Oswajanie ze śmiercią – potrafimy w to?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Spory już czas temu recenzowałam Wam książkę „Mali bogowie 2 – jak umierają Polacy?” I nawiasem mówiąc, warto zajrzeć do niej teraz, gdy człowiek modli się, by nie trafić do szpitala. Dowiemy się bowiem, że system konał już spory czas temu i właściwie tylko czekał na drobny moment załamania, by na oczach wszystkich efektownie odwalić kitę.

Lecz nie o tym… A może właśnie o tym? Śmierć i oswajanie ze śmiercią to trudny temat, ale aktualny. Właściwie stale aktualny, bo przecież rodzimy się i umieramy. W tym roku jednak zewsząd słyszę, że śmierć czuje się bardziej namacalnie.

I rzeczywiście, trudne czasy sprawiają, że o końcu życia myślimy więcej. Jakby nie patrzeć, umieralność w tym roku też większa. I nie chcę dyskutować czy to pandemia, czy utrudniony dostęp do szpitali. Zresztą, chyba wszyscy wiemy, jak jest. Faktem jest, że ludzie umierają. Zawsze umierali. Życie zazwyczaj tak się kończy.

Dziadek umiera, dajcie spokój!

Przywołałam na początku książkę „Mali bogowie”. Ratownicy medyczni opowiadali tam o różnicy w podejściu do śmierci w większych miastach, rozwiniętych, ukulturalnionych i wioskach w Polsce B, a nawet po prostu kilkadziesiąt kilometrów od miast. W mieście ludzi się ratuje. Nie po to mamy rzut beretem na SOR, żeby nie ratować życia do ostatniego jego tchu. Bez względu na to czy dużo nam go zostało, czy też duszą właściwie jesteśmy już po tamtej stronie i tylko zrozpaczona wnuczka trzyma nas tutaj na uwięzi, jak balonik z helem.

A na wsi? Ratownik wspominał, jak kiedyś przyjechała „miastowa” rodzina do dziadka i wezwała karetkę. „Panie, przepraszamy, że fatygowaliśmy. Nic się nie dzieje, dziadek umiera. Czas na niego, widzi Pan” – tłumaczyli domownicy. Rzeczywiście, dziadkowi czasu zostało niewiele. Umierał we względnym spokoju, otoczony opieką. Nikomu na wsi nie przyszło do głowy dokładać cierpienia, by przedłużyć konanie o kolejne dni. Bo i po co?

Łatwo tak dać człowiekowi spokój? Osobie starszej pewnie jeszcze jakoś odpuścimy. A żonie albo mężowi? Kochanemu rodzeństwu?

Oswajanie ze śmiercią dziecka

Śmierć dziecka to w ogóle trudny temat. Rodzący zresztą etyczne i niezrozumiałe dla wielu dylematy – co pokazały choćby ostatnie dni i casus aborcji, gdzie część ludzi uważała zabicie człowieka za zakończenie uporczywej terapii. Jak jest naprawdę? Nawet jeśli istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że ciąża skończy się martwym urodzeniem, dobijanie nie jest uporczywą terapią. Co w takim razie nią jest?

Uporczywa terapia to stosowanie procedur medycznych, które wydłużają życie człowiekowi nieuleczalnie choremu, umierającemu już. Zaprzestanie uporczywej terapii nie jest eutanazją. Czym innym jest „pomóc odejść” (jak to fałszywie „miłosiernie” brzmi), a czym innym pozwolić odejść. Oczywiście, to temat nakreślony z grubsza i – nie będę kłamać – czasem trudno orzec czy na pewno nic nie da się zrobić.

Wydaje mi się, że im pacjent młodszy, tym bardziej narażony na uporczywą terapię. Po pierwsze, trudniej nam się pogodzić z myślą o odejściu. Po drugie, nie zawsze wierzymy, że innych dróg nie ma. Zdarza się zresztą, że mamy rację… Młody organizm potrafi nieźle wykiwać śmierć.

A jeśli nie?

