczególnie że problem nieco innej patologii w środowiskach zamożnych jest stary jak świat. Co uległo zmianie? Między innymi stopa życiowa – nie ma co ukrywać, żyje nam się coraz lepiej. Wciąż znajdziemy w naszym kraju ludzi, którzy dziś nie zjedzą obiadu, jednak zauważalnie jest ich mniej.

Uległy za to rozluźnieniu więzi rodzinne. Rozwodzimy się coraz częściej, dużo częściej też nie legalizujemy związku, żyjąc „na kocią łapę”. Ta zaś, nie będę tu politycznie poprawna, nie jest tak trwała, jak małżeństwo – nawet jeśli to z kolei coraz częściej kończy się rozwodem.

A więc patologia dziś to rozwód? Nie będę kłamać, że nie, ale nie o rozwód mi konkretnie chodzi. Bowiem wciąż w tych naszych niedoskonałych związkach rodzą się dzieci. I co z nimi się dzieje?

Skoro instytucje już to dostrzegły…

Zebranie z rodzicami u koleżanki. Nauczycielki bardzo proszą o to, by sprawy związane z dziećmi załatwiać wspólnie, bez kłótni nad dzieckiem i bez wciągania placówki w spory. Przesadzają? Niespecjalnie, szczególnie że bywały przypadki, gdy do sekretariatu przychodził ojciec pytając czy jego dziecko nadal tutaj chodzi. Powiedzieć, że nie chodzi? Dlaczego niby nie? I dlaczego ojciec nie wie, gdzie chodzi jego dziecko? Głupia sytuacja, zarówno dla ojca, jak i dla placówki.

Pół biedy, jeśli rozstając się potrafimy zagryźć zęby i mimo bólu robimy to tak, by nie zaszkodzić dziecku. A zaszkodzimy i tak, bo życie to nie reklama popularnego salonu meblowego, gdzie ojciec zostawia matkę pięciorga dzieci, a ci mówią do kamery, że w sumie fajnie, bo tatuś lepiej się teraz czuje. Nie będę wnikać czy brak rozstania zaszkodziłby mocniej, zapewne są i takie sytuacje, ale rozwód i rozstanie rodziców nie są dla dziecka obojętne.

Jeśli zrobimy to z kulturą i troską o dziecko, mamy szansę uniknąć patologii. Co jednak gdy robi się gorąco?

Ona nie może po niego przychodzić!

I tak biedne panie w przedszkolu dowiadują się, że pani, która przyszła po Michałka, nie może go odbierać, bo to lampucera byłego mężusia i matka nie życzy sobie, by synek miał z nią kontakt. Za mało? Dodajmy kłótnie o prawa rodzicielskie, reinterpretowanie sądowych zaleceń, pretensje, że dziecko pojechało na wycieczkę, a matka nie podpisała zgody i nic nie wiedziała, bo podpisał ją ojciec…

Nadal nie nazwiemy tego patologią? Nadal twierdzimy, że patologia to ewentualnie alkoholizm, prostytucja albo jakaś narkomania, ale nie to?

Miasta dostrzegły już problem. W moim, gdzie statystycznie rozwodów jest więcej niż średnia przewiduje, tworzone są bezpłatne programy dla rozwodzących się rodziców, gdzie delikwenci uczą się, jak zrobić to tak, by dziecko ucierpiało jak najmniej. I by nie ucierpiała na tym ich godność. Bo ta czasem umiera wśród kłótni o to, z kim Krzyś spędzi weekend.

Dzielny ojciec, odważna matka

Dlaczego nie potrafimy inaczej? Mając dziecko raczej rzadko rozstajemy się, bo się sobą znudziliśmy. Często kryje się tu dramat – przemoc fizyczna lub psychiczna, czasem zdrada. Jeśli jedno z małżonków było agresywne, drugie po prostu boi się zostawiać z nim pociechę. Nie widzę w tym nic dziwnego, gorzej gdy sąd tego nie uwzględnił. W przypadku zdrady i tak zwanej „niezgodności charakterów” częściej mamy do czynienia z typową zemstą. Dlaczego on miałby mieć z nim dobry kontakt, skoro z niego taka szuja? Nie nadawała się na żonę, matka też z niej będzie kiepska.

Często wina będzie po obu stronach. Bywa tak, że jeden z małżonków jest tym upierdliwym i to wystarczy. Trafi się „dzielny ojciec” prowokujący i nagrywający kłótnie, trafi się odważna matka, zbierająca koleżanki w roli świadków rzekomej agresji męża. Trafi się tysiąc różnych typów.

A co najsmutniejsze? Dziecku w sumie obojętne, co to będą za typy. I tak to ono będzie miało najbardziej przerąbane.

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Karolina J.

Maniaczka słodyczy różnych. Zwłaszcza tych niepopularnych, których nie dostaniemy przy każdej sklepowej kasie. Lubię lato i swojego męża, nie lubię zimy i jak ktoś krzyczy i nie jestem to ja. Matka, pedagog specjalny, zainteresowana społeczeństwem, książką i byciem chudą. Nie mylić z ćwiczeniami.

Mogą Cię zainteresować