Czy oswajanie ze śmiercią w ogóle występuje w kontekście dzieci? Nie jestem już pewna czy to w tej samej książce karetka gnała na złamanie karku do niemowlaka, któremu prawdopodobnie przydarzyła się śmierć łóżeczkowa. Mimo że nie było już kogo ratować, ratowano – nawet nie ze względu na matkę. Liczono tu wprost na cud. Cudu nie było. „Oswojeni ze śmiercią” ratownicy przez pewien czas wracali do siebie.

Wracając do „ostatnich dni”, głośno mówi się w końcu o istnieniu hospicjów perinatalnych i dziecięcych. Jedno z nich jakiś czas temu przyznało w mediach społecznościowych, że temat pożegnania jest bardzo trudny. Ameryki nie odkryli, wiem. Gdy w grę wchodzi małe dziecko, bardzo często robimy wszystko co możemy, by wyciągnąć choć jeden dzień, dwa, tydzień… Oswajanie ze śmiercią dziecka może trwać długo. Trudno się pogodzić.

To widać zresztą, jeśli przeanalizujemy niektóre zbiórki na leczenie. Na zdjęciu wymęczone dziecko, ze śmiercią w oczach. W opisie historia: lekarze „postawili już krzyżyk”, ale rodzice znaleźli gdzieś eksperymentalną terapię. To nic, że po ludzku nie ma szans, a dziecko prawdopodobnie nawet jej nie dożyje. Nadzieja umiera ostatnia.

I to są trudne historie. Niekiedy nie do oceny. Przecież cuda się zdarzają… Sama nie wiem, jak mocno walczyłabym.

Zobaczyć śmierć

Kiedy byłam nastolatką, zmarł mi pradziadek (myślę, że historia jego życia może Was zainteresować). Mieszkał obok mojego pokoju, od kilku miesięcy był po udarze, sparaliżowany, leżący. Mimo to przytomny, choć średnio kontaktujący. Stan delikatnie się nawet poprawił, gdy bach! Siedziałam ze znajomymi ulicę dalej, usłyszałam od kolegi, że pod moim domem stoi karetka, więc pobiegłam. Karetki już nie było. „Co jest z dziadkiem?” „Umarł” – usłyszałam spokojną odpowiedź.

Tak, spokojną. Wiadomo było, że w tym wieku ozdrowieniem się to raczej nie skończy. Dziadek zmarł we śnie, w dzień, jawnie. Stwierdzono zgon. Jak na wsi.

Wtedy też, naturalnie trochę, oswoiłam sobie temat umierania. Nie oznacza to rzecz jasna, że pogodziłam się całkowicie i to też normalne. Śmierć babci oswajałam przecież ładne kilka lat.

Czy boję się śmierci?

Życie jest piękne, wiadomo. Jednak to tutaj nie trwa wiecznie i staram się mieć to na uwadze. A jeśli to ja jutro wejdę pod pędzący samochód? Jeśli to mi pęknie tętniak? „Jest tyle sposobów, by umrzeć”, jak mówi urocza piosenka.

Boję się prowadzącego do śmierci cierpienia. Miło byłoby umierać bezboleśnie, ale w praktyce zdarza się to rzadko. Jeszcze bardziej boję się umierania bez stanu łaski uświęcającej. Tu na szczęście wiele mogę zaradzić.

Im starsi jesteśmy, tym chyba bardziej oswojeni z końcem. Nie pamiętam tytułu książki, w której starsza pani zaraz po pochowaniu męża przechodziła przez ulicę. Samochód ledwo zahamował. „Czyli to jeszcze nie dziś” – pomyślała kobieta. W „Aniołku” Beaty Pawlak bohaterce chodziło w sumie tylko o to, by po śmierci nie znaleziono jej w podwiniętej koszuli nocnej. Tak też zresztą się stało.

Ciekawa metafora braku wpływu na fakty dotyczące śmierci, prawda?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on email
Share on print

Karolina J.

Maniaczka słodyczy różnych. Zwłaszcza tych niepopularnych, których nie dostaniemy przy każdej sklepowej kasie. Lubię lato i swojego męża, nie lubię zimy i jak ktoś krzyczy i nie jestem to ja. Matka, pedagog specjalny, zainteresowana społeczeństwem, książką i byciem chudą. Nie mylić z ćwiczeniami.

Mogą Cię zainteresować